Subiektywnie

New Avengers. Inne Światy – Jonathan Hickman, Simone Bianchi, Rags Morales

Podróże po multiwersum

Maciej Rybicki

Pisana przez Jonathana Hickmana epicka historia końca uniwersum Marvela jakie znamy spotkała się ze sporym uznaniem publiczności. Trzeba jednak przyznać, że ma momenty lepsze i gorsze. Wydarzenia prowadzące do „Nieskończoności”– crossoveru dziejącego się w połowie dłuższej opowieści – były naprawdę wciągające. Na łamach „Avengers”, „New Avengers” i wreszcie głównej miniserii eventu Hickman pokazał ogromny rozmach, w niektórych wątkach wykraczając poza dość konwencjonalną superbohaterską nawalankę. Tego typu eksperymenty mają swoją cenę, między innymi atrakcyjność oraz przyswajalność dla czytelnika. Myślę, że „Inne światy” są świadectwem jej płacenia.

Skrzydła nocy – Robert Silverberg

Ewangelia według człowieka

Marcin Knyszyński

Robert Silverberg napisał nowelę „Nightwings” w 1968 roku, w niespełna pięć dni. Potrzebował chleba – igrzysk bowiem w swoim życiu miał już nadto. Sukces nowelki przyczynił się do błyskawicznego powstania dwóch kolejnych opowieści kontynuujących historię ze „Skrzydeł nocy” – „Wśród Pamiętających” oraz „Droga do Jorslemy”. Dwunasty Artefakt wydawnictwa Mag to zbiorcze wydanie wszystkich trzech opowiadań, które czytane jedno po drugim tworzą pełnoprawną powieść.


Ziemia, około trzydzieści sześć tysięcy lat po narodzeniu Chrystusa. Trwa tak zwany Trzeci Cykl cywilizacji, w którym marne resztki ludzkości próbują utrzymać się przy życiu w świecie po globalnym kataklizmie. Nieodpowiedzialne i rażące swą bezmyślnością próby sterowania klimatem planety podczas Drugiego Cyklu sprowadziły apokalipsę – Ameryka Północna jest zatopiona, morza i oceany zmieniły kształty pozostałych kontynentów, a sceneria na lądzie przypomina bardzo świat Severiana z „Księgi Nowego Słońca” Gene’a Wolfe’a. Z pozoru średniowiecze – jednak co jakiś czas jesteśmy świadkami użycia wysoko rozwiniętej technologii. Artefakty te, pochodzące z ery Drugiego Cyklu, to na przykład nadkieszenie, montowane zarówno w ubraniu, jak i żywym ciele, które mogą w sobie pomieścić nieograniczoną ilość przedmiotów. Są też czapki-myślówki, które łączą użytkownika ze wspólną bazą danych, zapisaną w sieci zbudowanej z milionów żywych mózgów oraz specjalne urządzenia służące członkom tajemniczej Gildii Strażników do łączenia się z Wolą, pewnym transcendentnym bytem przenikającym cały wszechświat.

Wojna Robinów – Tom King, Lee Bermejo, Ray Fawkes, Khary Randolph i inni

Mrowie wojowniczych nastolatków

Marek Adamkiewicz

Komiks superbohaterski od dawien dawna żyje wielkimi eventami. Często mają one na celu uporządkowanie wydarzeń i ponowne poskładanie świata przedstawionego, ale czasami dochodzi do tego zmiana status quo w danym uniwersum. Te specjalne tytuły to świetna okazja dla scenarzystów, by nieco namieszać w dobrze znanych realiach, pozostawić swój ślad i zostać zapamiętanym przez fanów. Dzięki pewnym manewrom twórcą, wobec którego nie można być obojętnym, jest na przykład Scott Snyder. On prowadzi akurat główną serię „Batman”, ale opowieści, które snuje na jej łamach, rzutują na inne bat-tytuły. Jednym z nich jest „Wojna Robinów”, która również ma potencjał ku temu, by zostać zapamiętaną.

