Subiektywnie

Green Arrow Tom 2: Wyspa Blizn – Benjamin Percy, Stephen Byrne, Otto Schmidt, Juan Ferreyra

Wyspa niewykorzystanego potencjału

Marek Adamkiewicz

Można powiedzieć, że pierwszy tom „Green Arrow” prezentował się całkiem przyzwoicie, ostatecznie plasując się gdzieś w środku stawki nowych tytułów z „Odrodzenia”, wprowadzonych na polski rynek przez Egmont. Otrzymaliśmy wówczas rozrywkę prostą, ale angażującą i nieobrażającą szarych komórek odbiorcy, co w tej konkretnej inicjatywie DC Comics wcale nie jest regułą. Benjamin Percy, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wydawał się odpowiednim twórcą do poprowadzenia postaci Szmaragdowego Łucznika. W „Wyspie Blizn” miał okazję potwierdzić, że faktycznie jest właściwą osobą na właściwym miejscu.

Po wydarzeniach przedstawionych w „Śmierci i życiu Olivera Quinna” tytułowy bohater, wraz z Black Canary i Johnem Diggle’m, trafia na zagadkową wyspę. Szybko okazuje się, że nie jest ona tak bezludna, jak się wydawało. Dodatkowo, powiązana jest z Dziewiątym Kręgiem, organizacją, która nie tak dawno sprawiła bohaterom sporo problemów. Tubylcy kryją niebezpieczną tajemnicę, a jej odkrycie może się okazać zabójcze w skutkach. Jakby tego było mało, Oliver i Dinah trafiają do Empire Expressu, w którym zaawansowane rozmowy pokojowe światowych przywódców mogą zakończyć się fiaskiem w obliczu działań sabotażysty.

Cały tom zasadniczo dzieli się na dwa główne wątki. Ten poświęcony Emiko, siostrze Olivera, zasadza się na akcji przeplatanej scenami retrospekcyjnymi, nieco rozbudowującymi relacje rodzeństwa. Część dziejąca się obecnie to przede wszystkim historia matki Emiko, która pracuje dla yakuzy. Dziewczyna chce ją uratować i w tym celu rzuca wyzwanie szefowi mafii. W obu przypadkach Percy’emu chodzi przede wszystkim o pogłębienie więzi, łączącej młodą bohaterkę z bliskimi jej ludźmi i zabieg ten wychodzi całkiem dobrze – motywacja protagonistki w obu liniach czasowych jest przedstawiona wiarygodnie, a samą Emiko, mimo jej młodego wieku, pokazano jako osobę, która wie, do czego dąży.

Batman Tom 2: Jestem samobójcą – Tom King, Mikel Janin, Mitch Gerards

Powrót Bane’a

Marek Adamkiewicz

Po sporym rozczarowaniu, jakie niosła ze sobą lektura pierwszego tomu odrodzonego „Batmana”, trudno było mieć szczególnie wygórowane oczekiwania odnośnie do drugiej odsłony serii. Wszak nie zmienił się scenarzysta, a fabuła jest bezpośrednią kontynuacją tej zaprezentowanej poprzednio. Czasami jednak się zdarza, że mimo oczywistych przesłanek, wskazujących na niską jakość danego komiksu, efekt końcowy zaskakuje in plus, zamykając usta krytykom. Osobiście miałem irracjonalną nadzieję, że „Jestem samobójcą” będzie przykładem takiego właśnie tytułu. Czy cud nastąpił – o tym opowiem poniżej.

Batman wyrusza na rządzoną przez Bane’a wyspę-więzienie, Santa Priscę. Jego celem jest odnalezienie i sprowadzenie do Gotham Psycho-Pirata, jedynego człowieka zdolnego odtworzyć zniszczoną psychikę Gotham Girl. Nietoperzowi towarzyszy kilku „wypożyczonych” z Arkham szaleńców, których unikalne zdolności mogą pomóc w osiągnięciu celu. Razem muszą stawić czoła nie tylko armii najemników broniących wyspy, ale przede wszystkim samemu Bane’owi, jedynemu złoczyńcy, któremu udało się złamać obrońcę Gotham City. Całość uzupełnia krótka i pełna emocji, dwuzeszytowa opowieść o specyfice relacji łączącej Batmana i Catwoman.

