Templariusz. Dwa życia i jedna miłość - Krzysztof Parfieńczyk

Zmarnowana narracja

Mirosław Gołuński

Jak zauważył Oskar Wilde: „Nie ma książek złych i dobrych, są tylko dobrze albo źle napisane”. Zwykle gdy czytam źle napisaną książkę, po prostu odkładam ją na zakurzoną półkę i staram się o niej, na ogół z powodzeniem, zapomnieć. Są jednak takie pozycje, o których zapomnieć nie mogę (bo na przykład miały na moje nieszczęście znaleźć się w zakresie mych zainteresowań naukowych). Z Templariuszem… sprawa jest o tyle bardziej złożona, że to źle napisana książka, która mogła być dobrą, gdyby ktoś pomógł autorowi. I jeśli pochylam się nad nią i zapraszam Państwa do lektury tej recenzji, to nie po to raczej, by zaproponować jej lekturę, ale by pokazać, dlaczego pisarze potrzebują redaktorów (korektorów też, ale na to raczej nie starczy mi miejsca) i jak w sumie nie aż tak wielkim nakładem sił (tylko czasu) można było uczynić z niej jeśli nie cacko, to przynajmniej tekst przyjemny dla oka.

Fabuła powieści jest interesująca: młody templariusz, Cris, wychowywany jak syn przez starego Anzelma, komtura templariuszowskiej komandorii w Rogowie, zakochuje się w młodziutkiej dziewczynie, Marii Magdalenie. Tak się nieszczęśliwie składa, że dziewczyna ma dziecko z Krukiem, z którym jednak jest nieszczęśliwa. Pewnego dnia mężczyzna dowiaduje się o ich miłości i nakazuje konkubinie
zabić rycerza, albo on zabije ich dziecko. Dziewczyna wybiera samobójstwo. Zrozpaczony Cris otrzymuje niespodziewaną szansę – podwładni Anzelma odnaleźli prawdopodobne wejście do czyśćca. Wyposażony przez przybranego ojca w kilka artefaktów (miecz i tarczę archanioła Gabriela) i eliksirów (uzdrawiająca woda z świętego Graala), w towarzystwie wychowanej przez siebie wilczycy i prowadzony przez kilku rycerzy młodzieniec wyrusza na odsiecz ukochanej.

Brzmi naprawdę przyzwoicie, prawda? Mamy trochę magii, osadzenie w realnej historii z nawiązaniem do mało znanych wątków obecności templariuszy na ziemiach polskich, gorącą miłość, klasyczny dla fantasy quest. Trochę naciągane? Nie takie naciągnięcia zasugerowane brawurowym Królestwem Niebieskim czytywałem. To dałoby się wybronić. Więc czemu się nie dało?

Spróbuję pokazać tę kwestię na kilku poziomach, od razu rezygnując z poziomu językowego – masakra składniowa i interpunkcyjna, ale jak powiedziałem, korekty czepiać się tym razem nie będę.

Po pierwsze, historia wydarzeniowa. Dla mnie ważne jest, że autor osadził akcję w 1266. To, że do zagubionej komandorii w Polsce nie docierają żadne echa tego, co dzieje się w Ziemi Świętej, można by przyjąć, ale skoro specjalnie wyselekcjonowani templariusze wyruszają, by zdobywać artefakty, to może warto byłoby to jednak jakoś zaznaczyć? Nie ma żadnych przygód tych dzielnych ludzi – a to materiał sam w sobie na długą opowieść. Zajmijmy się samymi zakonnikami – narrator kilka razy nazywa ich dłuższym określeniem, ale nigdy nie zbliża się ono do oryginału, a wplecenie weń Marii Magdaleny (zapewne pokłosie lektury Kodu da Vinci Dona Browna) to już zwyczajny błąd merytoryczny. I tak mógłbym przez następne dziesiątki stron, niestety.

