Dopóki śmierć nas nie rozdzieli

Ocena: 
0
Brak głosów

– Cześć.

  Ania odwróciła się do mnie, a na jej bladej, zmęczonej twarzy zagościł uśmiech. Na ten widok moje serce zabiło mocniej – właśnie o tym marzyłem przez ostatni tydzień, właśnie dlatego przez wiele godzin przygotowywałem się do dzisiejszego spotkania. Można powiedzieć, że właśnie na ten uśmiech czekałem przez większość życia.

  – Cześć – rzekła, a ja już nie zwracałem uwagi na harmider dnia codziennego. Wokół mnie świat pędził do przodu, kakofonia ruchu ulicznego i podniesionych ludzkich głosów buczała niczym natrętny, przerośnięty owad, ale w tym momencie wszystko jakby zamarło, przycichło do poziomu szeptu – być może w oczekiwaniu na to, co stanie się za chwilę.

  Nadszedł czas.

  – Chciałbym ci coś dać.

  To powiedziawszy, sięgnąłem do mej klatki piersiowej i płynnym ruchem wyrwałem z niej serce.

  Ania patrzyła na mnie z niepokojem, milcząc. Wolno, niepewnie podałem serce dziewczynie, a ono zabiło mocniej, gdy tylko znalazło się blisko niej. Teraz w jej oczach dostrzegłem strach i smutek. Bez słowa obróciła się na pięcie i uciekła.

  – Aniu! – Ruszyłem za nią w pogoń, ale była szybsza ode mnie. Gdy otwierałem już usta, by krzyknąć ponownie, nagle jakiś przedmiot wypadł z torebki dziewczyny i z głośnym plaskiem uderzył o brudny chodnik. Zatrzymałem się, zdumiony. Na ziemi leżało jej serce.

  Ostrożnie wziąłem je do drżącej ręki i przyjrzałem mu się bliżej. Nieco mniejsze od mojego. Nie biło tak szybko; raczej pulsowało, powoli, prawie niezauważalnie.

  Było pełne dziur. Głębokich ran.

  Podniosłem wzrok. Stała przede mną, uśmiechając się smutno.

  – A więc ty... – Słowa z trudem przedzierały się przez moje ściśnięte gardło. – Masz...? Albo miałaś... nie chcesz?

  Pokręciła głową. Delikatnie wyjęła swe serce z mojej dłoni.

  – Przyjrzyj się ranom – poprosiła. Z początku nie wiedziałem, o co chodzi, lecz wtedy nagle mnie olśniło. Niektóre tak naprawdę były draśnięciami – świeżymi, ale małymi. Inne, te stare, miały czarne, jak gdyby wypalone brzegi, wgryzały się głęboko w tkankę.

  Już otwierałem usta, by coś powiedzieć, lecz ona znów pokręciła głową. W jej oczach zobaczyłem łzy. Nie mówiąc nic więcej, rzuciła serce na ziemię, a w ślad za nim drugi przedmiot – pożółkły papierowy prostopadłościan, stary już i lekko wgnieciony w kilku miejscach. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że to paczka papierosów.

  Wtedy w końcu zrozumiałem, lecz jej już nie było. Rozpłynęła się w strugach deszczu, które nie wiadomo kiedy zaczęły zalewać świat, znów wypełniony ogłuszającym hałasem.