Debata telewizyjna

Ocena: 
9.33333
Average: 9.3 (3 votes)

W okresie swoich amatorskich studiów entomologicznych Feliks napisał błyskotliwe dziełko o samicy świetlika, które przyniosło mu przejściową sławę, a ponieważ każdy znany człowiek musi dziś wypowiadać się w telewizji, choćby na zupełnie nieznany sobie temat, zaproszono go do udziału w debacie o szansach kobiet na wyższych uczelniach.

Feliks był mocno onieśmielony: oprócz niego i moderatora w programie miał wystąpić starszy konserwatywny dziennikarz oraz jasnowłosa feministka, wygadana i agresywna, miażdżąca przeciwników, zwłaszcza płci męskiej, a w dodatku, jak się okazało, piekielnie atrakcyjna. Feliks postanowił na wszelki wypadek nie wypowiedzieć ani jednego słowa, zwłaszcza zaś nie sprzeciwiać się feministce. Fakt, że poszminkowano mu usta, upudrowano twarz i wyżelowano włosy, zwiększał jeszcze jego zakłopotanie.

Rozpoczęła się debata. Feministka najpierw bez większego trudu rozniosła na strzępy moderatora, który nie odezwał się już do końca programu, a następnie rozprawiła się z dziennikarzem. Chwilę to trwało, bo mężczyzna trochę się opierał, w wyniku czego został tym gruntowniej zdeptany i unicestwiony. Feliks nie przysłuchiwał się dyskusji, zajęty obserwacją kształtnej feministycznej nóżki w czółenku.

Kobieta nie była usatysfakcjonowana, dziennikarz w sumie okazał się lichym przeciwnikiem: wcale nie negował (jak zakładała) konieczności edukacji kobiet, a jedynie twierdził, że równouprawnienie już istnieje – i na tym polegał cały jego śmieszny opór.

W zapadłej ciszy feministka rozejrzała się po usłanym trupami studiu i spostrzegła skulonego na krześle Feliksa, o którego istnieniu zapomniała. Wietrząc zapach świeżej krwi, rozdęła chrapki i zapytała go o opinię. Feliks struchlał. Wobec tak znakomitych fachowców – odparł – on, skromny entomolog nie czuje się kompetentny w temacie. Ależ śmiało – zachęcała feministka, a kiedy nadal milczał, kategorycznie zażądała odpowiedzi („mężczyzna musi mieć zdanie na każdy temat!” – teza dość ryzykowna w świetle jej pozycji ideologicznych, ale, jak wiadomo, silna osobowość połączona z urodą może pozwolić sobie na wszystko). Feliks rozpoczął ugodowo: być może kobiety rzeczywiście nie wywalczyły jeszcze pełnego równouprawnienia na wyższych uczelniach. Więcej jest profesorów-mężczyzn, również stanowiska rektorów i dziekanów częściej obsadzone są przez płeć brzydką. Ale – tu uśmiechnął się do feministki, której ten ostatni zwrot frazeologiczny musiał wydać się podejrzany – zadajmy sobie inne pytanie: Po co w ogóle niewiastom edukacja tego rodzaju? Przecież zadania, do których przeznaczyła je natura, nie wymagają specjalnie pogłębionego wykształcenia, a jedynie wąskiej wiedzy praktycznej w kilku dziedzinach, którą z powodzeniem mogłyby przekazywać im matki, ciotki i babcie. (Tu feministka po raz pierwszy otwarła swe ładne usteczka ze zdziwienia i widok ten zainspirował dalszy ciąg wywodu Feliksa). Po cóż męczyć biedne dziewczyny pisaniem tych wszystkich nudnych prac magisterskich i doktorskich, których i tak nikt potem nie czyta? Na szczęście co obrotniejsze panie radzą sobie w biedzie, zlecając pisanie wymaganych prac znajomym mężczyznom, za co odwdzięczają im się w naturalny sposób, do którego mają i talent, i powołanie. Skuszeni obietnicą nagrody mężczyźni ochoczo i radośnie wykonują uciążliwą robotę, dzięki czemu dziewczyny dostają upragniony papierek. I taki jest właśnie faktyczny cel obecności kobiet na wyższych uczelniach – zakończył Feliks.