Morderstwa w Somerset – Anthony Horowitz

Literackie zabawy

Jagoda Wochlik

Anthony Horowitz niewątpliwie zna się na intrygach kryminalnych. Był scenarzystą takich serii jak Poirot, Morderstwa w Midsomer czy Detektyw Foyle. Nakładem wydawnictwa Rebis ukazały się w Polsce jego wcześniejsze książki – Dom jedwabny oraz Moriarty, w których pokusił się o wyręczenie Conan Doyle’a i opowiedzenie dalszych losów słynnego detektywa z Baker Street oraz jego śmiertelnego wroga, profesora Moriarty’ego. W 2014 roku Horowitz został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego.

Susan jest redaktorką w niewielkim londyńskim wydawnictwie. Właśnie otrzymuje do zredagowania tekst kryminału sztandarowego dla swojej firmy autora. Z zapałem zabiera się za lekturę kolejnej z przygód niemieckiego detektywa, Atticusa Pünda. Kiedy dociera do ostatniej strony, orientuje się, że nie otrzymała całości tekstu. Zanim jednak trafia do siedziby wydawnictwa w poniedziałkowy poranek, dowiaduje się, że twórca Pünda, Alan Conway, popełnił samobójstwo. Nastawiona na rozwikłanie ostatniej zagadki Atticusa, Susan wyrusza na poszukiwanie ostatnich stron. Czy kiedykolwiek istniały, czy też może oddanie książki bez zakończenia było ostatnim psikusem wrednego pisarzyny? A może ktoś zabrał brakujące strony? W miarę zadawania sobie kolejnych pytań, Susan dochodzi do wniosku, że być może Alan Conway nie popełnił samobójstwa.

By rozmawiać o Morderstwach w Somerset, najpierw należy pochylić się nad ich bardzo nietypową konstrukcją. Otóż Horowitz prowadzi z czytelnikiem pewną inteligentną grę. Oddaje mu powieść o budowie szkatułkowej – dostajemy książkę w książce. Z jednej strony obcujemy z historią pewnej przebojowej redaktorki, z drugiej wraz z nią czytamy Morderstwa w Somerset autorstwa Alana Conwaya, których cały tekst zawiera się w powieści. Naszą bohaterką jest Susan,  z którą staramy się prześledzić ostatnie dni życia niezbyt miłego pisarza, a jednocześnie towarzyszymy Atticusowi Pündowi w rozwiązywaniu jego ostatniej zagadki. Oba teksty różni czcionka i osobna numeracja stron. Prawdziwa frajda, również dla oka.

Odrodzenie Tom 2: Życie ma sens – Tim Seeley, Mike Norton

Krwawe powroty

Marek Adamkiewicz

Pierwsza wizyta w małym amerykańskim miasteczku Wausau przyniosła nam nieszablonowe spojrzenie na tematykę życia po śmierci. Okazało się, że wciąż można powiedzieć coś interesującego o powrocie martwych na tę stronę świata, bez jednoczesnego popadania w banał i eksplorowania motywów zombie. W drugiej odsłonie tej opowieści jej najciekawsze wątki są kontynuowane, a ponadto Seeley nie zamierza poprzestawać na czystej rozrywce i stara się dostarczyć odbiorcy coś więcej, aniżeli standardowy horror. Na ile udało się ten zamysł zrealizować?

Mimo że wydarzenia, do jakich doszło w Wausau, zdążyły już nieco spowszednieć mieszkańcom miasta, wciąż pozostają one ewenementem na skalę światową. Powstanie z grobu martwych nie może jednak być pretekstem do tego, by zaniechać bieżącego życia. Ale trudno zachować rutynę, kiedy dookoła dzieją się rzeczy niezwykłe i gdy żyje się w miejscowości objętej kwarantanną. Ponadto odrodzeni nie zawsze okazują się tym, kim byli wcześniej. Sytuacja jest napięta i z każdym dniem komplikuje się coraz bardziej.