Po tym jak Bruce Wayne zostaje wyłączony z gry, w Gotham City zachodzą wielkie zmiany. Miasto od niedawna ma nowego obrońcę, jednak jego działania podlegają sporym ograniczeniom ze strony urzędników. W metropolii powstaje nowy ruch, inspirowany postacią pomocnika Nietoperza. Wielu młodych Robinów wyrusza na ulice, by strzec porządku i wymierzać sprawiedliwość na własną rękę. Nie wszystko idzie jednak tak, jak powinno. Dochodzi do tragicznego wypadku, w którym udział bierze jeden ze samozwańczych herosów. Ginie policjant, a nastolatkowie ze znakiem „R” zostają wyjęci spod prawa. W tej sytuacji do Gotham wracają oryginalni Robinowie. I okazuje się, że nie wrócili na darmo, ponieważ szybko wychodzi na jaw, że wydarzeniami steruje pewna złowieszcza organizacja, której członkowie skrywają swoje oblicza za sowimi maskami.

Chemik – Stephenie Meyer

Chemia śmierci czy śmierć z nudów?

Jagoda Wochlik

Stephenie Meyer kojarzy się wszystkim bardzo jednoznacznie – ze „Zmierzchem”, serią romansów paranormalnych dla nastolatek. Potem był jeszcze „Intruz”, powieść znacznie lepsza, dziwny, choć udany mariaż SF, powieści filozoficznej, obyczajowej i romansu, którą Meyer udowodniła, że nie bez powodu otrzymała dyplom ukończenia literatury angielskiej. Po ośmiu latach przerwy, w trakcie których autorka zajmowała się głównie zmienianiem płci swoich sztandarowych bohaterów, powróciła z nową książką. Tym razem, ku zdziwieniu wszystkich, wydała powieść szpiegowską.

Stephenie Meyer zadedykowała swoją powieść Jasonowi Bourne’owi, bohaterowi książek Roberta Ludluma oraz spadkobiercy jego dziedzictwa, Aaronowi Crossowi. Odwołując się do takich legend historii szpiegowskich, postawiła sobie zatem poprzeczkę bardzo wysoko. Czy słusznie?

Alex od kilku lat ucieka. Ma za sobą spotkanie z trzema płatnymi zabójcami. Kiedy jednak zgłasza się do niej dawny współpracownik, prosząc o pomoc w powstrzymaniu siatki, która chce rozpylić wirusa mającego pochłonąć tysiące istnień, kobieta daje się wciągnąć w nowy spisek.

Trzeba zacząć od tego, że jak na powieść sensacyjną to mało w tej książce sensacji. Zero napięcia. Zwroty akcji? Ale jakie zwroty akcji? Niby się tropią, niby robią podchody, niby planują, niby spisek super-hiper-mega-tajnych organizacji, ale wszystko to jakieś takie nie dość, że pozbawione napięcia, to jeszcze zupełnie wyprane z emocji. Śmiało można postawić tezę, że 95 % tej powieści to opisy tego, jak bohaterowie się ukrywają, pakują, przebierają, przemieszczają. Jak na ludzi, którzy walczą o każdy oddech, o przetrwanie, mało w tym wszystkim owej walki.

Flash, tom 4: Cofnąć Czas – Francis Manapul, Brian Buccellato i inni

Odwrócony

Maciej Rybicki

Już od pierwszego tomu „Flash” publikowany w ramach Nowego DC Comics robił świetne wrażenie. Nie dość, że przynosił rodzimemu czytelnikowi serię poświęconą bohaterowi popularnemu (także dzięki telewizyjnemu serialowi), jednak w polskich publikacjach praktycznie nieobecnemu, to jeszcze oferował dobrą historię napisaną pospołu przez Francisa Manapula i Briana Buccelato. Kapitalne wrażenie robiła też oprawa graficzna w wykonaniu pierwszego z wyżej wymienionych. Niestety, bardzo szybko serii zaczęła doskwierać lekka zadyszka, ale trzeci tom przyniósł powrót wysokiej formy twórczego duetu. Jak się sprawy mają z tomem czwartym?