Po drugie, historia obyczajów. Skoro autor już nie postudiował takich detali, jak wygląd uzbrojenia (wyliczanki, w których zawsze kilku elementów brakuje), obyczajów zakonnych (Cris co i rusz się myje – hm, nawet w Ziemi Świętej zakonnicy kąpali się raz w tygodniu; Cris ma swoją komnatę – to szczęście spotykało tylko dowódcę, reszta sypiała we wspólnym dormitorium; Cris rozbiera się do snu – rycerze zawsze musieli pozostawać w gotowości bojowej), wreszcie sposobów walki (Cris ćwiczy strzelanie z łuku z konia – pomijając, że była to taktyka walki wyłącznie ludów Bliskiego Wschodu i Wielkiego Stepu, to jak strzelać z łuku, jadąc w pełnym uzbrojeniu?) i relacji z płcią przeciwną (jeśli Cris był rycerzem zakonnym – wygląda, że był, ale nigdzie nie jest to opisane, a pasowanie było w XIII wieku najważniejszym momentem w życiu rycerza – to jego dowódca nie mógł patrzeć na to przychylnie, a już zwłaszcza dotyczyło to templariusza, bo w ich kodeksie jakiekolwiek kontakty z kobietami były zakazane), to zdecydowanie powinien mu o tym powiedzieć redaktor. W przeciwnym przypadku, a tak jest właśnie tutaj, robi się to niezamierzenie groteskowe, bo narracja cały czas utrzymana jest w podniosłym, romantycznym tonie.

Po trzecie, historia idei. W 1266 powszechnie znana jest idea czyśćca – nie, ona dopiero raczkowała. A Maria Magdalena (cóż za symboliczne imiona swoją drogą) po samobójczej śmierci musiała trafić do piekła – bez względu na okoliczności. Zresztą w 1266 wyprawa do piekła byłaby jak najbardziej uzasadniona, więc w tym wypadku naprawdę niewiele trzeba byłoby zmieniać. Pomijam, że w czyśćcu jego strażnik mówi, że nie można z niego wyjść – można było, ale znów – nie można wyjść z piekła.

Po czwarte, anachronizmy. Wiele rzeczy, które wymieniłem też w tej kategorii się mieszczą, ale najlepiej jest ona widoczna w języku. Tylko jedno zdanie z drugiej strony tekstu powieści: „Fanatycy muzułmańscy zapewne zniszczyliby wszystko, co pochodzi od chrześcijańskiego Boga, i jeszcze wykorzystaliby to do walki z jego wyznawcami”. Sprzeczność logiczną tego zdania pomijam. Słowo „fanatycy” ma stary rodowód, ale w znaczeniu użytym w tekście używa się go od bardzo niedawna. Poza tym bohaterowie powieści to templariusze, których muzułmanie zabijali bez litości, bo uważali, że nie da się ich nawrócić, a więc myśleli o nich dokładnie tak samo. Niszczenie jest zapewne pokłosiem tego, co w Afganistanie robili talibowie, a teraz ISIS – tyle że mowa tu o darach od Boga – muzułmanie uznają tego samego Boga, nawet jeśli nazywają go Allachem, a Jezus jest w Koranie kolejnym prorokiem. Nie zniszczyliby darów od archanioła Gabriela, który objawił się Mahometowi – to pewne. Autor rzutuje na średniowiecze jak najbardziej współczesne stereotypy w tak dużych ilościach, że to jest zwyczajnie męczące i sprawia, że książka jest źle napisana.

Wnioski z tej bardziej analizy niż recenzji są mało pocieszające. Mamy o to potencjalnie całkiem niezły pomysł, który został absolutnie pogrzebany. Bo mógłbym jeszcze dodać inne mankamenty, np. niezdolność do budowania napięcia, narracja w ogóle nie zmienia się, bez względu na to, czy mamy spotkanie z ukochaną, czy bitwę z potworami. Ale cały czas będę podkreślał, wina leży może nawet w większym stopniu po stronie redakcji (redaktor jest w niej wymieniony z imienia i nazwiska, a korektorów jest – uwaga – troje!) niż po stronie autora. Nikt tej powieści nie chciał pomóc.

Jeśli ten tekst czytają początkujący pisarze – proszę, szukajcie ludzi, którzy wyleją wam kubeł zimnej wody na głowy, zanim zobaczycie swój tekst w druku, czytajcie dobre teksty, dawajcie własne dobrym beta-readerom, inaczej, wybaczcie, ale szkoda drzew. I już z troską myślę o tym, że recenzowana tu powieść była dopiero pierwszą częścią.

