Opowieści luster

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów
Zaczęło się od lustra w sypialni. Czasami budziły go w nocy ciche szepty, zupełnie jakby ktoś próbował do niego mówić na granicy słyszalności. Ciche mruczenie kołysało go z powrotem do snu.

Pewnego dnia żona go przestraszył stuknięciem w ramię. Nie był świadomy tego, co dzieje się dookoła, zupełnie jakby opowieść snuta przez lustra go pochłonęła.

– To niezdrowe, skarbie – powiedziała. – Powinieneś iść do lekarza.

– No nie wiem – odpowiedział. – A co jeśli powie, że zwariowałem?

– To można leczyć – uśmiechnęła się. – No idź.

Po drodze zachwycał się dźwiękami miasta, pędzącymi samochodami, wiatrem szumiącym w koronach drzew. Dopóki nie zahaczył spojrzeniem o witrynę sklepu. W odbiciu poruszały się drobne rzeczy. Odwrócił się – i nic nie zobaczył. Jednakże odbicie nadal je pokazywało. Powróciły szepty, tym razem na tyle głośne, że niewiele zabrakło, by zaczął rozróżniać słowa.

Potrząsnął głową i ruszył dalej, w kierunku gabinetu lekarza w centrum miasta. Opuścił głowę, tak by nie zerkać w napotykane po drodze lustra. Za ostatnim zakrętem podniósł głowę - dotarł do drzwi gabinetu. Jego spojrzenie zatrzymało się na dziesiątkach wielkich okien nowego ratusza, przypominających ogromne lustra.

Szepty uderzyły ze zdwojoną siłą, padł na kolana i próbował zatkać sobie uszy. W końcu zrozumiał słowa, które wcześniej były nieuchwytne. Zbladł i pokręcił głową.

– Nieeeeeeeeeeee!!!

Złapał leżący nieopodal kamień i zaczął biec w kierunku okien, biorąc zamach. Im bardziej zbliżał się do luster, tym bardziej miał wrażenie, że się wyciągają i próbują go złapać. Zobaczył, że w odbiciu lustrzanym coś się rusza. Był pewien, że to coś nie znajduje się nigdzie za nim ani dookoła niego. A mimo to był przerażony. W chwili, gdy wygłodzone usta dotknęły jego ciała, wrzasnął i stracił kontrolę nad jelitami. Jego jęki trwały tylko kilka sekund.

***
– Czy może mi pani powiedzieć, co tu się wydarzyło? – zapytał policjant.
Starsza pani przyglądała się z zafascynowaniem kałuży krwi i odchodów na chodniku tuż pod oknami ratusza.
– Sama nie wiem – odpowiedziała. – Wydawało mi się, że jakiś mężczyzna wybuchł wprost na okna, ale... szyby wydają się czyste.
Policjant spojrzał na lustrzaną powierzchnię okien. Były nieskazitelnie czyste. Ponownie odwrócił się do staruszki. Miała osiemdziesiąt lat, jak nie więcej, i zapewne brała jakieś leki. Na twarzy miała wręcz wypisane „beznadziejny świadek”.
– Panie władzo – spytała nagle, unosząc głowę. – Czy pan też słyszy te szepty?

Przełożyła Magdalena Małek