Największą bolączką dwóch poprzednich albumów był ogromny chaos fabularny. Składające się na te komiksy relatywnie krótkie, dwu-, trzyzeszytowe historie wymuszały skakanie po wielu tematach i powodowały wrażenie braku fabularnej ciągłości. Tom czwarty, zatytułowany „Cofnąć czas”, przynosi pewną zmianę – większość albumu stanowi bowiem znacznie dłuższa, sześcioczęściowa fabuła, przywołująca najnowsze wcielenie Odwróconego Flasha.
Duet scenarzystów bardzo skrupulatnie buduje opowiadaną historię. Co ważne, nie jest to już opowieść skupiająca się głównie na Barrym/Flashu (tak jak to miało miejsce w tomie poprzednim). Bardzo dużo miejsca na stronach „Cofnąć Czas” dostają więc Patty Spivot, życiowa partnerka Barry’ego, a także Iris West, jego najbliższa przyjaciółka (znana też jako jego żona w klasycznych wersjach chronologii świata DC). Pojawiają się sceny obyczajowe z życia Barry’ego i jego towarzyszy, a także liczne retrospekcje pokazujące przeszłość bohaterów. Wydaje się, że wreszcie „Flash” uzyskał niezły balans pomiędzy skupianiem się na wątkach poszczególnych postaci, pokazaniem ich tła, historii i wzajemnych relacji a klasyczną historią w konwencji superhero.

Gnat tom 1 Dolina, czyli równonoc wiosenna - Jeff Smith, Steve Hamaker

Sympatyczne

Aleksander Kusz

Usłyszałem kiedyś taką opowieść, że gdy nie wiesz, co powiedzieć o nowo spotkanej dziewczynie, powiedz, że jest sympatyczna. Skoro przy pierwszym spotkaniu nie zachwyciła ani nie zniechęciła, jest sympatyczna i już! Komiks Jeffa Smitha pod tytułem „Gnat” jest sympatyczny. Kiedy go przeczytałem, tak właśnie o nim pomyślałem. Jednak chciałbym zaznaczyć, że komiks jest sympatyczny w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Nie jest sympatyczny jak nowo poznana dziewczyna, o której nie wiemy, co powiedzieć.

 
Moje wybory na pstrym koniu jeżdżą. Właściwie sam nie wiem, dlaczego wybieram te, a nie inne komiksy do omówienia. Zazwyczaj to impuls chwili albo dobry blurb. No bo przecież jak Wam już kiedyś pisałem, dopiero niedawno wróciłem do czytania komiksów, więc znajomość tego tematu ogólnie u mnie kuleje. I właśnie powodowany impulsem zdecydowałem się na pozycję, którą Wam dziś przybliżam. „Gnat” Jeffa Smitha to oryginalnie zestaw pięćdziesięciu pięciu zeszytów wydawanych w latach 1991–2005. Obecnie to zestaw trzech zbiorczych tomów. Pierwszy z nich właśnie leży właśnie przede mną i uśmiecha się. Bo przecież to sympatyczny komiks, jak już wcześniej wspomniałem.

Nie żałuję, że wybrałem „Gnata”. Poprzednie trzy omawiane pozycje niemalże mnie zdołowały. Do każdej z nich miałem jakieś zarzuty – a to nudne i wciąż to samo, a to przerost formy nad treścią, a to opowiadanie o niczym. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu. I jestem bardzo ukontentowany (Uwaga! Pojawiło się trudne słowo, udało się! Może będę wplatał trudne słowa, jak Hubert? Zastanowię się nad tym).

Komiks jest dość obszerny, bowiem liczy 456 stron. To dużo, ale czyta się bardzo szybko. Muszę przyznać, że wciąga, zwłaszcza w ostatnim tomie, wręcz, nie mogłem się oderwać od lektury. Po prostu musiałem doczytać do końca, wiedząc, że to na pewno nie koniec. Przecież to dopiero początek i zawiązanie prawdziwej akcji. Przede mną następne dwa grube tomy, tylko Egmont musi je najpierw wydać.

