Czerwona poświata

Ocena: 
9
Average: 9 (3 votes)

– Chryste, jak ich kawa pachnie! – Frist oblizał wargi. – Nie jak nasza lura, cholera wie, z czego robiona.

Zapach świeżo parzonej kawy z obozowiska konfederatów dochodził aż tutaj, na przeciwległy brzeg rzeki.

Sierżant Frist lubił kawę. Wszyscy z oddziału Wagnera uwielbiali konfederacką kawę. Kubek czarnego napoju był rozkoszą dla podniebienia.

Ranki i wieczory nad górskim wąwozem przejmowały ciała chłodem, a noce zamrozem. Kawa wroga wspaniale rozgrzewała i nasycała żołądek. Żeliwny piecyk w okopie nieźle grzał, zużyli już jednak prawie wszystkie drewniane elementy nieużywanych odcinków umocnień.

 – Zaproponujemy białogwardzistom wymianę? – Sierżant possał palec. Rożek czerwonej gwiazdy na jego kaszkiecie oderwał się, pewnie w końcu zetlała nitka. Frist pracowicie przyszywał emblemat. Zajęty obserwowaniem przeciwległego brzegu ukłuł się w dłoń.

– Jak zwykle, dajemy papierosy, suchary i cukier, oni dwa dzbanki kawy, torbę niezmielonych ziaren i flachę rumu? – kontynuował sierżant, przyjmując milczenie Wagnera za zgodę. – Jezu, świeży napar…

Konfederatów od koloru gwiazdek ma czapkach często nazywano białogwardzistami, a ich, unionistów, czerwonogwardzistami.

– Może też się zapytamy, co oni myślą o tej czerwonej poświacie. – Kapral O’Hara starannie wysmarkał nos. – Chyba nie jest ich sprawką, bo idzie od naszej strony. Ciągle się przybliża. Ładnie wygląda, tylko żeby nie przyniosła choróbsk bydlątkom…

O’Hara zwykle mało się odzywał. Jeżeli już, opowiadał o swojej farmie. Bardzo martwił się, że dziwny poblask nieboskłonu zaszkodzi hodowli i uprawom.

– Może nie ich, a może jednak tych skurwieli. – Frist zapętlił już nitkę. Szykował teraz sakwę z towarami na wymianę. – Parszywi bandyci, ile złego nawyczyniali. Ludzi rozstrzeliwali bez sądu, męczyli… W myśl swoich idiotycznych idei przewrócili wszystko do góry nogami. Ale kawę mają pierwsza klasa…

Wagner prychnął. Nie mógł powstrzymać się od rzucenia oschłej uwagi:

– Za to my zawsze rozwalaliśmy wieśniaków ma podstawie wyroków sądów polowych. Pewnego razu przewodniczyłem składowi. Proces trwał piętnaście minut. Potem całą wieś w majestacie prawa wysłaliśmy do piachu, bo chłopi nie chcieli przekazać kontyngentu.

O’Hara wyciągnął już pokaźną tubę ze schowka na amunicję. Służyła do porozumiewania się z przeciwległym brzegiem.

– Na wojnie różnie bywa – zauważył ugodowo. – Poruczniku, niech pan powiadomi konfederatów.

Wagner uchylił osłonę strzelnicy. Komunikat brzmiał tak, jak zwykle:

– Wymiana! Papierosy, suchary i cukier za waszą kawusię i ten zafajdany bimberek! W tych proporcjach, co zawsze.

Za kilka minut chrypliwy głos oznajmił decyzję wrogów.

– Dobrze! Spotkanie pośrodku rzeki, na kamiennym przejściu. Bez broni. Nie bimberek, ale doskonała gorzała z trzciny cukrowej. Podrzućcie trochę kamieni do zapalniczek, bo się nam kończą. Następnym razem jakoś wyrównamy…

Reszta oddziału budziła się, wyrwana ze snu krzątaniną przy szykowaniu wymiany. Chrząkali, przecierali oczy, a kilku żołnierzy za załomem transzei oddawało mocz.

Rzeka płynęła w głębokim kanionie. Oddział, próbujący ją sforsować za dna, zostałby wysieczony ogniem wroga. W nocy sytuacja nie przedstawiała się tak prosto. Konfederaci i unioniści czuwali po zmierzchu. Wagner, z nastaniem świtu rozpoczynający czujną drzemkę, nie pamiętał już, od kiedy trwa ten stan. Wiedział tylko, że od bardzo dawna.

Frist, gotów do zejścia, obciągnął szynel i poprawił kaszkiet na głowie.

– Poruczniku, przeczyta pan przy kawie ostatni list od żony? – W głosie O’Hary brzmiała pewność pozytywnej odpowiedzi. – Tak mało dostajemy listów… Może coś napisała o tej poświacie.

Wagner westchnął ciężko, odpowiedział jednak z uśmiechem:

– Tak, kapralu. Pominę tylko najbardziej osobiste wątki.

***

Porucznik Harry Wagner czytał ostatni list od swojej żony Joan. Znał go na pamięć. O’Hara nie mylił się – sporo napisała o czerwonej poświacie, pożerającym wszystko promieniowaniu. O tym, że jej i sąsiadom zostało ledwie parę godzin życia. O tym, że nikt już nie pamięta, dlaczego wybuchła wojna i czemu tak zaciekle obrzucono się bombami i pociskami jądrowymi. O tym, że modli się, żeby okop na zboczu kanionu go ochronił. I o tym, że bardzo go kocha.

Wagner wiedział, że napisze nowy list. I kilka innych do swoich podkomendnych, pełnych wieści o zwykłych sprawach i małych kłopotach. Przy następnej kawie je przeczyta, bo tylko on umiał czytać i pisać. Nikt już nie wiedział, kiedy zamknięto szkoły i przestano uczyć znaczenia liter.

Pamiętał, że niebawem musi się też udać do odległego magazynu, nadal pełnego zaopatrzenia. Przynieść papierosy, suchary i cukier, pozorując kolejną dostawę.

Porucznik pragnął tylko jednego. Zanim nad piękną, górską rzekę dotrze czerwona poświata, mogli razem z konfederatami złowić kilka pstrągów. Urządzić piknik, a potem na kamienistej plaży rozegrać mecz piłkarski.

Mogli też w końcu odpruć z czapek i kaszkietów czerwone i białe gwiazdy i zerwać z naramienników niepotrzebne już nikomu dystynkcje.

19 maja 2015 r.                       

Odpowiedzi

Przyzwoite, robi wrażenie wstępu do większej rzeczy.

Czkawka

...miniatura stała się zaczynem czegoś znacznie obszerniejszego...
Adres:http://esensja.stopklatka.pl/tworczosc/opowiadania/tekst.html?id=22131