Katarzyna Sikora

Słoiki

Spojrzałam na zegarek: ósma trzydzieści, a narada jeszcze się nie rozpoczęła. Czekaliśmy na dyrektor finansową, utknęła w korku na Marszałkowskiej. Upiłam łyk kawy, niedobrze, na czczo zakwaszała mi żołądek.

– Przepraszam was bardzo, cholerne słoiki, jak ich tak będzie przybywać, to zacznę sypiać w biurze… a do domu wpadać na weekendy.

„Napływowi”, pomyślałam i uśmiechnęłam się.

– Z czego się śmiejesz – zapytał administracyjny.

Rok 1995

Przed dworcem stał sznur taksówek. „Wsiądź pod Pałacem, udawaj miejscową, bo zedrą z ciebie skórę”, radził Krzysiek, kolega z liceum, warszawski współlokator. Poprawiłam plecak. Walizka obijała piszczel, kiedy wlokłam się pod Pałac.

– Przez Aleje czy Jana Pawła?

– Aleje! – strzeliłam.

Kątem oka widziałam szare budynki, falujące w upale miasto. Blok był obskurny. Na schodach wyminęłam dwóch żuli. Mieszkanie cuchnęło brudem. W salonie stało łóżko polowe. „Tu będziesz spać”, Krzysiek zostawił wiadomość.

Dziadek do orzechów

Siedzę na kuchennym stołku i jak zahipnotyzowana wpatruję się w córkę, która za pomocą dziadka do orzechów od godziny próbuje rozgnieść orzeszka. Wciąż pracuje nad tym jednym, a ja spoglądam na nią znużona i wiem, że jeżeli zajdzie taka potrzeba, spędzę na tym taborecie nawet rok. Muszę uzbroić się w cierpliwość. Pozwolę jej na tę odrobinę samodzielności. Bo tak to już jest, że jakkolwiek bym się nie starała go powstrzymać, czas i tak płynie nieubłaganie. Moja córka w końcu musi nauczyć się samodzielnie rozgniatać orzeszka. Tego i następne...

Subskrybuj RSS - Katarzyna Sikora