Zapadła dwudziestotrzysekundowa cisza, najdłuższa w historii debat telewizyjnych, nie licząc czterdziestosekundowych minut ciszy ku upamiętnieniu kogoś zmarłego. Potem feministka zerwała się z miejsca, wypluła z siebie potok na wpół zrozumiałych przekleństw, po czym oświadczywszy, że nie sposób prowadzić dyskusji z podobnymi kretynami, demonstracyjnie opuściła studio. Moderator i konserwatywny dziennikarz patrzyli na Feliksa z niedowierzaniem, ze zdumieniem, z radosnym podziwem, wreszcie zaczęli spontanicznie klaskać.

Była to jedyna pozytywna reakcja na wystąpienie Feliksa, który łudził się, że swoim oryginalnym i śmiałym ujęciem problemu uniwersytetów zdobędzie względy atrakcyjnej feministki. Zamiast tego wywołał skandal w prasie i w internecie. Wojownicza kobieta nie odpuściła i wniosła skargę do sądu. Rozprawę niestety wygrała (sfeminizowane sądownictwo), uzyskując wyrok skazujący. Feliksa obłożono wieczystym zakazem wstępu do budynków telewizji publicznej, prywatnej i rozgłośni radiowych, a także zamieszczania jakichkolwiek publikacji w prasie, w tym również entomologicznej, zaś jego dziełko o samicach świetlika, jako seksistowskie i szowinistyczne, zostało w całości skonfiskowane i przeznaczone na przemiał.

Odpowiedzi

Bardzo ładne

Napisane zgrabnie i naprawdę świetnie, że właściwie nie mam do czego się przyczepić.
Natomiast jeśli chodzi o samą treść... W sumie nie wiem. Satyra na feminizm? Jeśli tak, to dość słaba. Jeśli nie, to nie mam innego pomysłu na interpretację tego tekstu. xD
Nie zmienia to faktu, że czyta się dobrze.

Tekst ma odrobinę szerszy wydźwięk. I pytanie do autora, czy ze świadomym zamierzeniem wszedł w jakiś rodzaj, nie wiem, polemiki z Feliksem Krullem?

Szczerze wam dziękuję za komentarze i pytania. Są dla mnie bardzo wartościowe i nie mówię tego przez kurtuazję.
Wyjaśniam: tekst nie jest satyrą na feminizm ani na nic innego. Jest cząstką złożonego z ok. 35 szortów studium outsidera, człowieka wybitnie nieprzystosowanego i ogólnie nieobytego z realiami. Chciałem zderzyć go tu z wojująca feministką, bo urzekają mnie sytuacje totalnych nieporozumień. Feministka sądzi, że bohater to skrajnie konserwatywny kretyn, tymczasem on (jak sam przyznaje) nawet nie bardzo wie, czym jest feminizm, a swoje opinie wygłasza tak, jak mógłby to uczynić powiedzmy facet przeniesiony z lat 80 wprost do naszej epoki. Myśli przy tym (absurdalnie), że swoją śmiałą wypowiedzią zapunktuje u ładnej babeczki. Tekst nie wyraża zatem antyfeministycznych poglądów Feliksa (który nie ma żadnych poglądów na ten temat), lecz bawi się zderzeniem dwóch całkowicie nieprzywiedlnych postaw. Jego błąd – jak wskazuje pytanie Fraa – polega na tym, że dla czytelnika nie jest to oczywiste. W cyklu o Feliksie powinien zatem znaleźć się nie na początku, lecz np. jako nr 20 czy 25 – wtedy czytelnik będzie już wiedział, z kim ma do czynienia.
Właśnie za ten swój wniosek (piszę te szorty na razie bez żadnej kolejności) wdzięczny jestem Fraa.
Fidel: Tekst (a raczej cały cykl) ma pewne odniesienia do literatury, ale nie akurat do Krulla, którego prawie nie pamiętam.