Esc

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Nazywam się Anna i właśnie patrzę na zbłąkaną ćmę, która przysiadła na klawiszu „Esc” laptopa. Tak jakby moje słowa nie miały wielkiego znaczenia i nadawały się tylko do kosza, bądź co gorsza nie zasługiwały nawet na zapisanie, a potem wyrzucenie. Rozważając tę myśl, sięgam po kubek z chłodną już od pewnego czasu herbatą. Czy ja nie jestem taka sama? Nie! Mnie zalano wrzątkiem i zapomniano, gdzieś w międzyczasie ten czy tamten upił drobny łyczek, uronił kilka kropel i zostawił. Nie żebym nie miała kogoś, bo przecież mam. Mąż jest teraz w pracy, bo to niejako powinność dobrego męża. Sebastian należy do owego gatunku mężczyzn, którzy znają potrzeby kobiet. Wyuczył się tego na ojcowskich, być może nawet dziadkowych zajęciach z małżeństwa. Szybko przyszło mu zdawać egzamin z tej całej edukacji i pewnie w obrazkowo-zdjęciowym pojęciu rodziny otrzymał celujący. Brawa dla tego młodzieńca!, słyszę w głowie głos.                

Przecież nie stchórzył, gdy zaszłam w ciążę. Od razu powiedział, że to jego i że będzie ślub. Jakby żadnego znaczenia nie miało moje zdanie (Esc!) i liczyły się tylko medale za odpowiedzialność, i przestarzałe „tak trzeba”.  Pojawili się aniołowie od dobrych rad i nauk postępowania, wszechwiedzący potakiwacze i działacze na rzecz „naszego” dobra. Ale „nas” nie było. Byłam ja, z coraz większym brzuchem, mdłościami, zawaloną szkołą i on, ubrany w garnitur z rodzaju ślub-pogrzeb, chłopak równie zagubiony jak ćma, która przypadkiem usiadła na klawiszu laptopa. Dziecko było i nie było. Miało do powiedzenia tyle co ja. Nienawidziłam go tak samo jak siebie. Najchętniej rozlałabym ten jego mały kubeczek życia i wystawiła na działanie promieni słonecznych. Przecież to nie moje, myślałam wtedy. Niech sobie je biorą te ciekawskie ciotki, wciąż gadające, jak to pięknie wyglądam. Nienawidziłam ich, swojego dziecka, a najbardziej samej siebie. Gdy Nikolka urodziła się martwa, nie płakałam, a przynamniej nie z powodu jej śmierci. Przecież tego chciałam?(Esc!)              Miałam męża z powodu dziecka, którego nie było. Potem pojawiła się depresja, a może tylko ewoluowała z obojętności, która mną zawładnęła podczas ciąży w depresję matki po stracie dziecka. Nikt nie widział, że to ja umarłam, wykrwawiałam się przez kilka miesięcy i gdy nie zostało już ani kropli, wyrzutami sumienia pożerałam swoje ciało i duszę. I przez jakiś czas byłam i nie byłam. Otwierałam oczy i pudrem maskowałam fioletowo-szare worki pod oczami. Grałam jak najlepsza aktorka, a zamiast gaży dostawałam to, czego pragnęłam najbardziej, święty spokój. Aniołowie od dobrych rad zmienili taktykę, stali się wręcz niewidzialni. Czasem, idąc ulicą widziałam ich z daleka, podobnie jak oni widzieli mnie. Nagle sobie przypominali, że idą nie tą stroną ulicy co trzeba, przechodzili pośpiesznie i ze ściśniętymi ustami odwracali głowy. Ja i tak umieściłam ich w kategorii, idźcie do wszystkich diabłów, idźcie i najlepiej zapomnijcie o powrocie.

Choć chciałam, żeby te ciernie wkłuwające się w moją duszę zabiły mnie prędzej, czy później, czułam, że one lubią się tak bawić. Na przekór mnie samej. Ogryzały mnie jak jabłko, robaczywy owoc skazany na długie gnicie. Niedojedzona, niewypita, nie martwa. Złośliwa depresja wrastała w każdy fragment życia, już nie potrafiłam zakrywać jej makijażem, maskować uśmiechem prawie tak sztucznym jak kwiaty w wieńcach pogrzebowych.

On nadal był gdzieś w swoim wykreowanym świecie, innym od mojego, ale też nieprawdziwym. Nawet myślałam, że jest bardziej żałosny od mojego, pełen rytuałów i tradycji. Kochał się ze mną po wiadomościach w tempie Teleexpresu, w niezmiennej ramówce. Kupował kwiaty raz w miesiącu, a ja wstawiałam je do tego samego wazonu, na tym samym stoliku, z tym samym uśmiechem.  Raz w roku zabierał mnie nad morze. Wsiadając do samochodu czułam jak depresja rozsiada się na tylnym siedzeniu bym mogła czuć jej oddech na swoim karku. Czasem przybierała postać pustego fotelika dla dziecka, innym razem przypominała mnie samą, rozrywaną przez śmierć i utajoną chęć prawdziwego życia.

A morze jest piękne, szczególnie podczas sztormu. Żyje. Wiele razy wyobrażałam sobie, że jestem jak patyk rzucony w morskie fale. Unoszę się i opadam niesiona spienioną wodą, a potem przygnieciona tonami tejże wody tonę. (Esc!) I wypływam na powierzchnię, jakby jeszcze nie nadszedł mój czas. Jakby miał nigdy nie nadejść. On patrzy na mnie pytając, czy jestem szczęśliwa. Przecież tak mnie sobie wymyślił, więc co bym nie zrobiła, uzna to za odpowiedź twierdzącą. Nie mówię nic i tak jest dobrze. Przytula mnie wyuczonym gestem. Pewnie nasiąkł telewizyjnymi bzdurami o miłości. Ubrał się w podkoszulek do zdejmowania o zachodzie słońca, zabrał koc do kochania na piasku, do całowania na jego skraju. Zabrał to wszystko w swojej głowie pewnie na długo przed przyjazdem. Może nawet wcześniej. Ale ja jestem z czarno-białego filmu, gryzę się z kolorami jego obyczajówki ze szczyptą romansu. Kłócą się moje długie proste włosy z falami morza. A on strzępi język na temat przyszłości, kocha się ze mną, nie ze mną i zawozi do domu.

Idzie do pracy jak co dzień, myśli o wiadomościach i o seksie. Opowiada kolegom historie o tym jak dobrze, jak cudnie. Pewnie pachnie mną, bo jakby pachniał nie mną, to wróciłby do domu i mnie uratował. Ale nie wraca. Siedzę i słyszę kroki. Drobne kroczki, ledwie ślady zostawione na ciemnych panelach. Czyżby? (Esc!)

Słyszę wyraźnie głosik, na razie nie rozpoznaję słów. Muszę wrócić. (ctr+s)

- Mamo, chodź się bawić – oświadcza sześciolatka, tupiąc nóżkami.

- Już, kochanie – odpowiadam, zamykając laptopa.

Tak. To Nikola. Nie umarła przecież naprawdę. Jestem pisarką, samotną w każdej ze swoich historii i choć już dawno przestałam się bać słów, to czasem mała ćma przysiada na jednym z klawiszy i prosi. (Esc!Esc!)