Tytuł: Templariusz. Dwa życia i jedna miłość
Autor: Krzysztof Parfieńczyk
Wydawnictwo: Poligraf
Rok Wydania: 2015
Liczba stron: 114
ISBN: 978-83-7856-305-1

Odpowiedzi

Sporo zdań tej recenzji nie rozumiem (jakież to dłuższe określenie? I jakiegoż oryginału???), a z tymi które zrozumiałem nie zawsze się zgadzam (np. na temat higieny w średniowieczu). Jest tego więcej, ale trzeba by rozbierać całość zdanie po zdaniu, a nie mam ochoty.

W zakonie templariuszy ilość kąpieli zapisana była w regule zakonnej. Mogę służyć bibliografią.

Poproszę

M. Melville, Dzieje templariuszy, przeł. A. Jędrychowska, PAX, Warszawa 1991
M. Barber, Templariusze, przeł. R. Sodół, PIW, Warszawa 1999
M. Bauer, Templariusze. Mity i rzeczywistość, przeł. M. Słabicka, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2013
W każdej z nich rozdział o regule się znajduję, zahaczając z tego co pamiętam o higienę.

Dzięki

Mam na półce monografie Pernouda i Frale. Tylko nie chciało mi się sprawdzić. :) Faktycznie masz rację.

Dziękuję bardzo za recenzje. Oczywiście się z nią nie zgadzam.Po pierwsze książka skierowana jest do " prostego " czytelnika, który po ośmiu godzinach pracy na lince ma chęć się zrelaksować przy prostej książce.Może to Pana zdziwi ale sam tak pracuję. Po drugie. Napisał Pan, że nie trzymam się faktów i lekko opisuje średniowiecze. Taki właśnie miałem zamiar.To nie jest książka historyczna! Czytelnika męczą długie opisy.np.jednego listka dębu przez dwa rozdziały. Książkę ma się czytać jednym tchem i tak się czyta Templariusza. To się bardzo spodobało " prostemu " czytelnikowi ( takie dostaje recenzje, pozytywne) Oczywiście nie znam osobiście człowieka, który wszystkim dogodzić. Po trzecie Maria Magdalena to postać autentyczna z mojego życia. Szkoda, że pisząc tę recenzję nie spróbował się Pan ze mną skontaktować. Tak nawiasem obraził Pan jej śmierć. Podsumowując mało zrozumiała jest ta Pana recęzja ale dziękuję za nią. Nadmienie, że książka sprzedaje się świetnie, a Państwa zachęcam do przeczytania Templariusza i do lektury innych, mniej skąplikowanych recęzji mojej książki. Pozdrawiam Wszystkich serdecznie. Autor książki. Krzysztof Parfieńczyk

Ależ próbowałem się z Panem skontaktować - proszę sprawdzić korespondencję na fb.
Rozumiem, że ma Pan bardzo emocjonalny stosunek do własnej twórczości, to Pana najlepsze prawo, które absolutnie szanuję, ale wydając książkę, poddają ją Pan pod osąd różnych czytelników, zarówno tych bardziej, jak i mniej wyrobionych.
Na pierwszej stronie powieści pisze Pan "Polska. 1266." Co mam pomyśleć na temat jej treści - powieść historyczna, prawda? Jeśli nią nie jest, wprowadził mnie Pan w błąd. I jakiego typu powieścią w takim razie ona jest?
I dlaczego ma mnie dziwić, że Pan pracuje? Również pracuję, ba, kupiłem Pańską książkę, więc jak każdy mam prawo o niej się wypowiadać.
"obraził Pan jej śmierć" - bohaterki powieściowej czy osoby, którą Pan znał? Pierwsze jest niemożliwe, bo trudno obrazić postać fikcyjną, drugie również, gdyż nie można obrazić kogoś, o czyim istnieniu nawet się nie wie. A jeżeli wczytałby się Pan w moją recenzję, zauważyłby Pan, że pokazuję, że miał Pan ciekawy pomysł, w którym ratowania ukochanej z zaświatów jest interesujące fabularnie.
Pan wybaczy, ale mnie się Templariusza jednym tchem nie czytało - nic na to nie poradzę, a błędy językowe miały na to niebagatelny wpływ. Ale o nie mam pretensje nie do Pana (autor ma prawo je robić, choć nie powinien), ale do wydawnictwie, które je Panu wydało (jeśli zwróciłby Pan uwagę na to, co napisałem).
Cieszę się, że dostaje Pan pozytywne opinie na temat swojej powieści. Jeśliby się Pan w moją naprawdę wczytał, zobaczyłby Pan, że próbuję Panu coś doradzić, ale zapewne łatwiej jest uznać recenzenta za "wroga", gdyż ośmielił się na kilka krytycznych uwag niż zastanowić się, dlaczego tak napisał.
I naprawdę działałem "pro publico bono", ale Pan pewnie myśli inaczej.

