Dead to me

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Śmierć śmierci! 

                                Victor Marie Hugo

 

            Śmierć: świat minus jednostka. 

                                               Stefan Napierski

 

 

             Wszedł na stołek. Nie było to łatwe, bo strasznie trzęsły mu się nogi. Ręce zresztą też. To chyba ze strachu - w końcu wiedział, jaka będzie reakcja jego rodziny. Ale już podjął decyzję, nie mógł dłużej funkcjonować na tym świecie, męczyło go udawanie przed innymi, że jest inaczej. Miał szansę choć odejść w prawdzie.

            Drżącymi dłońmi założył sobie na szyję pętlę prowizorycznego stryczka i zacisnął ją. Zawiązał służący zań kabel wokół lampy na suficie; miał nadzieję, że wytrzyma jego ciężar wystarczająco długo. Nie chciał nawet myśleć o innej możliwości...

            Chwilę stał, próbując utrzymać równowagę. Wziął głęboki wdech, szykując się. Wreszcie doszedł do wniosku, że nie może tego dłużej odwlekać. Miał dość wszystkiego, pragnął spokoju. Mocno kopnął stołek.

            Kabel werżnął mu się w szyję, kark trzasnął niczym nadepnięta gałązka. Zawisłszy kilka centymetrów nad ziemią, chwilę wierzgał nogami w próżni. Potem znieruchomiał z wytrzeszczonymi oczami i lekko wystającym z ust językiem.  Na wysokości krocza na spodniach szybko wykwitła rozległa plama. Po pomieszczeniu rozszedł się nieprzyjemny zapach moczu.

 

 

* * *

                Ten dzień w szkole Iana miał być szczególnie ważny. Jego samego jednak pogadanka o śmierci i jej postrzeganiu przez obywateli Państwa nie ekscytowała tak bardzo, jak niektórych. Może dlatego, że sporo już wyniósł z domu? Jego babcia umarła pewnego dnia, potrącona przez nieuważnego kierowcę. Rodzina kazała spalić jej ciało, jej imię nie padło więcej w ani jednej rozmowie – staruszka przestała dla nich istnieć.

Chłopak nie potrafił tak łatwo o tym zapomnieć, jego starszy brat miał chyba podobny problem. Zdziwieni patrzyli, jak ojciec wypłaca odszkodowanie i przeprasza kierowcę, który przyczynił się do tragedii. Że niby chodziło o to, że babcia nie tylko zhańbiła własną rodzinę, ale też naraziła na to samo rodzinę nieumyślnego zabójcy. Nie rozumiał tego.

Popatrzył po swoich poruszonych kolegach z klasy. Kilku z nich ewidentnie musiało mieć bogatych rodziców. Dotknięci różnego rodzaju wadami genetycznymi, powinni byli zostać zabici niezwłocznie po tym, jak zostały wykryte. Tak głosiło Prawo, tak było zapisane w Kodeksie. Według niego wszyscy członkowie Społeczności zostali obdarzeni przez Boga zdrowiem i odpornością na wszelkie choroby, aby mogli się cieszyć Rajem na ziemi, który dla nich stworzył. Według niego wszelkie dolegliwości, a przede wszystkim śmierć, były anomalią i karą za jakiś potworny grzech.

Ian wiedział to wszystko, bo jego ojciec często czytywał im Kodeks wieczorami, przy migotliwym świetle buzujących w kominku drew. Były to zarazem niezwykle przyjemne, jak i odrobinę niepokojące wspomnienia.

Wyróżniał się spośród reszty rówieśników. Nauka przychodziła mu szybciej oraz znacznie łatwiej. O wiele więcej czasu poświęcał natomiast na myślenie, zastanawianie się nad światem, który go otaczał. Nie był przez to szczególnie lubiany ani nie miał specjalnie wielu przyjaciół. Także i jego rodzice, dość ograniczeni, wierni tradycji, odnosili się do niego ostrożnie, z pewną dozą zmartwienia. Jednak nie mógł nic poradzić, że tak bardzo pragnął poznać odpowiedzi na tyle z dręczących go pytań.

Takowych nie miał niestety szansy otrzymać podczas pogadanki, którą zaczął właśnie postawny mężczyzna z wielkimi sumiastymi wąsami, w garniturze, pod krawatem. Był tak sztywny, jak kij od szczotki, a jego głos suchy i szorstki jak papier ścierny. Ian ostatecznie zdecydował się go nie słuchać. Nic, co miało zostać powiedziane, nie będzie wykraczało poza Kodeks albo narosłe przez lata obyczaje.

