Dum spiro spero

Ocena: 
0
Brak głosów

Helena weszła do klubu i rozejrzała się po wnętrzu. Uderzył ją natychmiast ostry zapach mieszanki przetrawionego alkoholu i potu, typowy dla miejsc tego pokroju. Nie skrzywiła się nawet, znała go aż zbyt dobrze. Sięgnęła do torebki, by odnaleźć zapalniczkę i przez chwilę szukała jej po omacku.

Przystanęła w rogu pomieszczenia i odpaliła w końcu papierosa. Tuż obok niej, oparte o ścianę, zabawiały się ze sobą dwie blondynki. Okrągły tyłek jednej z nich ocierał się niemal o udo Heleny, jasna skóra błyszczała w poblasku stroboskopów. Chichoczące głosy zlewały się ze sobą w jeden namiętny szept, przerywany co jakiś czas bezwstydnymi jękami.

Helena wypaliła błyskawicznie i podeszła do baru. Było przy nim pusto, tylko jeden mężczyzna w drogim garniturze popijał smętnie drinka. Większość obecnych w klubie kłębiła się już przy scenie, na której za kilkanaście minut miał się rozpocząć koncert.

- Pani do nas? – zagadnął Helenę uprzejmie ubrany w czarną skórę barman. – Klub dla emerytów jest po drugiej stronie ulicy...

– Wódkę poproszę – odparła Helena, rzucając na blat kilka złotych monet. – Proszę podawać dopóki nie każę przestać.

Barman łypnął z zaciekawieniem na monety i szybkim ruchem zgarnął je do szuflady kasy.

- Się robi, madame – rzucił ze zrozumieniem.

Kieliszek stuknął o blat. Helena wychyliła go do dna i odwróciła wzrok w kierunku pogrążonej jeszcze w ciemności sceny. Kręciło się po niej kilku długowłosych gości, jakaś ekstrawagancko ubrana kobieta pukała w mikrofon.

- Mamy dzisiaj koncert – odezwał się barman, nalewając Helenie drugą kolejkę. – Sporo osób się zjawiło, zespół z daleka przyjechał. Strasznie dziwni goście...

– Z daleka? – przerwała mu Helena.

– Z sąsiedniej planety, wie pani. U nas to trudno o porządnych muzyków. A pani z miasta czy przyjezdna? Przyznam, że nieczęsto widuję w klubie takich gości jak pani...

Helena wypiła drugi kieliszek wódki. Znajome palenie w gardle przypomniało jej dawne czasy, wspomnienia rozgrzewały mocniej niż alkohol.

Mignęły światła na scenie, publiczność zareagowała piskiem.

- Nie poznaje mnie pan? Proszę mi się przyjrzeć.

Barman oparł się o blat i przysunęła twarz do twarzy Heleny. Ta obróciła głowę, uniosła dłoń do skroni i odchyliła z niej jasne włosy, ukazując wytatuowaną na wygolonej skórze nad uchem czarną różę. Barman speszył się lekko, ale nie powiedział nic.

- Proszę się nie martwić – powiedziała Helena. – Zakończyłam karierę dawno temu. Od wielu lat nie odwiedzałam miasta. Moja twarz też już nie zachwyca tak jak kiedyś.

– Nadal jest pani wyjątkowo piękna. Dziwiłem się tylko, co taka dama robi w klubie dla naćpanej młodzieży...

– Przyszłam zobaczyć syna.

Helena obróciła w palcach chłodne szkło kieliszka. Przez chwilę śledziła ruch płynu w jego wnętrzu, wprawiła go w leniwe kołysanie.

Pomyślała o oceanie. Ostatnio myślała o nim dość często, chcąc odgonić inne, mniej przyjemne myśli.

Ze sceny dobiegły pierwsze gitarowe dźwięki. Dwie blondynki spod ściany zaniosły się uroczym śmiechem. Oderwały się od siebie i pobiegły w kierunku sceny, brzęcząc punkowymi ozdobami. Helena zaciągnęła się łapczywie ich słodkim zapachem, seksem, metalem i młodością.

- Nie wiedziałem, że ma pani syna – odezwał się ostrożnie barman.

– Nikt nie wiedział - odpowiedziała mu. – Oddałam go, kiedy był jeszcze bardzo mały. Urodziłam go w pijanym flow między jedną trasą a drugą. Byłam zbyt zajęta sobą, żeby zająć się dzieckiem.

– Rozumiem.

-  Nie rozumiesz. Tego nie można zrozumieć ani wybaczyć.

Barman skinął tylko głową. Nalał kolejny kieliszek, ale Helena odsunęła go od siebie z niechęcią.

Czterech muzyków zajęło miejsca na scenie. Tłum zafalował ekstatycznie, buchnęły światła i głośna muzyka.

Perkusja biła jak szalona, prześcigając się w swoim szaleństwie z niepokojącym riffem gitar.

- Który z nich jest pani synem? – spytał barman, wskazując ruchem głowy na sylwetki muzyków.

Helena uśmiechnęła się lekko.

- Ten najpiękniejszy – odpowiedziała cicho, by nikt nie usłyszał.

Jako ostatni na scenę wyszedł wokalista. Stanął na podwyższeniu i uniósł ręce do góry w geście powitania.

Jego obrysowane na czarno oczy były szeroko otwarte, ale nie widziały nikogo. Mieścił się w nich cały świat, prawdziwe cierpienie i prawdziwe szczęście, szaleństwo i niezwyciężony spokój.

Wrzask tłumu zagłuszył muzykę, zagłuszył myśli Heleny i wszystkie jej wspomnienia. Jej zmęczone życiem serce ożyło na krótki moment. Zamigotało zupełnie jak lampy nad sceną, zatrzepotało jak skrzydła motyla w rytm jakiejś nieznanej do tej pory tęsknoty.

Fale oceanu uderzyły o brzeg, rozbiły się o niego z łoskotem. Muzyka wypełniała pomieszczenie po same brzegi, pulsowała w powietrzu i nadawała mu płynną konsystencję wody. Helena poczuła, że brakuje jej powietrza. Miała wrażenie, że się topi, ale nie było to niemiłe uczucie.

Wokalista powiódł niewidzącym wzrokiem po sali, nie zatrzymując go na nikim. Pochylił głowę, aby móc znowu unieść ją do góry, złożył dłonie jak do modlitwy i przeciągnął się leniwie.

A potem zaczął śpiewać.