Wracając jeszcze do Pana recęzji nie dostrzegł Pan najważniejszego w mojej książce, a mianowicie przesłania, które tam umieściłem. Pozwolę sobie przedstawić recenzje " prostej " ciężko pracującej czytelniczki ( tak się ta Pani opisała) , która to dostrzegła.
" Właśnie skończyłem książkę Templariusz. Dwa życia i jedna miłość. Jest porywająca, pełna uczuć tak szlachetnych, że aż nierealnych, wielowątkowa i interesująca i dająca do myślenia. Polecam, przeczytajcie i pochylcie czoła, bo jest w niej wielki przekaz. Joanna Kwiatkowska. "
Pisownia i tekst oryginalny. Ja tylko recenzje wkleiłem. Dodano 17.kwietnia.2015
Raz jeszcze pozdrawiam serdecznie Pana i wszystkich czytelników. Autor książki Templariusz. Dwa życia i jedna miłość.
Krzysztof Parfieńczyk

A co to za przesłanie? Bo Pan wybaczy, ale w zacytowanej przez Pana opinii, bo recenzją bym tego jednak nie nazwał, można jedynie przeczytać, że "jest w niej wielki przekaz". I ja nadal nie wiem, czego w niej nie zobaczyłem.
A tak przy okazji, autorka opinii pisze o sobie w formie męskiej.

Oczywiście, że ma Pan prawo do wypowiedzi. Podziękowałem za to. Powieść to baśń umiejscowiona w średniowiecznych czasach.
Co do recenzji tej Pani to umieściłem wpis, że Pisownia oryginalna. Zachęcam do przeczytania innych recenzji w różnych księgarniach internetowych, również w Gandalfie gdzie można kupić i Pana książki. Ja je polecam!
Przykro jak pisarz pisze o drugim " pisarza" nieobiektywnie nie znając wszystkich faktów powstania Templariusza. Pachnie to zazdrością, a ja nie będę publicznie wypowiadał się na temat Marii Magdaleny. Co do języka..cytuję Pana słowa...masakra, to odsyłam drogich czytelników i Pana do recenzji Templariusza w empiku.
Co do kolejnych części muszę Pana zmartwić , a fanów pocieszyć. Piszę trzecią część Templariusza. Druga wróciła od recenzętów z kraju i bardzo się podoba. Jak napisałem moja książka sprzedaje się świetnie w Polsce jak i w Europie. Dziękuję za reklamę i życzę Panu samych sukcesów i dużej sprzedaży " własnych " książek. Raz jeszcze dziękuję i pozdrawiam serdecznie Pana jak i czytelników. Autor książki. Krzysztof Parfieńczyk

1. Nie jestem pisarzem, więc wszystkie insynuacje pod moim adresem są zwyczajnie nieprawdziwe. Nie może więc Pan polecać moich książek, bo ich tam zwyczajnie nie ma.
2. Zadaniem recenzenta nie jest poznawanie faktów związanych z powstawaniem utworu, ale ocenianie gotowego produktu, którym jest opublikowana książka.
3. Za to jestem, tak się złożyło, z zawodu polonistą i jeśli wypowiadam się na temat języka, to naprawdę wiem, o czym mówię. Niech mnie Pan nie zmusza, bym zaczął cytować Pańskie zdania (z książki, bo Pańskie wpisy już wszyscy widzą) i wskazywał, dlaczego zawierają błędy.
4, Jeśli twierdzi Pan, że jest to baśń osadzona w średniowieczu to sam Pan przyznaje, że faktografia dotycząca średniowiecza powinna być zachowana - a Pan się nawet nad tym nie zastanowił.
5. Wie Pan, recenzje w Szortalu tym się różnią od tych z księgarni internetowych, że dba się tu o ich poziom i prawdziwość.

