Subiektywnie

Brygada Żydowska – Marvano

O swoje

Maciej Rybicki

Choć tematykę drugiej wojny światowej poruszało w swoich komiksach bardzo wielu twórców frankofońskich (można by wręcz rzec, że jest ona wśród nich niezwykle popularna), jednymi z najlepiej przyjętych pozycji z tego nurtu są te, które wyszły spod ręki Marvano. Belgijski artysta (znany choćby z napisanej z Joem Haldemanem komiksowej adaptacji „Wiecznej wojny”) zdobył uznanie tytułami takimi jak „Berlin” czy „Grand Prix”. „Brygada żydowska” – kolejna trzyczęściowa seria jego autorstwa – kontynuuje wątki tej drugiej, choć w nieco innym kontekście.

Kaznodzieja Tom piąty – Garth Ennis, Steve Dillon

Amerykański mit

Marcin Knyszyński

Pod koniec czwartego tomu „Kaznodziei” Jesse Custer leżał na ziemi, znokautowany bardzo mocnym życiowym ciosem. Na początku tomu piątego zastajemy go stojącego na jakimś molo – fale się kłębią, niebo się chmurzy, wiatr wieje, a wierny pies waruje przy nodze. „Czasami bywa tak, że po prostu kończy ci się Ameryka” – mówi do niego Jesse, a my widzimy, że nie jest mu wcale wesoło. Co znaczą te słowa? W jaką kabałę wplątał się kaznodzieja, który postanowił znaleźć samego Boga i zadać mu kilka trudnych pytań? Co się znowu stało?

Sześć miesięcy przed tą sceną, a krótko po opuszczeniu Cassidy’ego i Tulip, Jesse dociera do prowincjonalnego miasteczka gdzieś w Teksasie. Salvation jest mieściną prosto z popkulturowych wyobrażeń amerykańskiego południa. Mały bar, biuro szeryfa, kilka domków i wielka przetwórnia mięsa tuż za miastem. Jej właściciel, pan Quincannon, karykaturalna kopia „Cegłówki” z „Przekrętu” Guya Ritchiego, trzęsie całą okolicą i opłaca szeryfa. Dzięki temu jego ludzie mogą po robocie bezkarnie rozrabiać w miasteczku a on sam zatruwa pobliską rzekę odpadami z fabryki. A dodatkowo chroni go pani adwokat, nazistka lubiąca przebierać się w czarną skórę nabijaną ćwiekami i spędzać czas w garderobie obwieszonej pejczami i portretami Hitlera.

Bar Pod Kogutem – John Grisham

Bar Pod Kogutem

Jagoda Wochlik

John Grisham jest niekwestionowanym królem thrillera prawniczego. Spod jego ręki wyszły takie arcydzieła jak „Raport Pelikana”, „Czas zabijania” czy „Klient”. Wszystkie zresztą zostały zekranizowane i to z gwiazdorską obsadą. W filmach na podstawie jego twórczości wystąpili: Sandra Bullock, Matthew McConaughey, Samuel L Jackson, Kevin Spacey, Donald Sutherland, Tom Cruise, Susan Sarandon czy Julia Roberts. W maju tego roku, nakładem wydawnictwa Albatros, ukazała się najnowsza powieść Grishama, „Bar Pod Kogutem”.

Jej bohaterowie  to czwórka studentów prawa – Gordy, Matt, Zola i Todd. Zaciągnęli ogromne kredyty, by móc studiować. Skuszeni perspektywą fantastycznych zarobków, znaleźli się w tarapatach finansowych, gdy okazało się, że po ukończeniu uczelni właściwie nie mają szans zdać egzaminu adwokackiego. Dlatego postanawiają oszukać system – praktykować bez licencji, pracując przy drobnych sprawach – przekroczeniach prędkości, prowadzeniu po alkoholu.

Z przykrością muszę stwierdzić, że „Barowi Pod Kogutem” daleko do starego dobrego Grishama, od którego człowiek odrywał się, by wyjść do pracy po nieprzespanej nocy, bo książka aż tak wciągała. To raczej powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym. Grisham bierze na warsztat niemoralny proceder zarabiania szemranych uczelni na naiwnych młodych ludziach. Dużo miejsca poświęca także sytuacji nielegalnych imigrantów, którzy po latach uczciwej pracy w Stanach Zjednoczonych nie mogą liczyć nawet na krztynę zrozumienia i ludzkiego traktowania. Boleśnie rozprawia się ze środowiskiem adwokackim, w którym panuje nieczułość na krzywdę obywatela, a o jakiejkolwiek etyce zawodowej można zapomnieć. Pisarz dokładnie konstruuje wątki obyczajowe, opisując je bardzo pieczołowicie. Poświęca im jednak znacznie więcej miejsca, niż powinien. Tworzy raczej współczesną powieść społecznie zaangażowaną niż thriller. O napięciu praktycznie nie ma mowy.

