Olaf Pajączkowski

Coś ohydnego

 

Bartoszowi

Leopold wszedł do herbaciarni. Uśmiechnął się do siedzących w pobliżu panów we frakach, dystyngowanych starszych pań w sukniach i sympatycznej, roześmianej młodzieży. Potem objął wzrokiem całą salę. Jest. Piękna dziewczyna zajmowała miejsce przy oknie.

– Pani pozwoli, że się przedstawię – rzekł, sadowiąc się obok niej. – Leopold Ziemiański, do usług.

Dziewczyna spojrzała na niego, sącząc herbatę. Uśmiechnął się szerzej.

Nic nie jest dane na zawsze

Łukaszowi

To był okropny dzień. Problemy w pracy, ohydna pogoda, sąsiad całą noc robił balangę i się nie wyspałem. Po powrocie do domu chciałem tylko wziąć prysznic i iść w kimę.

I na początku wyglądało na to, że ten plan uda się zrealizować. Ciepły strumień wody przynosił ukojenie zmęczonemu ciału, w głowie przestało łupać i w ogóle się wyluzowałem. Humor poprawił mi się na tyle, że zacząłem sobie nawet podśpiewywać November Rain, wtem jednak, gdy sięgnąłem po mój ulubiony szampon, okazało się, że butelka jest pusta.

Władcy guzików

– 10... 9... 8... 7...

– Arturze! Zatrzymaj to! Ja tylko żartowałem! Już ci wierzę!

– Zatrzymać? Nie da się.

Z holograficznej mapy zniknęło maleńkie państewko.

– Naprawdę... naprawdę to zrobiłeś, Arturze? Vacuum zniszczone?

Artur wzruszył ramionami.

– I co, obchodzi cię to? Nawet nie wiedziałeś, że takie państwo istnieje. Nikt nie wiedział. Dziura. Malizna bez żadnego znaczenia. I tyle.

– No tak... ale to przecież byli... to byli ludzie...

Dopóki śmierć nas nie rozdzieli

– Cześć.

  Ania odwróciła się do mnie, a na jej bladej, zmęczonej twarzy zagościł uśmiech. Na ten widok moje serce zabiło mocniej – właśnie o tym marzyłem przez ostatni tydzień, właśnie dlatego przez wiele godzin przygotowywałem się do dzisiejszego spotkania. Można powiedzieć, że właśnie na ten uśmiech czekałem przez większość życia.

Subskrybuj RSS - Olaf Pajączkowski