My nieśmiertelni

Ocena: 
0
Brak głosów

Pierwszym warunkiem nieśmiertelności jest śmierć.

  Stanisław Jerzy Lec

  Myśli nieuczesane

 

 

Ile ludzkość zdołałaby uczynić, gdyby z gazet poznikały nekrologi, a każdy z nas miał tylko datę urodzenia? Podróże w odległe gwiazdy? Odkrycie antymaterii? Radość z pierwszych kroków i słów praprawnuków? Marzenia, złudne marzenia.

Jacek Moroz siedział w swojej kawalerce i, wpatrzony w nieduże, podręczne lusterko w fioletowej, lekko odrapanej obwódce z plastiku, rozmyślał, jakby to było być nieśmiertelnym.

Miał ku temu solidne powody – pięćdziesiąt osiem lat na karku, twarz usiana siecią zmarszczek, coraz bardziej agresywnie uwidaczniające się bruzdy przy policzkach. Starość nie radość, śmierć nie wesele, powiada przysłowie. Wiedział o tym doskonale.

Moroz dzisiaj odpoczywał. Dla człowieka w jego wieku dzień wolnego był jak duża butla zimnej wody po wykańczającym maratonie. Nie myślisz o tym, które miejsce zająłeś – najważniejsze jest tylko uzupełnić niedobór płynów i paść szczęśliwie na ziemię, ciesząc się, że przeżyłeś.

Białe, wymagające malowania drzwi na balkon, otwarte na oścież, utrudniały mu skupienie się na sobie. Tak, moi drodzy, niewielka dawka egoizmu nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

Zza drzwi przedostawał się do mieszkania hałas budzącej się do życia metropolii. Odgłosy wściekle naciskanych klaksonów, pisk opon odjeżdżających samochodów, gwar niezrozumiałych, bełkotliwych rozmów. Szczerze gardził miastem. Pragnął wrócić na wieś, gdzie nieprzejednanie panował święty spokój. Niestety, ze względu na słabo płatną pracę w zakładzie produkującym meble nie mógł sobie pozwolić na przeprowadzkę. Gnił w tej starej, ceglanej kamienicy, która mogła wkrótce zawalić się pod własnym ciężarem.

Z zamyślenia wyrwał go irytujący, pulsujący dźwięk. Bliżej nieokreślony. Zupełnie jak stalowy, pracujący na najwyższych obrotach wiatrak, ocierający o element obudowy.

Chwilę później było już jasne. Stało się coś wstrząsającego. Wrzaski ludzi, pisk hamujących aut, cała aria klaksonów.

Moroz podniósł głowę znad lusterka i znieruchomiał. Niebo zrobiło się czarne jak smoła. Mrugnąwszy kilkakrotnie podkrążonymi, zielonymi oczami, zebrał się na odwagę i wstał z białej, obitej eko-skórą sofy. Pulsujący dźwięk narastał, zdawał się nie mieć końca. Coś wynurzało się zza pierzastych, białych chmur. Połyskujące feerią barw elementy, niczym metalowe pałeczki, zdobione świątecznymi, różnokolorowymi światełkami.

Jezu Chryste”, wydusił z siebie, kiedy wyszedł już na balkon. Niezidentyfikowany obiekt – to musiał być najprawdopodobniej statek-matka – cicho zgrzytał, przebijając się przez pancerz ziemskiej atmosfery. Był niewyobrażalnie ogromnych rozmiarów, długi i szeroki jak kontynent. Promieniował światłem.

Ludzie wrzeszczeli, zaczęli rozbiegać się na wszystkie możliwe strony, licząc na to, że nie dosięgnie ich zagrożenie.

Inwazja obcych, pomyślał i chwycił się za głowę. Nie był na to przygotowany. Na pewno nie dziś, w ten pięknie zapowiadający się majowy poranek. Niedługo miało przyjść lato. Miało… ale już prawdopodobnie nie nadejdzie. Homo sapiens czeka zagłada. Zagłada z kosmosu.

Moroz miał zamiar wybiec z kamienicy, ale przed podjęciem tej decyzji powstrzymała go pewna myśl. Bezwolnie chwycił się miedzianej zapory, odgradzającej go od krańca balkonu. Jedno ze świateł unoszących się w powietrzu, pośród cumulonimbusów, padało teraz na jego miętową, pogniecioną koszulę i sprane, niebieskie dżinsy.

Poczuł, że traci nad sobą kontrolę. Ktoś o wiele potężniejszy od niego dyktował mu, co ma robić. Kiedy stał, trzymając się rękami zapory, usłyszał w głowie ten dziwny, bezosobowy głos: „Przybyliśmy my, nieśmiertelni”.

Dochodził z góry, jakby prosto od Boga, ale to porównanie, akurat w tym momencie, było zupełnie nie na miejscu. Stwórca musiał już opuścić ludzkość.

Następne pojazdy po chwili przeszyły ziemską atmosferę – mniejsze, ale nie mniej groźne.

Przybywało ich w zastraszającym tempie. Nie zlatywały na powierzchnię – tworzyły zwarty szyk. Jeden obok drugiego.

Moroz nie miał bladego pojęcia, dlaczego głos w głowie użył określenia „nieśmiertelni”. Kiedy zaczął się nad tym zastanawiać, usłyszał wytłumaczenie nękających go kwestii.

Pochodzimy z miejsca, gdzie śmierć nie istnieje. Jest nas za dużo, aby egzystować na terenie macierzy. Wybraliśmy waszą planetę na swój nowy dom. Dostosujecie się do nas albo przestaniecie istnieć”.

Bezprawna, brutalna aneksja, pomyślał Jacek i rozłożył ręce w geście bezradności. Zastanawiał się, czy wojsko już przygotowuje się do ataku, ale powoli godził się ze świadomością, że pociski nic im nie zrobią. Znaleźli dom, a jego dotychczasowi mieszkańcy będą mieli do wyboru dwie opcje – albo nauczą się żyć z nimi, albo… czeka nas śmierć.