Czarownice z Manningtree – Beth Underdown

Salem oznacza pokój

Anna Szumacher

Niektóre lektury są lekkie, łatwe i przyjemne, a czytanie ich to czysta rozrywka. „Czarownice z Manningtree” nie łapią się do tej kategorii w najmniejszy nawet sposób. Dostajemy mroczną, duszną, przytłaczającą historię, która jednak wciąga. A najlepsze… a może najgorsze w niej jest to, że została oparta na faktach.

Kiedy pada hasło „czarownice”, na myśl przychodzą złe baby z bajek, wiedźmy z Shakespeare’a, film „Czarownice z Eastwick”, Sabrina, pozycja „Malleus Maleficarum” czy procesy w Salem. Skojarzeń jest sporo, i to rozrzuconych dosyć szeroko. Dzięki Beth Underdown, autorce recenzowanej książki, można do tej listy dopisać niewinnie brzmiące miasteczko Manningtree i niejakiego Matthew Hopkinsa.

We wstępie do książki Underdown wspomina, że powieść powstała, ponieważ „natrafiła na historię Matthew Hopkinsa, czytając książkę o położnictwie w siedemnastym wieku”. Choć brzmi to niewinnie, warto powiedzieć, że Hopkins zapisał się w historii Europy, a dokładniej Wielkiej Brytanii, jako jeden z najzajadlejszych, najbardziej okrutnych i diablo skutecznych łowców czarownic. Tak, moi drodzy, rzut kamieniem, odrobinę tylko na północ, mieliśmy własne procesy w Salem i to w wersji hard, bo ofiar były dziesiątki. Hopkins zabił ponad sto kobiet wyłącznie z tego powodu, że któryś z sąsiadów rzucił oskarżenie.

Avengers. Czas się kończy, tom 4 – Jonathan Hickman i inni

Już za chwileczkę, już za momencik…

Maciej Rybicki

Oj ciągnie się ta Hickmanowska saga, ciągnie. A jednocześnie rodzi niemało kontrowersji tak ze strony jej sympatyków, jak i przeciwników. Ci pierwsi zwracają uwagę na niebywały rozmach rozpisanej na kilkanaście tomów historii, specyficzny dla tego autora klimat opowieści, a także jej niebagatelny wpływ na kształt pozostałych komiksów Marvela (choć prawdę mówiąc, jest to raczej zasługą redaktorów Domu Pomysłów, którzy uczynili z fabuły „Avengers”/ „New Avengers” metawątek całego uniwersum). „Hickmanosceptycy” zwracają natomiast uwagę na zbytnie rozwleczenie fabuły, spore przestoje, logiczne dziury czy też po prostu nieznośną atmosferę, w której wszyscy knują przeciw wszystkim (rzecz jasna w imię większego dobra). Niezależnie jednak od tego, czy postrzegamy run Jonathana Hickmana jako wzorcowy przykład epickiej opowieści o końcu świata, czy też jako nudną trykociarską operę mydlaną, trzeba temu cyklowi oddać jedno – na pewno przyciągnął uwagę sporej publiczności, zwykle wywołując niemałe emocje… a na obecnym, przeładowanym tytułami rynku komiksowym jest to sztuka niemała.

Transmetropolitan. Tom 3 – Warren Ellis, Darick Robertson

Nikt nie może zadrzeć z PRAWDĄ

Marcin Knyszyński

Gary Callahan, nazywany „Uśmiechniętym”, wygrał wybory prezydenckie i poprzysiągł zemstę Pająkowi Jeruzalemowi. Drugi tom „Transmetropolitan” kończy się zapowiedzią nieuniknionego starcia pomiędzy nowym najpotężniejszym obywatelem Stanów Zjednoczonych a zrozpaczonym i wściekłym dziennikarzem. Ludzie Ameryki przyszłości dokonali swego wyboru, zamienili zło oswojone i tłumaczone pewnymi zasadami na zło cyniczne i nieograniczone zgoła niczym. Lepsze może i jest wrogiem dobrego, ale gorsze jest na pewno przyjacielem złego.