No, dobrze, więc zarówno rodzina, jak i wszyscy inni, zapominali na zawsze o zmarłym. Ale właściwie dlaczego? Chodziło tylko o to, że być może popełnił on coś tak złego, że Pan odebrał mu życie? Iana nie przekonywało to ani trochę. A może chodziło o to, ale to pewnie bardziej w przypadku samobójców czy szaleńców, że byli przerażeni tym, jak mało w ostatecznym rozrachunku wiedzieli o tej osobie? Nie ulegało jego wątpliwości, że ludzie tak naprawdę panicznie bali się śmierci, choć starali się to ukryć, ignorując fakt jej istnienia. Temat tabu. Pech chciał, że także najbardziej frapujące chłopaka zagadnienie.

 

 

* * *

 Wróciwszy do domu, ujrzał jak dwóch mężczyzn wynosi na zewnątrz zawinięte w białe prześcieradło ciało. Nieśli je niedbale, z pogardą, na ich twarzach odmalowała się ulga, gdy zrzucili swój ciężar na pakę samochodu Potem niezwłocznie go odpalili i odjechali pospiesznie w niewiadomym kierunku, na spalenie.

Natychmiast wbiegł do domu. Szukał rodziców, chcąc dowiedzieć się, co się stało. Znalazł ich, lecz i ojciec, i matka uparcie milczeli, gdy zasypywał ich niekontrolowanym potokiem słów. Dziadek siedział nieopodal w fotelu, paląc swoją starą fajkę.

- Gdzie Alec? – spytał nagle Ian, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu starszego brata. Odpowiedziała mu grobowa cisza. Wtedy zrozumiał.

Dotarła do niego nie tylko przyczyna dziwnego zachowania członków rodziny, ale i zachowania samego Aleca, który ostatnio szczególnie wydawał się nieswój, jakby przepełniony dojmującym niepokojem. Połączenie wszystkich faktów nie zajęło mu dużo czasu. Samobójstwo. Nie wiedział czemu, ale nie czuł się aż tak zaskoczony, jak można by sądzić. Jego brat, tak jak i on zresztą, nigdy nie był zbyt szczęśliwy. Nie miał dziewczyny, pracy, hobby, ani żadnych rozrywek. Przez większość czasu przesiadywał w domu, zajmując się nie wiadomo czym. Ile tak naprawdę wiedzieli o tym, z czym zmagał się tak straszliwie, że skłoniło go to do ostateczności?

 

* * *

 W ciągu kilku kolejnych dni Alec zupełnie znikł z ich życia, a także życia Społeczności; przestano o nim rozmawiać, jego pokój został zapieczętowany. Jedynie Ian, na przekór wszystkiemu i wszystkim, pamiętał.

Pewnej nocy, gdy członkowie rodziny już dawno spali, zakradł się do zakazanej od tej pory części ich domu, zerwał pieczęci, nie przejmując się możliwymi konsekwencjami, po czym wszedł do środka. Kryjówka jego brata wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał. Było w niej niewiele mebli, przy ścianie stał regał z kilkoma książkami, dopuszczonymi przez Cenzurę do ogólnego użytku. Znajdowała się tam też jedna z Zakazanych, która, w ramach kamuflażu, służyła za podkładkę pod krótszą nogę regału. Ian pamiętał, jak razem z Aleciem czytali ukradkiem niektóre jej ustępy. Jej zawartość zupełnie nie pokrywała się z Kodeksem.

Przeszukał szufladę niewielkiego biurka, które ustawiono przy jedynym oknie. Znalazł tam stertę nic nieznaczących papierów, zabazgranych bezsensownymi rysunkami, pod nimi jednak kryło się coś jeszcze. Był to zeszyt. Po chwili wahania, otworzył go na pierwszej stronie.

Jakiś czas później, zszokowany, odłożył zapiski z powrotem na miejsce. Były one zbiorem skonfliktowanych myśli jego brata, rozważań, tak podobnych do jego własnych. Dotyczyły one między innymi śmierci, ale nie tylko – praktycznie każdy obszar życia mieszkańców Państwa, a także Społeczności jako takiej, został poddany skrupulatnej i bezwzględnej analizie. Wnioski były miażdżące: wszyscy żyli w kłamstwie! Alec doszedł bowiem do konkluzji, że świat ten był zbyt niedoskonały, by być Rajem na ziemi. Idąc tym tropem trwał w przekonaniu, że w takim razie istniało faktyczne miejsce wieczystej szczęśliwości, gdzie Bóg oczekiwał swych dzieci, a jedynym sposobem na dotarcie tam i zjednoczenie ze Stwórcą, była właśnie śmierć. Zadawał w dalszej kolejności pytanie, czemu ludzie postanowili zignorować tę oczywistą prawdę. Odpowiedzią mogło być zbytnie przywiązanie do świata doczesnego i jego dóbr. Było to wyjaśnienie nadzwyczaj sensowne, trafiające także do przekonania Iana.

