Przejażdżka

Ocena: 
0
Brak głosów

Promienie słońca przyjemnie grzeją skórę. Jest już listopad, jednak temperatura znacznie przekracza piętnaście stopni. Stoję na przystanku, obserwując grupkę osób. Ożywiają się, gdy widzą nadjeżdżający autobus. Sięgają po bilety, poprawiają plecaki, przestępują z nogi na nogę. Pojazd staje na przystanku. Kierowca otwiera drzwi, rozpoczynając przedziwny taniec. Starsza pani wysuwa do przodu dużą siatkę, zastawiając fragment przejścia. Chudy chłopak wsuwa się szczeliną, pomiędzy burtą pojazdu a wysiadającymi. Potężny mężczyzna z wąsem atakuje środkiem, rozpychając tłum. Za jego plecami podąża dziewczynka z podstawówki, wykorzystując powstałą w ten sposób lukę. Czekam, aż wsiądą, po czym sama zajmuję miejsce z tyłu, nad silnikiem pojazdu. Autobus rusza.

– Widziałaś co ona założyła? Całe cycki na wierzchu.

– Wiadomo, pewnie ma cellulit i rozstępy, dlatego nadrabia w ten sposób. Dziwka i tyle.

Słucham rozmowy dwóch gimnazjalistek w przykrótkich spódniczkach. Obgadują dziewczynę, którą chwilę wcześniej żegnały jak najlepszą przyjaciółkę.

Autobus ponownie staje. Do wnętrza wdziera się woń przetrawionego alkoholu, papierosów i zaschniętego potu. Pijaczek. Kierowca udaje, że niczego nie zauważył, chociaż mężczyzna wsiadł przednimi drzwiami. Smród oblepia pasażerów i pełznąc w głąb autobusu plugawi wszystko na swej drodze. Jakiś dresiarz otwiera okno, w niewybrednych słowach komentując sytuację. Pijaczek wysiada przy najbliższej okazji. Smród jednak wsiąkł już w ubrania i włosy, przeżarł tapicerkę siedzeń i wgryzł się w plastikowe wykończenia pojazdu.

Dwa przystanki dalej wsiada wypudrowana pani po sześćdziesiątce. Zajmuje miejsce obok mnie. Pod obłudną fasadą słodkich, duszących perfum wyczuwam woń niezmienianej od kilku dni bielizny. Jest jeszcze bardziej odrażająca niż fetor pijaka.

Autobus zatrzymuje się. Wysiadam i wracam do domu. Nakładam ciężki płaszcz z kapturem. Do ręki biorę kosę. Relikt, przeżytek, ale również symbol. Przejażdżka zadziałała. Już nie czuję współczucia do tego odrażającego gatunku.

Zamykam oczy, przywołując obraz dziewczynki, którą mam zabrać. Nieświadoma, bawi się z pieskiem. Za chwilę upadnie, roztrzaskując główkę o kuchenną szafkę. Godzinę temu było mi jej żal. Teraz widzę tylko podstarzałą kobietę, maskującą swój odór za pomocą tanich perfum.

Dziecko przewraca się. Główka pęka jak dojrzały arbuz, zabarwiając podłogę na czerwono. Chwytam dłoń dziewczynki i pociągam delikatnie. Wyrywam duszę z martwego ciała.

– Nie bój się – mówię szeptem – zabiorę cię w dobre miejsce. Widzisz to światło? Tam idziemy.

– Jest piękne – odpowiada z uśmiechem, zaraz jednak przystaje i pyta – a co z mamą? Ona też przyjdzie?

Zamykam oczy i zerkam w przyszłość. Widzę matkę dziewczynki, która miesiąc później powoduje wypadek po pijanemu. Giną ludzie. Otwieram oczy i uśmiecham się szeroko:

– Tak skarbie, przyjdzie – kłamię gładko.

– Dziewczynka rozpromienia się. Razem idziemy w stronę światła. Jej mama nigdy nie przyjdzie. Za miesiąc poprowadzę ją w stronę mroku. Ale o tym opowie małej ktoś inny.