Ryzyko zawodowe

Ocena: 
8.33333
Average: 8.3 (3 votes)

Podał jej rękę, aby mogła przejść przez kałużę oleistej cieczy o bliżej nieokreślonym kolorze.

– Długo już chodzisz? – zagaił, dla zabicia ciszy.

Skinęła głową, skupiając się na obserwowaniu drogi pod stopami. Grube podeszwy czarnych butów prowadziły ją pewnie, ale Kola wiedział, że nieustającego zagrożenia nie mogli ani przez chwilę lekceważyć. Sam pokonywał tę ścieżkę już tysiące razy, ale Sara była tu chyba po raz pierwszy.

Nie lubił tej doliny, bał się jej. Czarno-niebieskie jezioro, bulgoczące zapachem zgnilizny, płaczliwe wycie małych, napromieniowanych zwierzątek. Kapiące z nieba kropelki słabego deszczu miały zadziwiająco ostry kształt. Obserwował je pod światło, wydawały się ciąć powietrze.

– Znalazłaś już kiedyś coś ciekawego? – zapytał, kiedy stanęli wreszcie na pewniejszym gruncie.

Sara nie odpowiedziała, przez kilka sekund oddychała ciężko. Kola miał wrażenie, że dziewczyna po prostu boi się doliny, gdzieś znikła z jej twarzy ta bezczelna odwaga, z jaką podrywała go kilka dni temu w barze i namawiała na wyprawę do samego serca strefy.

– Sara?

Usiłował uchwycić jej wzrok za szczelną zasłoną kombinezonu.

– Jeśli chcesz, możemy zawrócić. Stąd jeszcze kawał drogi do hangarów.

– Chodźmy – odburknęła, odpychając go lekko.

Kola nie był przekonany. Bał się, że dziewczyna wpadnie w panikę, gdy będzie już za późno, żeby zawrócić. Za kilkaset metrów mieli przekroczyć rzekę, a potem przejść przez martwy las, w którym bardzo łatwo było stracić się z oczu. Zaraz za nim zaczynało się terytorium wilków, najniebezpieczniejszy odcinek podróży. Musiał mieć pewność, że Sara będzie umiała się obronić w razie ataku drapieżników, miał wrażenie, że jej zaciśnięte na karabinie ręce drżą.

Kola spojrzał w niebo. Księżyc wisiał wysoko, a to nie wróżyło nic dobrego.

Wilki mogą być głodne, pomyślał, kierując z powrotem wzrok na drobną sylwetkę Sary. Sam nie zdoła obronić ich obojga, będzie musiał ratować się ucieczką.

Po cholerę ciągnąłem tu tę dziewuchę, zaklął w myślach. Mogłem przyjść sam i uwinąć się trzy razy szybciej. Zachciało mi się towarzystwa.

– Idziemy, już późno! – rzucił niecierpliwie i natychmiast tego pożałował. Dziewczyna skuliła się lekko, ale nie zaprotestowała, gdy puścił ją przodem. Chciał ją mieć na oku, nie ufał jej.

Przypomniał sobie swoją pierwszą wizytę w dolinie, dwa lata temu. Możliwe, że zachowywał się podobnie jak Sara, kiedy zdał sobie finalnie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie tam czyhało.

Na początku każdy uważa się za bohatera, ale dolina zmienia ludzi. Uczy ich pokory.

W milczeniu przekroczyli rzekę po śliskich kamieniach. Bulgot toksycznej cieczy przyprawiał go zawsze o mdłości, podejrzewał, że Sara może czuć się o wiele gorzej. Radioaktywny smród przeganiał ich z tego miejsca, wpędzał w objęcia martwego lasu. Kola odruchowo chwycił dłoń Sary.

– Musimy uważać, łatwo się tu zgubić – wyjaśnił.

Dziewczyna skinęła głową, jej oczy były szeroko otwarte, zdziwione. Kola czuł niepokój. Bał się o siebie, o nią, wilki musiały już dawno wyczuć ich obecność.

Ostatnie przykurczone drzewo otarło się o nich suchymi gałęziami. Stanęli na zasnutym mgłą polu, wilgotna ziemia zapadała się lekko pod stopami. Kola wiedział, że mniej więcej sto kroków przed nimi znajduje się ogrodzona kolczastym drutem zona hangarów, za każdym razem wynosił stamtąd prawdziwe skarby. Ryzyko było wliczone w cenę ich zawodu, ta dziewczyna powinna o tym wiedzieć.

Przypomniał sobie, jak całowała go w barze, odważnie, bezwstydnie. Jak zabrał ją do domu i z całej siły odpłacił jej za tę piękną bezczelność.

– Trzymaj mnie mocno. Musimy jak najszybciej przebiec na drugą stronę.

Sara zacisnęła palce na jego dłoni, wbiła w nią paznokcie.

Zatrzymał się. Spojrzał na nią bezradnie, był bliski paniki.

– Kola, wracajmy... – jej głos był słaby, pusty.

Kola zobaczył przed oczami kilka wyrwanych z przeszłości scen. Księżyc, pocałunek, hangary, toksyczne kwiaty na polu śmierci.

To już koniec, pomyślał. Dolina będzie naszym grobem. Był tego pewien.

Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Wystarczyło kilka sekund zawahania i byli straceni.

Szelest i ciche warknięcie zaskoczyło nawet jego. Zanim się obejrzał, byli otoczeni z kilku stron, postacie wilków wysuwały się z mroku jedna za drugą. Wielkie, powykrzywiane cielska, brudne i poznaczone ranami, w których zalęgły się już robaki.

Kola uśmiechnął się gorzko, wiedział, że tym razem nie wygra.

Sara osunęła się na jego ramię jak mała, nikomu niepotrzebna, szmaciana laleczka.