Pięcioczęściowa kolekcja zbiorczych wydań „Transmetropolitan” ma bardzo przejrzystą strukturę. Sześćdziesiąt odcinków serii podzielono na dwunastoczęściowe tomy – w przypadku najnowszego, trzeciego, jest dokładnie tak samo. Układ odcinków tego tomu to 2x (1+1+1+3) – mamy dwie tury trzech pojedynczych epizodów, przedstawionych w formie monologu, felietonu okraszonego obrazkami z życia Pająka, urywków programów telewizyjnych lub krótkich historyjek (na przykład zupełnie bez udziału Jeruzalema, tylko z „paskudnymi asystentkami” w rolach głównych) oraz dwie dłuższe, trzyczęściowe historie, które przywodzą na myśl rundy pojedynku bokserskiego. W pierwszej Pająk zalicza potężnego sierpowego i pada na ring. Gdy z trudem dochodzi do siebie i staje w końcu na nogi, przechodzi do zdecydowanego kontrataku w drugiej.

Jupiter's Legacy. Dziedzictwo Jowisza. Tom 2 – Mark Millar, Frank Quitely

Gorsze oblicze Millara

Marek Adamkiewicz

Ostatnimi czasy obserwujemy różne próby podejścia do tematyki superbohaterskiej od nieco innej strony i zaprezentowania jej mniej znanego oblicza. Czasem wychodzi to bardziej na poważnie („Czarny Młot”), niekiedy z lekkim przymrużeniem oka („Chłopaki”), ale cieszy, że twórcy chcą bawić się ogranymi motywami i przedstawiać je inaczej niż w regularnych trykociarskich seriach. W ten trend wpasował się także Mark Millar, który choć w pierwszym tomie „Jupiter's Legacy” nie chciał niczego reinterpretować i rewolucjonizować, to herosów przedstawił na własną modłę. Jego spojrzenie okazało się naprawdę ciekawe, mieliśmy więc wszelkie prawo spodziewać się wysokiego poziomu po zamknięciu tej opowieści. Jak wyszło w praktyce?

Po tym jak w rodzinie Sampsonów nastąpił podział, część z jej członków objęła władzę nad światem, podczas gdy pozostali udali się na wygnanie. Superbohaterowie szybko okazali się prawdziwymi despotami nieznoszącymi sprzeciwu, a ludzkość odczuła na własnej skórze jak to jest, gdy żyje się pod władzą absolutną. Z drugiej strony wielu spodobały się rządy silnej ręki, co tym bardziej zaskoczyło dawnych superłotrów, a obecnie jedynych mogących zmienić porządek rzeczy. Czy wystarczy im sił i motywacji, a przede wszystkim – czy faktycznie postępują słusznie? Żeby odnieść zwycięstwo, odpowiedzi na oba te pytania muszą być twierdzące.

O ile pierwszy tom „Dziedzictwa Jowisza” zahaczał o poważniejszą tematykę, o tyle kontynuacja porzuca ambitniejsze próby i skupia się na rozgrywce mającej na celu zmianę porządku rzeczy w świecie przedstawionym. To z kolei w centrum stawia akcję, inne elementy spychając na dalszy plan. Niestety, ale taka decyzja Millara okazała się dość mocno rozczarowująca, urok poprzedniej części zasadzał się bowiem w znacznej mierze na tych delikatnych kontrastach, na konflikcie wewnątrz rodziny i rozpadzie najmocniejszych (przynajmniej w założeniu) więzi. Tutaj tego wszystkiego brakuje, a koncentracja na przygotowaniach do potyczki i na samej walce jest pójściem na łatwiznę.

Hawkeye – Rio Bravo – Matt Fraction, David Aja, Chris Eliopoulos, Francesco Francavilla