Superman Tom 2: Pierwsze próby Superboya – Peter J. Tomasi, Patrick Gleason, Doug Mahnke i inni

Rodzina, ach, rodzina…

Marek Adamkiewicz

Pierwszy tom „Supermana”, nieco niespodziewanie, okazał się jednym z najlepszych tytułów „Odrodzenia”. Stało się tak głównie dzięki umiejętnemu przedstawieniu relacji panujących w rodzinie Kentów (lub też Smithów – oba nazwiska pozostają wszak w użyciu) i pokazaniu bardziej ludzkiego oblicza Człowieka ze Stali. Dodanie do grona bohaterów syna herosa, Jona, nadało fabule głębszego wymiaru, jeszcze bardziej kładąc nacisk na jednej z najważniejszych motywacji Supermana, czyli ochronie bliskich. To wszystko sprawiło, że na drugi tom serii czekałem ze sporymi oczekiwaniami, mając nadzieję, że wysoki poziom zostanie utrzymany.

Na „Pierwsze próby Superboya” składają się cztery krótsze opowieści. Pierwsza traktuje o wypadzie rodziny Kentów do wesołego miasteczka i próbie spędzenia przez nich normalnego, spokojnego dnia. Druga przedstawia historię ucieczki Supermana i jego syna z opanowanej przez dinozaury wyspy, na której obaj znaleźli się przez projekt naukowy Jona. Kolejna przedstawia pierwsze, nie do końca udane spotkanie Superboya z Robinem, a na deser dostajemy historię o kosmicznym stróżu prawa, który przybywa na Ziemię w poszukiwaniu galaktycznej przestępczyni.

Położenie przez Tomasiego i Gleasona nacisku na relacje rodzinne było tym, co najbardziej zagrało w poprzednim tomie przygód eSa. W kolejnym, twórcy starają się dalej iść tym tropem, co działa dobrze w opowiastce otwierającej całość. „Nasze Miasteczko” pokazuje jak Kentowie starają się wkomponować w lokalną społeczność, ale nie czynią tego nachalnie – rodzinna wycieczka do wesołego miasteczka nie jest w żaden sposób wyreżyserowana ani przez Clarka, ani przez Lois. Oni naprawdę chcą poznać ludzi, obok których przyjdzie im żyć, znajdując przy okazji przyjazne środowisko do rozwoju dla swojego dorastającego syna. Ta normalność pozwala bohaterom zyskać sympatię czytelnika i dać mu szansę na utożsamienie się z nimi.

Ostatnie dni Nowego Paryża – China Mieville

Inwazja sztuki

Marcin Knyszyński

China Mieville lubi surrealizm. W każdej jego dotychczasowej książce możemy znaleźć jego elementy. Istoty ze skarabeuszami zamiast głów, ludzie-kaktusy, byty żyjące między wymiarami, dwa miasta koegzystujące z sobą w tym samym kawałku fizycznej przestrzeni, kosze na śmieci znające sztuki walki, czy absurdalne tory kolejowe. Jego ostatnia powieść, a właściwie krótka nowela, to już praktycznie pean na cześć surrealizmu. Marzenia André Bretona, twórcy dwóch Manifestów Surrealizmu sprzed dziewięćdziesięciu lat, spełniają się u Mieville’a w sposób przekraczający nasze najśmielsze wyobrażenia. Strefa Strugackich i Skoliodoi Dukaja zamiatają podłogę kapeluszami przed piekłem Nowego Paryża.

