Kości

Ocena: 
0
Brak głosów

Sachalin sięgnął po wysadzany szlachetnymi kamieniami złoty puchar, przystawił go do ust i zakołysał nim niby lampką z winem. Potem zajrzał do środka i z niechęcią upił łyk. Skrzywił się. Zapełniająca czarkę woda nie przypadła mu do gustu. Była stęchła, wznosiły się nań mizerne glony i bodaj garść pyłu.

Po raz wtóry przyjrzał się pięknemu kielichowi, wartemu wówczas tyle, co unoszący się w powietrzu kurz.

Skrzypnęły drzwi spiżarki. Uniósł wzrok.

Stojący w nich Marco nie wyglądał na zadowolonego. Jego oszpecona młodzieńczym trądzikiem twarz przybrała ponury grymas, a po żylastych rękach nie spływała świeża krew. Za to wciąż zdobiły ją kilkudniowe zakrzepy, nie wróżące dla nich nic dobrego.

Do Sachalina dotarł ciężki swąd zgniłego mięsa, od którego trzewia skręciły mu się z bolesnym spazmem.

- Henk się skończył – oznajmił Marco, siadając naprzeciw. Skropił ręce wodą, rozmazując zastygłe strupy posoki. Sachalin zerknął tęskno na lśniące od zeschłej śliny kości. Ludzkie.

- Gramy? – zapytał niepewnie.

- Gramy.

Czterech chłopaków i jedna dziewczyna otoczyło kółkiem stary, służący za stolik, karton. Wszyscy udawali pewnych siebie, uśmiechali się, jakby przyszło im siadać do wybornej gry. Na domiar złego w… kości.

Laurence, chłopak zarówno zwinny, jak i niebywale chudy, spojrzał wymownie na Sachalina. Jakaś dziwna iskra zatańczyła w jego oczach. Laurence, jedyny z ich grona, którego Sachalin szczerze się obawiał. Był nieprzewidywalny, krążył własnymi ścieżkami niby jurny kocur i potrafił się bić jak prawdziwy mutant, choć mutanta nigdy nie widzieli, za to skrzek i warkot, jaki słyszeli czasem nocami, były wystarczająco wymowne, żeby wzbogacić wyobraźnię. Marco wyciągnął metalowy kubek i wrzucił doń pięć kostek. Zakołatał nimi o ścianki. Kości zastukały o nie ze złowieszczym rechotem sumienia.

Sachalin przełknął ciężko ślinę.

- Zasady jasne – rzucił Marco. – Kto wygra, pierwszy. Kto przegra, ostatni. Ostatniemu składam kondolencje. Albo sobie – dodał po dłuższym zastanowieniu.

Zasady wprawdzie były o wiele bardziej rozbudowane, jednak odkąd przegrali już w kości dwanaście razy i pożegnali dwunastu przyjaciół, znali je na pamięć. Nawet wybudzeni z głębokiego snu z pewnością mogliby je wyrecytować jednym tchem.

Gra toczyła się o jedzenie. Ściślej, kto wygrywał – jadł pierwszy. Kto przegrywał – był jedzony.

Sachalin był Żydem. „Był” to słowo kluczowe, gdyż inaczej zmarłby z głodu lub niewątpliwie stałby się daniem głównym na stole pozostałych uczestników. Musiał walczyć. Gdyby uznał mięso towarzysza za niekoszerne, prawdopodobnie umarłby jako ostatni przedstawiciel Narodu Wybranego – wygłodzony, wysuszony, nędzny. „To tylko mięso”, tłumaczył sobie za każdym razem, gdy wbijał zęby w ścięgna przegranego. „Tylko tak uratuję swą wiarę. Przechowam ją dla potomnych. Jeśli jeszcze jacyś pozostaną”.

Dlatego też grał. Rzucał kośćmi, ryzykował. Szczęśliwie nie był nigdy ostatni. Póki co. Bynajmniej nigdy też nie wyrzucił największej ilości oczek.

- Ktoś chce pierwszy? – spytał John, niski grubasek o pobrużdżonej krostami twarzy i ziemistej cerze.

Sachalin przełknął ślinę.

- Ja – zgłosił się, unosząc dłoń. Niepotrzebnie.

Marco podał mu kubek. Sachalin wziął głęboki wdech, potrząsnął kośćmi i rzucił.

Para dwójek. Nie tak źle. Jak na początek.

- Wymieniam cztery – ustalił bez namysłu.

Spojrzeli nań z niedowierzaniem. Nie było głupszego posunięcia, ale żaden z nich nie próbował mu tego wyperswadować. Ucieszyli się w duchu. Szanse każdego z nich na przeżycie tej tury diametralnie wzrosły.

- To co mam zapisać na razie? – Mało subtelny uśmiech wykrzywił oblicze Laurence'a, trzymającego już w rękach plaster kartonu z wyciętymi inicjałami i rubrykami na pozostawione oczka.

- Pięć.

Laurence wyskrobał zamaszystą piątkę i posłał Sachalinowi złowieszcze spojrzenie.

Napięcie rosło z każdą toczącą się kostką. Szczęki graczy to zaciskały się, to rozluźniały, gdy tylko przyszła ich kolej.