Wyglądało też na to, że Alec przeczytał Zakazaną od deski do deski i w wyniku tej lektury wpadł na trop dalszych, szokujących rewelacji. Według niej, wrodzona odporność na choroby nie była wcale stanem odwiecznym, jak głosił Kodeks. Stanowiła natomiast rezultat prowadzonych przez Przodków szeroko zakrojonych badań. Wychodziłoby więc na to, że prawo Społeczności, a nawet całego Państwa, zostało w całości przez kogoś opracowane, a nie nadane przez Boga. Nie sposób jednak było określić, w jakim konkretnym celu. Brakowało wielu elementów układanki. Wszystko jednak łączyło się w jedną, spójną całość.

Ian długo nosił się z zamiarem podzielenia się swoim odkryciem z resztą rodziny. Nie był pewien, czy w ogóle mu uwierzą. Z drugiej jednak strony miał wolumin, który tłumaczył to wszystko w miarę jasno i klarownie. Mógł chociaż zasiać w nich ziarno zwątpienia, zmusić do głębszej refleksji. Prawda paliła go od środka, kusząc wciąż, by się nią z kimś podzielił, chcąc wydostać się na światło dzienne.

Wreszcie, pewnego wieczoru, przy kolacji, powiedział im absolutnie wszystko.

 

 

* * *

             Natychmiast zadzwonili po Władze. Nawet nie dali mu pójść po Zakazaną i wyjaśnić szczegółowiej teorii jego i Aleca. Błagał, prosił, apelował do nich na wszelkie sposoby. Bez skutku. Z ich obliczy wionęło chłodem.

            Funkcjonariusze przybyli prędko, zamknęli go w żelaznym uścisku rąk i wyprowadzili na zewnątrz, wykrzykującego na głos bluźnierstwa. Został postawiony przed regularnym sądem, mimo młodego wieku. Uznano go za szaleńca.

            Dobrze wiedział, jaki los czekał tych, których ogłoszono chorymi psychicznie. Prędka egzekucja dla dobra Społeczności. Część zgodnych z Kodeksem zasad eliminacji niepożądanych jednostek. Zadrżał, słysząc wyrok, który na niego wydano.

            Na miejscu byli jego rodzice, dziadek czuł się zbyt słaby, aby przyjść. Chcieli pewnie jedynie oficjalnego potwierdzenia.

            - Mamo! Tato! – krzyknął do nich, gdy go wyprowadzano z sali rozpraw.

            - Ja nie mam już syna – powiedział tylko ojciec, obejmując żonę ramieniem. Odeszli, nie rzucając za siebie choćby ostatniego spojrzenia.

            Potem zaprowadzono go do chłodnej, cuchnącej celi, gdzie spędził kilka dni o chlebie i wodzie. W sumie nie mógł być pewien, ile czasu tak naprawdę minęło, bo cela nie miała nawet okien, ale czuł, że co najmniej ze trzy doby.

            Cały ten czas poświęcił ponurym rozmyślaniom. Co mu dała próba ujawnienia prawdy? Jak mógł się oszukiwać, że sam zburzy porządek, który trwał od dziesięcioleci? Sam sprowadził na siebie ten godny pożałowania los. Jak bardzo ubolewał, że wkradł się do pokoju brata. Jak bardzo wyrzucał sobie chorobliwą ciekawość. Teraz jednak było już za późno na cokolwiek, a czasu się cofnąć nie dało.

 

 

* * *

             Kiedy po niego przyszli, nie stawiał szczególnego oporu. Rozebrali go brutalnie i zarzucili na niego czarną, powłóczystą szatę. Nie wyrzekli przy tym ani jednego słowa. Potem wypchnęli go na zewnątrz. Szedł długo mrocznymi korytarzami, z których żaden nie różnił się niczym od drugiego, ponaglany szturchnięciami i kopniakami. Raz się przewrócił. Czekali, aż sam się podniesie, a kiedy tego nie uczynił, chwycili go za ramionami, ciągnąc po ziemi jak worek kartofli. Przynajmniej trochę w tym czasie odpoczął. Jedyny pozytywny aspekt jego tragicznej sytuacji.

