Drzewo życia

Ocena: 
5
Average: 5 (2 votes)
Czterdzieści osiem stopni Celsjusza rozpościerało się nad pustynią. Gęste powietrze przecinały chwiejnym krokiem dwie postacie. Gołe, spieczone słońcem plecy i ramiona, głowy owinięte bawełnianymi koszulkami, przesuszone na proch lniane spodnie, a na stopach pożółkłe od piachu, niegdyś śnieżnobiałe, adidasy.
Kobieta zatrzymała się.
– Nie dam rady – powiedziała i opadła na kolana.
Z trudem sięgnęła po przypięty do paska spodni bidon i przystawiła do ust, desperacko próbując wycisnąć z niego chociaż jedną kroplę.
– Ach! – krzyknęła i zakasłała.
Pusty bidon upadł obok.
– Spójrz tam – wyszeptał gardłowo mężczyzna i wskazał na coś drżącą ręką. Na przedramieniu miał wytatuowane arabskim alfabetem słowo حياة.
Kobieta zmrużyła zapuchnięte, bolące powieki i spojrzała w kierunku, który wskazał mężczyzna.
Zobaczyła ogromne, rozłożyste drzewo. Grube konary zdawały się falować tuż ponad wydmami. Pomimo tego, że drzewo stało samotnie na środku oceanu piachu, gałęzie miało pokryte milionami zielonych listków.
Kobieta pokręciła głową.
– To niemożliwe – stwierdziła. – To fatamorgana.
– Chodź – powiedział mężczyzna i wyciągnął dłoń.
– Mówię ci, że to złudzenie.
– I tak nie mamy nic do stracenia. Prawda?
Wzięła go za rękę i pozwoliła mu się poprowadzić. Te kilkaset metrów wydawało się ciągnąć tysiące kilometrów. Z każdym krokiem jednak przybliżali się do drzewa. Z każdym krokiem, który kosztował ich cały zapas woli istnienia, stawało się ono coraz bardziej realne.
Lekki wiatr spłoszył uśpione ziarenka piasku i posypały się one deszczem na twarze. Oboje przyspieszyli kroku, bo oto ten niepozorny podmuch upewnił ich w przekonaniu, że drzewo nie jest fatamorganą. Wiatr tańczył nie tylko z ziarnami piasku, ale i z liśćmi, które zaszumiały cicho.
– Ha, ha, ha – zaśmiała się na głos kobieta i przytuliła najniższą z gałęzi.
Mężczyzna przytulił kobietę i wrzasnął głośno ze szczęścia. Zaraz potem oboje zaczęli żuć zielone, soczyste liście. Usiedli w cieniu, jaki dawały rozłożyste konary.
– Mówiłem ci, że to nie było złudzenie.
– Miałeś rację – powiedziała kobieta. – Cieszę się, że cię posłuchałam.
– Zobaczysz, przez noc na tych liściach zbierze się rosa. Musimy tylko wstać ze wschodem słońca.
– Napijemy się i co dalej? Zostaniemy tu?
– Nie, oczywiście, że nie. No, może kilka dni. Nazbieramy wody i ruszymy dalej. Skoro jest tu to drzewo, to niedaleko musi być jakaś oaza, może nawet miasto, kto wie?
– Nazbieramy wody? W co? Mój bidon upuściłam.
– Ja swój nadal mam.
– Wiedziałam, że nie powinniśmy byli sami opuszczać hotelu –  powiedziała. – Co nas podkusiło?
– To już nieważne, kochanie. – Mężczyzna wziął kobietę w spieczone ramiona. – Wszystko będzie dobrze – mówił i tulił ją mocno, aż oboje zasnęli.
Ostre promienie wschodzącego słońca ukłuły kobietę w policzek. Otworzyła oczy.
– Kochanie? – odezwała się, ale mężczyzny nie było nigdzie w pobliżu.
Wstała. Kolejny raz miał rację, pomyślała, widząc zroszone kroplami liście. Ujmowała je po kolei w dłonie i zlizywała z nich słodką wodę.
Pragnienie wzmagało się, w miarę jak piła. Weszła na gruby konar, by sięgnąć do gałęzi ponad głową. Więcej liści, więcej wody. Zaczęła wspinać się wyżej.
Kiedy poruszyła jedną z gałęzi, spadł z niej przyżółkły adidas. Wdrapała się na kolejną gałąź. Przewieszone przez nią były lniane spodnie, z przymocowanym do paska bidonem.
Nazbieram do niego wody, pomyślała kobieta i sięgnęła po naczynie.
Sączyła deszczówkę z liści do bidonu i wspinała się coraz wyżej i wyżej. Po więcej liści, po więcej wody. Minęła zawieszoną na gałęzi bawełnianą koszulkę i zgubiła jeden ze swoich adidasów, który utknął gdzieś w gąszczu poplątanych gałązek.
Gdzież on się podział?, pomyślała.
Gdy wspięła się prawie na sam szczyt, rozejrzała się. Horyzont zdawał się taki odległy, a pustynia mnie miała końca.
– Tym razem nie miałeś racji – powiedziała na głos. – Nie ma w pobliżu żadnej oazy. Nie ma żadnego miasta, tylko pieprzone morze piachu. Jak to drzewo się uchowało na tej pustyni? Nic to, muszę nazbierać więcej wody.
Chwyciła za grubszą gałąź, by wspiąć się jeszcze wyżej i zawisła, trzymając się jej kurczowo i z przerażeniem patrząc na jakby wypalony w korze arabski napis: حياة.
Przełknęła ślinę a zawiązana wokół głowy bawełniana koszulka zsunęła się i opadła, zatrzymując po drodze na którejś z gałęzi.