Harley Quinn Tom 4: Do broni! – Amanda Conner, Jimmy Palmiotti, Chad Hardin i inni

Więcej tego samego

Marek Adamkiewicz

Pierwszy tom „Harley Quinn” w ramach „Nowego DC Comics” był czymś niezwykle odświeżającym. Twórcy zaserwowali nam błyskotliwy mix humoru i przemocy, a ich spojrzenie na rozrywkę okazało się niezwykle atrakcyjne. Następne wydania zbiorcze utrzymywały się w podobnych klimatach, autorzy żonglowali tymi samymi motywami i obracali je na wszystkie strony. Tylko składowych było więcej, zgodnie ze złotą sequelową zasadą – więcej, mocniej, szybciej. W tym momencie warto jednak zadać pytanie, czy ponowne zaserwowanie czytelnikowi podobnego patentu jest nadal rozwiązaniem satysfakcjonującym?


Styl życia Harley Quinn charakteryzuje się tym, że bohaterka nigdy nie narzeka na nudę. Tym razem, wraz z wprowadzonym pod koniec poprzedniego tomu Gangiem Harleyek, eksdziewczyna Jokera musi zmierzyć się z problemem pewnego marynarza, który pod wpływem kosmicznych wodorostów zamienia się w niebywale agresywnego i nieprzewidywalnego brutala. Poza tym Quinn zobowiązuje się do sprowadzenia do domu dziewczyny, która rzekomo została porwana przez przedstawicieli tajemniczej sekty. W sprawę wplątuje się jednak także Deadshot, co czyni ją nieco bardziej skomplikowaną. Ostatnia składowa albumu opowiada z kolei o wypadzie Harley, Ivy i Catwoman do Los Angeles, skąd mają odebrać prochy wujka głównej bohaterki i dostarczyć je na Long Island. Ta podróż będzie oczywiście pełna przygód.

Faks z Sarajewa - Joe Kubert

Hmm…   

Aleksander Kusz


Chwila zastanowienia wyrażona w tytule to oznaka, że coś tu nie gra. To już trzeci komiks z rzędu, do którego mam jakieś uwagi i pretensje. Kiedyś udawało mi się wybierać do omówień bardzo dobre komiksy. Co się dzieje? Muszę się nad tym mocno zastanowić. Wiadomo, że „Faksu z Sarajewa” nie można porównywać z dwudziestą częścią „Baśni” ani z najnowszym komiksem Sfara, „Nie musisz się mnie bać”. To nie ta kategoria, nie ta bajka. Dlatego też nie miałem jakiś szczególnych oczekiwań. A mimo to mam wrażenie, że coś z tym komiksem jest nie tak. Zaraz wyjaśnię, o co mi chodzi.

Ervin Rustemagić stworzył wydawnictwo, które publikowało komiksy wielu twórców znanych i poważanych tak w Europie, jak i na całym świecie. Rustemagić jest Bośniakiem. 21 marca 1992 roku  przebywał w swoim biurze w Holandii, ale postanowił dołączyć do bliskich, którzy parę dni wcześniej wyjechali do Sarajewa, z tęsknoty za rodzinnymi stronami. Zdecydowali się na ten krok pomimo napiętej sytuacji w Bośni i Hercegowinie. Wtedy właśnie kraj rozpoczął starania o odzyskanie niepodległości. Nikomu nie przyszło do głowy, jak to się może skończyć. Przecież był to koniec XX wieku, to nie czas na groźniejsze zabawy z bronią. Rustemagić wrócił do Sarajewa i właśnie w tym momencie Bośnia i Hercegowina została zaatakowana przez Serbię rządzoną przez Slobodana Miloševića. Serbowie najechali na Bośnię po to, żeby jej mieszkańcy na wieki zapamiętali, że już nigdy nie powinni się im przeciwstawiać. Bośnia została praktycznie odcięta od świata. Telefony i faksy (kto jeszcze pamięta takie urządzenia, rączka w górę!) nie zawsze działały. Ale właśnie te ostatnie zainspirowały autora komiksu. Joe Kubert, autor komiksów i twórca szkoły komiksu ze Stanów Zjednoczonych, jest jednym z adresatów faksów, które Ervin Rustemagić wysyła z oblężonego Sarajewa. Kiedy wojna się skończyła, postanowił opisać to, co przeżyli Rustemagić i jego rodzina.

Minuta przed północą – Vladimir Wolff

Od metra pociągu do Metra?