Mój łuk, mój pies i ja

Maciej Rybicki

Gdy patrzymy na publikacje Marvela z ostatnich lat, nietrudno zauważyć, że chyba najrówniej wypadały tytuły, które można określić jako „superbohaterszczyznę uliczną”. Od Daredevila, przez Punishera, Jessicę Jones czy Iron Fista aż po Hawkeye’a – wszyscy ci herosi doczekali się znakomitych serii. Wszystkich łączy też specyficzna pozycja w uniwersum Domu Pomysłów – to postacie relatywnie niezbyt potężne (lub w ogóle bez mocy), a ich przygody rzadko charakteryzują się bombastycznością porównywalną z perypetiami Avengers czy X-Men. Czytelnik znajdzie tu (z drobnymi wyjątkami) historie znacznie bardziej kameralne, przyziemne, dziejące się raczej w brudnych zaułkach Nowego Jorku niż w Asgardzie czy alternatywnych rzeczywistościach. Co ciekawe, gdy tak popatrzeć z daleka, bez trudu zauważymy, że wspomniane tytuły (a dokładniej tytuły poświęcone wspomnianym bohaterom) zwykle wychodziły spod rąk podobnej grupy twórców: Bendis, Brubaker, Fraction, Aja, Mack, Gaydos – gdy szukam marvelowskich serii, które najlepiej trafiają w mój gust, te nazwiska pojawiają się nadzwyczaj regularnie. Jak więc wypadł czwarty tom „Hawkeye’a”?

Batman. Mroczny Rycerz: Rasa Panów – Frank Miller, Brian Azzarello, Andy Kubert i inni

Próba dorównania legendzie

Marek Adamkiewicz

Wątpliwości rozwieję już na samym początku – nie, „Rasa Panów”, czyli trzecia część Millerowskiego „Powrotu Mrocznego Rycerza”, nie zbliżyła się poziomem do oryginału. Jednak to było do przewidzenia jeszcze przed lekturą, zwłaszcza gdy spojrzało się na bibliografię autora, który od dłuższego już czasu nie stworzył żadnego dzieła mogącego nawiązywać do jego najlepszych dokonań. Mimo to komiks wciąż mógł okazać się całkiem satysfakcjonującą rozrywką, oferującą czytelnikom parę ciekawych wątków i pomysłów. Czy tak się stało? Myślę, że trzecia odsłona sagi przynosi kilka chwil całkiem niezłej zabawy, ale warunkiem jest wyłączenie oczekiwań.

Batman nie żyje. Podobno. Tak przynajmniej twierdzą media. Tym większe jest zdziwienie wszystkich, gdy na ulicach pojawia się osoba w stroju Nietoperza. Co więcej, jej umiejętności wydają się zbliżone do tych, jakimi dysponował Mroczny Rycerz. Czy to dawny obrońca Gotham powrócił na ulice miasta, by ponownie walczyć z panoszącą się przestępczością? Na odpowiedź nie przyjdzie nam długo czekać, a to zaledwie początek tej opowieści. Gdzieś niedaleko z więzienia zostają uwolnieni mieszkańcy kryptonijskiego Kandoru. Problem w tym, że wśród nich znajduje się niejaki Quar, despota pragnący podbić Ziemię. By go powstrzymać, siły będą musieli połączyć najwięksi ziemscy superbohaterowie, z Supermanem i Batmanem na czele.

BBPO. Plaga Żab. Tom 3 – Mike Mignola, John Arcudi, Guy Davis

Komu ufasz?

Marcin Knyszyński

W drugim tomie „Plagi żab” wielki lovecraftowski potwór, „Katha Hem, który przyćmi Sadu Hema”, pozostawił po sobie gigantyczny krater, setki trupów i wyprowadził wojnę z żabami z podziemi wprost na światło słoneczne. Świat już wie, że szekspirowskie „rzeczy, które nie śniły się filozofom” naprawdę istnieją pod naszym niebem i na naszej ziemi. W trzecim tomie Biuro Badań Paranormalnych i Obrony dowiaduje się jednak, że to nie humanoidalne żaby sprowadzą na grupę największe zagrożenie, lecz tajemnice skrywane przez samych członków.

 „B.B.P.O. Plaga żab. Tom 3” składa się z trzech pięcioodcinkowych historii. Za całość odpowiada stała już ekipa – scenariusze pisze John Arcudi, wspierany przez samego Mike’a Mignolę, a charakterystyczne, niepowtarzalne kadry rysuje Guy Davis. Plaga żab nadal trwa, jednak nie znajdziemy w tym tomie jakichś przełomowych wydarzeń z nią związanych. Właściwie, nie dzieje się nic w tym temacie, „żaby przycichły”, jak mówi jeden z członków Biura, i pewnie coś knują. Autorzy komiksu postanowili zatem mocno poszerzyć charakterystyki postaci i uchylić rąbków kilku nowych tajemnic. Dotyczy to nawet tego bohatera, który skończył w kawałkach pod koniec drugiego tomu – homunkulusa Rogera.

Strony