Johnowi cisnęły się łzy do oczu, mimo że jeszcze nie przegrał. Był na straconej pozycji, ale ostatni rzut należał do Sachalina. Młody Żyd z niewiadomych pobudek za drugim ciśnięciem zostawił sobie parkę piątek, choć miał full. W obecnej sytuacji postawiłoby go to na drugim miejscu. Teraz jednak musiał wyrzucić przynajmniej trzy jednakowe oczka, by przebić Johna. Ten miał parę czwórek i drugą – szóstek.

Sachalin odebrał od Alex kubek i westchnął. Drobinki potu perliły mu się na czole. Nim rzucił, otaksował powolnym wzrokiem współgraczy. Marco był ponury jak zawsze, Alex spuściła głowę, John niemal nie wyszedł z siebie, a Laurence, niczym wilk, wlepiał w niego wygłodniałe ślepia.

„Jeszcze nie dziś”, postanowił Sachalin, przymykając powieki. Rzucił.

Kości potoczyły się po kartonie niemrawo. Przedłużająca się w nieskończoność chwila sprawiała, że to przełykali ślinę, to wciągali z cichym wizgiem powietrze. Aż ślepy traf sprawił, że wszystkie kości zatrzymały się, prezentując po pięć oczek każda.

John zbladł. Oczy zaszkliły mu się od łez.

- Ale jak? – jęknął.

- Normalnie! – parsknął Laurence, porywając się na niego z kijem.

Marco i Alex doskoczyli po chwili, przygważdżając grubasa do ziemi. John miotał się, ale parę mocnych kopniaków w głowę prędko złamało opór. Marco i Laurence wnet okładali go bezlitośnie kijem i pięścią, podsycając się milknącymi jękami. W ich oczach pałał szał. Alex po wszystkim skryła się w rogu i schowała zbryzganą krwią twarz w dłoniach. Zaszlochała.

Ubój dochodził końca, należało jeszcze oporządzić truchło.

Sachalin wyszedł na zewnątrz, by oszczędzić sobie makabrycznego widoku. Nie wygrał, nie jadł jako pierwszy. Nie musiał na to patrzeć. Naparł na masywne wrota i już był na zewnątrz. Poza rampą, poza budynkiem, gdzie dogorywał kolejny gracz. Wziął głęboki wdech. Zakasłał.

Ścieżka poprowadziła go między zaspami gruzów dawnych budynków i ulic, po czym skręciła nad zielone, napromieniowane jeziorko. Na jego powierzchni odbijał się bezkres spalin i oparów, wciąż unoszących się w przestworzach. Usiadł nad brzegiem.

Przetarł policzki. Toksyczne powietrze drażniło, a pył osiadał na czubku nosa i pchał się do oczu. Nie przeszkadzało mu to, przyzwyczaił się i tylko co jakiś czas wykaszliwał kurz z płuc.

Omiótł spojrzeniem rozciągający się krajobraz zawalonych budynków, zasłanianych co rusz wyziewami buchającymi z pogorzeliska. W oddali unosiły się słupy dymu. Myślał czasem, że to olbrzymie mutanty zasiadają przy ognisku i posilają się upolowanymi mniejszymi krewniakami, ale doszedł wreszcie do wniosku, że płonące wnętrzności ziemi próbują wydostać się na powierzchnie.

Spojrzał dalej, w niknący horyzont.

Westchnął. Lubił Johna. Był miły, nie rzucał mu ukradkowych spojrzeń, nie kłócił się bez powodu, a teraz pewnie wisiał poćwiartowany na rzeźniczych hakach bądź, co bardziej prawdopodobne, dogotowywał się w garze mięsistej zupy.

Pokręcił głową z obrzydzeniem.

Nigdy nie wiedział, czemu chłopaki zamiast wyruszyć na poszukiwania żywności, wolą zjadać się nawzajem i siedzieć w ciasnych tunelach. Nie mógł zapytać pomysłodawcy „gry o jedzenie”, bo ten został zjedzony w czwartej turze, a jakoś ostatnio nie miał ochoty rozmawiać o tym z resztą. Sam zapewne nie poradziłby sobie w świecie, ale kiedyś…

Zakaszlał w kułak. Rozejrzał się. Mieszanina czarnego pyłu i ropy ciągnęła się po jego dłoni niczym krwisty kleik. Musiał już wracać. Czas poza schronem nie mógł trwać nader długo.

Jego kolej jeszcze nie nadeszła, stanie się to dopiero, gdy opadnie pył. Cały ten pył…

Popatrzył na firmament. Z północy nadchodziła burza, niebo przybierało barwę mariażu ognia i ołowiu. Na wietrze unosiły się okruchy kurzu, jakby właśnie tańczyły.

Na końcu zostanie przecież tylko on i albo któryś z chłopaków… albo Alex. Nieważne, który wtedy wygra. Szanse będą równe, więc aby przeżyć, będzie musiał walczyć, będzie musiał zabić... Gdy wygra, będzie się musiał martwić o nowe źródło pożywienia, gdy przegra, koszmar się skończy…

I świat przestanie mieć dlań znaczenie.

Wstał, otrzepał się i odetchnął głęboko, połykając drobinki kurzu.

Wrastające w zbocze wzgórza wrota majaczyły gdzieś w połowie drogi na szczyt rumowiska betonowych i żelaznych odpadów. Za nim świstał wiatr i zbliżała się burza, a przed nim z finezją wirował pył.

Kości zostały rzucone. A on podjął grę.

Odpowiedzi

Hmmm, pamiętam ten tekst z okresu przed publikacją go tutaj ;) Miło widzieć te linijki ;)