Hubert Przybylski

Wspominałem Wam już nie raz i nie dwa, że postapo kocham miłością od pierwszego przeczytania, od czasu lektury „Ostatecznych” Henryka Wiatrowskiego*. Miłość ta była przez lata podsycana wraz z każdą kolejną perełką, jaka trafiała w moje ręce – opowiadaniami i powieściami Baranieckiego, Pacyńskiego, Dicka, Ziemiańskiego, Szmidta, Huberatha, Zelaznego, Millera, Ballarda, Wyndhama, McCarthy'ego, Gemmella, Bułyczowa czy braci Strugackich, że wymienię tylko tych, którzy pierwsi przyszli mi na myśl. Owszem, były i takie chwile, kiedy miłość ta przeżywała ciężkie chwile, jak przy lekturze trylogii „Krąg walki” Anthony'ego Piersa, „Bastionu” Kinga albo „Metra 2033”** Glukhovsky’ego. To były naprawdę ciężkie chwile, ale uczucie zwyciężyło. I ma się dobrze. Choć przyznam, że gdy na rynku pojawiają się kolejne powieści sygnowane logiem tego ostatniego „dzieła”, to czarne chmury wracają, nie tylko na ekranie telewizora. A jak są czarne chmury, to normalne zdrowe nieświecie robią się ździebko złośliwe.

Ja rozumiem, że bycie pisarzem fantastyki w Polsce nie jest ostatnimi czasy zajęciem, które może zapewnić jakiś godziwy dochód, zwłaszcza gdy ma się rodzinę na utrzymaniu, ale są granice, których przekraczać nie wolno***. Zwyczajnie boli mnie, kiedy kolejni pisarze dołączają do korowodu chały i zamiast napisać coś na miarę ich możliwości i intelektu, tłamszą się i wtłaczają w wąskie horyzonty metrzanego uniwersum. Co gorsza, niektórzy robią to nawet bez loga „Uniwersum Metro 2033” na okładce. Przykładem jest tu Vladimir Wolff ze swoją „Minutą przed północą”, którą to książkę zamierzam dziś Wam przybliżyć.

Namiestnik – Adam Przechrzta

Wojna, alchemia i irredenta

Magdalena Makówka

Jest rok 1916, trwa Wielka Wojna. Warszawa znajduje się pod okupacją Niemców. Rosjanie nie mają zamiaru pozostawić głównego miasta Królestwa Polskiego w rękach Kaisera i szykują kontrofensywę. Jednak car jednak ma na głowie problemy zupełnie niezwiązane z wojną – pogłębiającą się chorobę syna Aleksego. Do zamieszania wojennego dochodzi niepewna sytuacja w enklawach, przybywają do nich coraz potężniejsze istoty, dla których srebro nie stanowi bariery nie do przejścia. Okoliczności te starają się wykorzystać Polacy, pragnący z wojny wyjść z odrodzoną ojczyzną. Wszystkie te kwestie będzie musiał ogarnąć umysłem jeden człowiek, Olaf Arnoldowicz Rudnicki.

Akcja „Namiestnika” toczy się w momencie przełomowym z punktu widzenia historii. Kończy się świat znany z dziewiętnastego wieku, na oczach bohaterów powieści rozpada się ład wiedeński. Problem enklaw został, w imię bieżących interesów politycznych, odsunięty na bok. Zdaje się, że mocarstwa zapomniały nieco o demonach żyjących tak blisko ludzkości. O możliwym niebezpieczeństwie pamięta za to Olaf Rudnicki. Mimo sukcesów odnoszonych w branży hotelarskiej wciąż zajmuje się swoją apteką, gdzie do przygotowania leków wykorzystuje nie tylko konwencjonalne środki. Monotonia jego życia zostaje przerwana przez wezwanie samego cara Mikołaja II, którego jedyny męski dziedzic ma się coraz gorzej z powodu postępującej hemofilii. Warszawski alchemik ponownie zawita na petersburski dwór, na którym spotka znacznie więcej wrogów niż przyjaciół. Wciąż jednak będzie mógł liczyć na pomoc swojego przyjaciela Samarina. Razem będą musieli nie tylko stawić czoła coraz groźniejszym mieszkańcom enklawy, ale także zrewidować zasady znajomości w obliczu coraz żywszych nastrojów niepodległościowych w Warszawie.

Strony