Wiecie co to manif? Od razu zaznaczam, że nie jest to męska wersja manify – chociaż, biorąc pod uwagę bardzo wyraziste poglądy społeczne i polityczne autora, mogłoby się tak kojarzyć. Otóż manif to zmaterializowana idea, ożywione dzieło sztuki surrealistycznej, owoc wspólnej jaźni artystów. Jest to byt powstały najpierw w ich umysłach, potem przelany na papier, płótno lub glinę, a następnie ożywiony. Jakim cudem? W 1941 roku w Paryżu ma miejsce tajemnicza S-plozja, po której w stolicy Francji zaroiło się od istot i rzeczy przyprawiających o obłęd. Z wieży Eiffla została tylko górna część, wisząca w niewytłumaczalny sposób nad miastem, a Łuk Triumfalny zamienił się w gigantyczny pisuar. Po ulicach biegają drewniane wilki-stoły, jeżdżą ludzie-rowery, przechadza się słoń o rozmiarach magazynu. Możemy natknąć się na gigantyczną kobietę, powstałą z otoczaków, rosiczkę polującą na przelatujące samoloty, dziecięcą głowę wielkości budynku lub płonącą żyrafę. A najbardziej przerażające manify, powstałe w wyniku pewnej surrealistycznej gry, w którą zabawiali się Breton i jego przyjaciele, to przeczące wszelkim prawom zdrowego rozsądku Wyrafinowane Trupy.

Zapadła dziura Bone Gap – Laura Ruby

Gdy ślepy poszukuje zaginionej

Jagoda Wochlik

Realizm magiczny największe triumfy święcił w XX wieku, w dziełach twórców takich jak Julio Cortázar, Michaił Bułhakow, Gabriel Garcia Márquez, Italo Calvino czy José Saramago. Trzeba mieć nielichą odwagę, by stawać w szranki z pisarzami, którzy dali światu „Sto lat samotności”, „Miasto ślepców” czy „Grę w klasy”. A jednak autorka „Zapadłej dziury Bone Gap”, Laura Ruby, odważyła się na ten krok. Jej książka szybko została doceniona. „Zapadłą dziurę” nominowano do National Book Award i nagrodzono nagrodą im. Edgara Allana Poe. Czy rzeczywiście to aż tak udana powieść?

Sam pomysł nie jest jakoś specjalnie oryginalny. Zapowiada raczej dobry thriller, kryminał, a może powieść sensacyjną. Oto Róża, młoda dziewczyna z zapadłej wiochy gdzieś w Polsce, przybywa do Ameryki, by spełnić swój wielki sen. Z realizacji marzeń, jak to w życiu, niewiele wychodzi i bohaterka podejmuje decyzję o powrocie do domu. Wtedy jednak zostaje porwana. Udaje jej się uciec oprawcy. Tak trafia do Bone Gap, miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. Miejsca, gdzie wszyscy się znają i wiedzą o sobie więcej, niż powinni, a przynajmniej tak im się wydaje. Jednakże prześladowca Róży podąża za nią krok w krok. Odnajduje ją nawet w Bone Gap.

Początkowo przy czytaniu realizm magiczny przeszkadzał mi dość mocno. Uważałam, że ta historia bardzo dobrze broniłaby się jako kawałek świetnie napisanej powieści popularnej o porwaniu i przetrzymywaniu biednej, polskiej imigrantki. Jednakże w miarę rozwoju akcji przyzwyczaiłam się do konwencji i zrozumiałam, że to, co z pozoru mogłoby być prostą historyjką, zamieniło się w ponadczasową opowieść o poświęceniu, cierpieniach i wysiłku, jaki związany jest z każdym rodzajem miłości – rodzicielską, braterską, kochanków.

Złoty dom Goldenów - Salman Rushdie

Nie całkiem złote koleje losu

Magdalena Golec

Salman Rushdie kojarzy się chyba najbardziej z „Szatańskimi wersetami”. Pozycję tę wciąż mam na swojej liście „chcę przeczytać". Pisarza poznałam natomiast z jego nowszej powieści, „Czarodziejki z Florencji”. Zachwycił mnie językiem, atmosferą baśni, przenikaniem się w jego opowieści magii i rzeczywistości. I mimo że historia była dosyć prosta, to poruszała też poważniejsze tematy, jak chociażby rola kobiety w społeczeństwie, siła władzy, odmienność kultur. Z tego też względu, kiedy pojawiła się okazja przeczytania „Złotego domu Goldenów”, bez wahania z niej skorzystałam.