            Wreszcie dotarli na miejsce. Został podniesiony do pozycji stojącej, a jeden z mężczyzn, którzy go pilnowali, otworzył przed nim ciężkie, pokryte rdzą, stalowe drzwi. Pomieszczenie znajdujące się za nimi było obskurne, klaustrofobiczne, a powietrze wewnątrz wyraźnie stęchłe.

Czekała na niego grupa ludzi. Nikogo nie znał. Poczuł się przez ten fakt jeszcze bardziej opuszczony i zachciało mu się płakać, ale wiedział, że to – podobnie jak i wszelkie próby walki czy protestu – nic mu nie da. Wszyscy, poza jednym, byli mężczyznami bardzo podobnymi do tego, który był odpowiedzialny za pogadankę w jego szkole. Ostatnią z osób zobaczył dopiero po tym, jak niepewnie, z lękiem, wkroczył głębiej do pokoju. Nie dało się określić jej płci, nosiła bowiem czarny, skórzany fartuch, na dłoniach gumowe rękawice, twarz zaś zasłaniał szpiczasty kaptur z otworami na oczy. Kat. W lewej dłoni trzymał pistolet bolcowy, taki, jakim zabija się bydło.

Z ust Iana wyrwał się mimowolny, nerwowy śmiech. Zgromadzone towarzystwo symultanicznie, jak w zegarku, uniosło jedną brew, jednak chwilę potem znów przybrało obojętną, urzędową postawę. Mężczyzna z najbardziej jaskrawym krawatem, chyba Przewodniczący, dał znak katu.

            Ian został obalony na kolana. Zamknął oczy, starając się nie myśleć o tym, że jego życie zaraz dobiegnie końca. Tyle zachodu, by utrzymać pozory. Tyle zachodu, by ukryć prawdę. To przekraczało wszelkie granice ludzkiego pojęcia.

            Tymczasem Przewodniczący powstał z miejsca i zaczął odczytywać odpowiedni ustęp Kodeksu:

            - Ci zaś, którzy, dotknięci obłędem rodzaju wszelakiego, ferment i konsternacje szerzyć w swej śmiałości będą pośród bogobojnego ludu, winni zostać poddani miłosiernemu skróceniu mąk ich na tym padole. Obłęd jest bowiem, zgodnie z Wolą Pana Naszego na Wysokościach, niczym więcej, ni mniej, niż śmiercią ich umysłu oraz duszy. Śmierć zaś, co wiadome, aktem najwyższej kary za grzechy przenajcięższe jest, była i być będzie po wieki wieków. Będąc w myśl tego martwymi za życia, cierpienia ich przedłużać niepodobna...

            Skończywszy, mężczyzna ponownie zasiadł za szerokim stołem.

           Ian poczuł chłodny dotyk lufy pistoletu na środku swego czoła. Nadeszła jego godzina... I wtedy go olśniło. Przecież, jeśli to, co napisane było w Zakazanej i w zeszycie Aleca, było prawdą, śmierć wcale nie oznaczała końca! Była wielce prawdopodobnie dopiero początkiem prawdziwej drogi do szczęścia. Ta myśl podniosła go na duchu. Na chwilę, nim kat nacisnął spust, zdobył się na pełen nadziei uśmiech, czując nagle, że znalazł się dokładnie tam, gdzie znaleźć się powinien, i że dzieje się dokładnie to, co stać się musiało.

 

 

* * *

             Bolec wystrzelił do przodu. Czaszka ustąpiła z mdłym chrupnięciem, a ciało chłopca opadło bezwładnie na posadzkę. Kiedy było po wszystkim, Kat starannie wytarł zabrudzone narzędzie w szmatę, po czym, skinąwszy głową obserwującym egzekucję urzędnikom, oddalił się.

            Ci zaś zapisali coś na swoich formularzach, postawili na nich szereg pieczątek, po czym wszyscy podnieśli się ze swoich miejsc. Przewodniczący pociągnął za specjalną dźwignię. Tuż pod ciałem Iana otwarła się nagle ukryta zapadnia i jego zwłoki zniknęły w czeluściach. Nie pozostał po nim nawet ślad.

            Przedstawiciele Władz zebrali swoje dokumenty, a potem równym szeregiem, karnie i gęsiego, wymaszerowali z pomieszczenia przez drugie drzwi, prowadzące do innych partii budynku. Wyjście zamykało się za nim powoli, aż wreszcie zatrzasnęło się gwałtownie, ostatecznie. W pomieszczeniu zapanowała całkowita cisza.