I nigdy nikogo nie traktuje jak wroga nie poznając dobrze człowieka. Kocham ludzi i kocham życie. Życzę Panu naprawdę samych sukcesów jak i w życiu tak i w Pana twórczości. Ja dopiero zaczynam spełniać marzenia. Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję. Krzysztof Parfieńczyk

Póki co to jeśli ktoś tu kogoś potraktował jak wroga - to Pan mnie.
Jak napisałem wcześniej, ma Pan aż nazbyt osobisty stosunek do swego dzieła i ma Pan do niego prawo, ale ja oceniam wyłącznie Pana powieść.
Pana faktycznie nie znam i w moje pracy Autor nie ma dla mnie znaczenia. Dawno temu stworzono pojęcie "instancji nadawczej" tekstu i trzymam się tej wersji.
Powtórzę: moja krytyka nie była skierowana przeciwko Pana, ale dla Pana i wszystkich tych, którzy zaczynają pisać, gdyż popełnia Pan błędy naturalne dla niedoświadczonych pisarzy.
Jeśli Pan nie wierzy, proszę przeczytać również moje recenzje "Mieczy cesarza" Staveleya, czy dzisiaj zamieszczoną Summoneta. To również debiutanci, ale im redaktorzy pomogli i te powieści naprawdę daje się czytać.

Co do kontaktu na fb..pewnie napisał Pan na fanpejdz książki Templariusz. Dwa życia i jedna miłość. Informuję, że ja tej strony nie prowadzę tylko pomagam moim fanom. I proszę się im nie dziwić, że Panu nie odpisali to moi wspaniali recenzęci :)
Proszę drugi raz napisać w moim profilu na fb. Pozdrawiam serdecznie :)

Nie, pisałem na Pana stronie.

Dwa razy wrzuciła mi się ta sama odpowiedź.

Dziękuję i życzę miłego wieczoru. Pozdrawiam serdecznie. Krzysztof Parfieńczyk

ojoj

Zastanawiam się, czy jednak recenzja nie skupiła się trochę zbyt mocno na tym, co w książce tak naprawdę najmniej ważne. Bo liczy się przecież opowieść. Do połowy fantastyki można przyczepić się, że "tak naprawdę nie było", zwłaszcza do historii alternatywnych. Większość literatury sensacyjnej opiera fabuły na zbiegach okoliczności i zdarzeniach, do których tak naprawdę nigdy by nie doszło. Jak wiele seryjnych morderców może działać w Ystad? A Mankell napisał z 10 książek o ich tropieniu w mieście liczącym niecałe 20,000 dusz. Rzecz jasna, kiedy używa się istniejącego zakonu, warto jest zbadać najpierw temat i opowiedzieć historię, która nie będzie zapełniona bzdurami na temat rzeczywistego zakonu, ale nie oszukujmy się - opowieść o ludziach schodzących po ukochaną do piekła (czyśca, tuneli metra, itd.) jest przepełniona bzdurami i tyle. Po to się ją czyta. Za to akurat błędy językowe, o których wspomniał autor recenzji, powinny książkę z miejsca dyskwalifikować tak samo, jak nikt nie chciałby ogladać filmu, który jest bez sensu skadrowany, zmontowany, a format obrazu zmienia się bez ładu i składu. Nie pomijając też kwestii zbrodni na języku. Ja z recenzji dowiedziałem się tylko tyle, żeby nie traktować jej jako źródła wiedzy o zakonie. Myślę, ze recenzje niekoniecznie powinny być przestrogami dla autorów, raczej powinny się skupiać na czytelniku. Być może po prostu recenzent przeczytał książkę nie przeznaczoną w zamyśle dla niego i zamiast spojrzeć spalony las, ujrzał wyłącznie krzywo posadzone drzewa...

Czytając umieszczone tu wpisy postanowiłam kupić Templariusza. Od razu napiszę że książka bardzo mi się spodobała. Czytając pana rozprawkę mam wrażenie że czytał pan inną kśiążke. Wszystko opisał pan bezsensu, porażka. Po co mi kobiecie potrzebny opis ubioru templariuszy. Nie interesuje mnie w książce ile miał dziurek pas templariusza, nudy. Pisze pan że autorowi puściły nerwy. W tym co przeczytałam wyżej widzę to wręcz odwrotnie. Szantażując autora umieszczeniem tekstów z jego książki ( przypomnę to jest nielegalne, nie ma pan prawa publikować fragmentów książki bez zgody autora i wydawcy, prawa autorskie )okazał się pan bardzo malutkim człowiekiem. Przy okazji robiąc z siebie nierzetelnego, nieobiektywnego krytyka.