Komunikat o błędzie

  • Nie udało się utworzyć pliku.
  • Nie udało się utworzyć pliku.

Schrittpanzer

Ocena: 
0
Brak głosów

Karabin znów zaterkotał serią, kule zadudniły o pancerne płyty na rufie; Helmuth szarpnął do siebie manetkę sterowania, zatrzymując maszynę w pół kroku. Zaczął gorączkowo kręcić kołem obrotu, przesuwając wieżę w prawo i jednocześnie próbując wypatrzeć cokolwiek przez szczelinę obserwacyjną w pancerzu.

Cholerny świat, pomyślał sobie. Cholerny, diabelny, zasrany świat.

Operator kaemu nawet nie zauważył z tej odległości ruchu na szczycie pancernego kolosa, strzelając krótkimi, mierzonymi seriami. Celował w uszkodzoną prawą tylną łapę, wlokącą się na nadwerężonych przez ogień artylerii mechanizmach… Teoretycznie małokalibrowe pociski nie powinny zaszkodzić maszynie, ale na tej zasranej wojnie nic nie było takie, jak powinno być.

Tam. Długi płomień wylotowy wyraźnie odcinał się na tle szarówki zmierzchu, rozświetlając żółtawymi błyskami zryte nogami szturmującej piechoty błoto i grając odblaskami na liniach zasieków. Musiał być tam bunkier albo przynajmniej umocnione stanowisko – inaczej nie czuliby się tak bezczelnie pewni siebie.

Stęknął, schylając się do skrzyni amunicyjnej. Zostało tylko osiem sztuk… Załadował czterdziestomilimetrowy nabój do działka, zaryglował zamek. Zwisająca z rantu hełmu kolczuga zasłaniała oczy i utrudniała celowanie, ale i tak nie odważyłby się jej zdjąć – nawet teraz pociski łomotały o płytę pancerną, od czasu do czasu zostawiając wyraźnie odznaczające się po jego stronie wgniecenie i odrywając nieduże szczapy rzekomo doskonale zahartowanej i sprężystej stali.

– Gówno, nie robota – mruknął do siebie Helmuth i pociągnął za spust. Armata huknęła, bluznęła ogniem i dymem, cała konstrukcja Schrittpanzera aż zajęczała, przyjmując na siebie odrzut zbyt dużego jak na jego wagę i stabilność działa. Pocisk pomknął ku karabinowi maszynowemu, wbił się prosto pod strzelnicę i eksplodował, zamieniając umocniony punkt ogniowy w rumowisko potrzaskanych desek, powykrzywianego żelaza i dymiącej ziemi.

Przekręcił wieżę tak, żeby patrzeć naprzód, pchnął do przodu dźwignię sterowania, jednocześnie zwiększając obroty silnika. Diesel zaryczał i wypluł w górę kłąb czarnego dymu, maszyna krocząca zatrzęsła się, zawibrowała, ale nawet nie drgnęła z miejsca. Odetchnął głęboko raz i drugi, zacisnął zęby, żeby się nie rozpłakać. No rusz, rusz, rusz z miejsca, bezwartościowa kupo złomu! Podnieś tę zasraną, ciężką, grzęznącą w błocie nogę i leź, leź przed siebie! Do naszych, tam, gdzie powinna być linia umocnień, gdzie można będzie zapalić reflektory, gdzie…

Silnik zakaszlał, zakrztusił się, zarzęził i zgasł. Tak po prostu zgasł. Przez chwilę pojazd stał tak, jak stanął, a potem delikatnie bujnął się w prawo, przechylił na bok i osiadł w błocie, podginając pod siebie przednie kończyny, niczym muł zdychający w chomącie przeładowanego wozu. Szarpnęło, zadźwięczała sypiąca się na podłogę amunicja i toczące łuski, a potem zapadła cisza.

Helmuth rozejrzał się po ciemnym wnętrzu, bez szczególnej nadziei przekręcił zapłon. Nic.

Przez chwilę zastanawiał się, co zrobić. Mógł wydostać się włazem ewakuacyjnym, odczołgać w kierunku linii okopów, którą minął dwie godziny temu, i spróbować przekraść się do swoich. Mógł wywiesić białą flagę i liczyć na to, że trafi do obozu jenieckiego… Mógł wymontować karabin i spróbować przedrzeć się tam, gdzie powinny znajdować się pozostałe dwie maszyny.

Nie ma żadnych pozostałych maszyn, uderzyła go nagle myśl. Wiedział o tym, odkąd oddzielili się od swojego oddziału i zabłądzili pośród okopów. To miał być tylko krótki rajd testowy, sprawdzenie nowego czołgu kroczącego w boju i powrót do własnych linii… jednak kierowcy żegnali się tak, jakby mieli nigdy nie wrócić.

Bo tak było.

Nagle zachciało mu się palić – ale to tak powalająco, wszechogarniająco, całym sobą. Gorączkowymi ruchami odblokował i odkręcił zawór włazu górnego, podciągnął się na rękach i wychylił z korpusu, wystawiając spoconą, brudną, rozgrzaną twarz ku chłodnemu niebu, na którym zapalały się już pierwsze gwiazdy. Sięgnął do kieszeni po paczkę, wytrząsnął ostatniego papierosa, wsadził w zęby i pstryknął zapalniczką. Pomarańczowy ogienek rozjarzył się pośród ciemności, a on zaciągnął się chciwie i powoli wydmuchnął dym ku granatowemu niebu. Na pewno zaraz wypatrzy go jakiś snajper.

– I chuj, tak powinno się umierać – mruknął do siebie Helmuth na ułamek sekundy przed tym, jak huknął strzał.