W dniu inauguracji Obamy jako prezydenta USA do Nowego Jorku przybywa tajemniczy bogacz, Neron Golden. Wraz ze swoimi trzema synami zamieszkuje w Ogrodach, zabytkowej dzielnicy miasta. Cała czwórka zostawiła za sobą przeszłość, odcięła się od swoich korzeni, by rozpocząć całkiem nowe życie. Początkowo było rzeczywiście bardzo udane, ale okazuje się, że zarówno od siebie samego, jak i od własnej historii nie da się uciec. Prędzej czy później minione dni dają o sobie znać, a skrywane tajemnice wychodzą na jaw. Trzeba stawić czoło dawnym problemom, wspomnieniom, niezamkniętym sprawom.

Ms Marvel. Zdruzgotana – G. Willow Wilson, Takeshi Miyazawa, Elmo Bondoc i inni

Niebezpieczne związki

Maciej Rybicki

Grudzień, Mikołajki, Święta za pasem… a radosny nastrój może być jeszcze lepszy, gdyż do księgarni trafił też kolejny tom rewelacyjnej serii o najnowszym wcieleniu Ms Marvel. Seria, stworzona przez G. Willow Wilson, stała się sztandarowym przykładem sukcesu formuły „nowego Marvela” – prawdę mówiąc, jednym z nielicznych, gdzie zmiana wizerunku bohatera lub bohaterki wniosła coś naprawdę nowego. „Ms Marvel” stanowi udane połączenie komiksu z głównego nurtu uniwersum Domu Pomysłów (przede wszystkim obserwujemy wzrost roli Inhumans… co pewnie niedługo się skończy, biorąc pod uwagę zakup Foxa przez Disneya, który niechybnie przywróci do łask X-Men i Fantastyczną Czwórkę), subtelnego podjęcia problematyki mniejszości społecznych z klasycznym komiksem o nastolatkach. Oczywiście wszystko utrzymane jest w konwencji superbohaterskiej.

Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni Tom 1: Prawo Sinestro – Robert Venditti, Ethan van Sciver, Rafa Sandoval

Czy w blasku dnia, czy w cieniu nocy…

Marek Adamkiewicz

„DC Odrodzenie” przyniosło w Polsce taki wysyp komiksów superbohaterskich, jakiego do tej pory nie widziano. Egmont trochę niespodziewanie zdecydował się na wprowadzenie na rynek wielu serii, których albo jeszcze nie mieliśmy okazji czytać po polsku, albo były u nas nieobecne przez naprawdę długi czas. Do tej drugiej grupy należą przygody Korpusu Zielonych Latarni. Ostatnie zeszyty TM-Semic wydał jeszcze w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku, nic więc dziwnego, że od dłuższego czasu fani domagali się powrotu tytułu do łask. Nie stało się to co prawda w ramach „Nowego DC Comics”, ale kolejna inicjatywa amerykańskiego wydawnictwa już ten stan rzeczy zmienia.

Rodzinna planeta Zielonych Latarni, Oa, przestała istnieć. Na jej miejscu pojawił się Świat Wojny, potężna jednostka kierowana przez Korpus Sinestro, zaprzysięgłych wrogów Latarni, operujących żółtą mocą strachu. Na domiar złego dotychczasowi strażnicy pokoju we wszechświecie zniknęli, a Thaal Sinestro wprowadza własne porządki – kolejne planety zostają spętane terrorem, zaś idący za nim lęk jest paliwem dla sprzymierzonej z żółtymi parareligijnej sekty. Wydaje się, że nie ma już żadnej nadziei, jednak na scenę próbuje powrócić Hal Jordan, który najpierw musi odzyskać własne ciało. Ponadto, w odległym zakątku galaktyki pojawiają się sygnały świadczące o tym, że lada chwila do gry może włączyć się także reszta Green Lanternów.

Strony