Drzwi

Ocena: 
9
Average: 9 (2 votes)

Przeczekiwali skwar wczesnego popołudnia w cieniu oliwnego gaju. Po obiedzie i krótkiej sjeście znowu mieli zabrać się do pracy przy zbiorze fasoli.

– W tym roku łodygi pełne strąków. – Jon wsadził łyżkę do garnka. – Doskonały plon. Zasługa nawodnienia i dobrej pogody – nieboskłon od miesięcy bez chmurek… Łaska Boga.

Po brodzie pociekł sos z wkładanego do ust sztućca. Jon wytarł ją dłonią, a potem starannie wylizał palce.

– Abdi, nie czytaj tego gówna – rzucił, nakładając kolejną porcję. – Ktoś zauważy, że studiujesz zakazane pismo. Wielu za jego głoszenie skończyło na krzyżu. Mieli szczęście, jeżeli tylko ucięto im język. Myśl o Święcie Płodności. Mamy wspaniałe zbiory, więc pewnie saduceusze z Rady Starszych zezwolą na większą ilość kopulacji. Może wyrażą też zgodę na mój ożenek – jestem zdrowy i pracowity. Te wypociny o drzwiach nadają się do podtarcia dupy.

Donośnie beknął.

– Drzwi… – ciągnął z pogardą w głosie. – Nirwana… Pieprzenie. Jesteśmy jak bracia, nie wydam cię, jednak spal traktat.

Splunął na ziemię.

Abdiel odłożył na bok gęsto zapisaną kartę i zabrał się za studiowanie kolejnej. Jadł wolno, jakby stojący przez nim talerz fasoli z mięsem niespecjalnie go interesował.

– Ciekawa rozprawa filozoficzna… –zauważył sucho. – Nie pojmuję, czemu Rada Starszych grozi temu człowiekowi stosem, zakazując czytania jego dzieła. On tylko twierdzi, że nasz świat jest skończony. Podaje dowody… Przypuszcza, że jesteśmy jednak cząstką świata nieskończonego. Istnieje z nim łącze. Przejście… Nazywa je drzwiami.

Wolno pokiwał głową.

– Kiedyś już sprawdzono – ciągnął cicho – że ktoś je stworzył. Ich otwarcie przeniesie nas do świata nirwany.

Uśmiechnął się z zakłopotaniem, sięgając po następny arkusik lichego papieru.

– Taa… – Jon prychnął. – Spojrzyj tylko!

Nożem do usuwania łyka wskazał przestrzeń przed sobą.

Pola fasoli ciągnęły się aż po horyzont, przedzielone zagonami winorośli i kępami drzew owocowych. Wiał łagodny wietrzyk, tonujący upał.

– Tak jest wszędzie – ciągnął Jon z wyraźną złością. – Ten pieprzony filozof siedzi teraz w jamie w ziemi. Czekając na proces, pewnie skamle o miskę strawy. Jego domostwo spalono – nie można ludziom mącić w głowach. Głupi wypierdek naplótł bzdur, a ty się nimi zachwycasz!

Pokręcił głową.

– Ten pisarzyna pewnie nie umie zarżnąć jagnięcia i podzielić tuszy. – Łyżka znowu powędrowała do ust. – Abdi, myśl o Święcie Płodności. O bachanaliach. Strugach lejącego się wina, tańcach nagich dziewczyn, ich piersiach, brzuchach i kępach włosów – wiesz gdzie. Gdy przypominam sobie zeszłoroczną noc, kutas od razu mi staje.

Zaśmiał się rubasznie, klepiąc po brzuchu.

– Zauważyłeś, ze staje nam tylko raz w roku? – Abdiel oderwał się od czytania. Jedzenie stygło, a on nie cierpiał zimnej fasoli. – Dziwna sprawa…

– Abdi, uważaj… – W głosie Jona zabrzmiała troska. – Tylko czytasz, niekiedy dyskutujesz, więc pewnie stos cię ominie. Za szerzenie herezji możesz jednak zawisnąć na krzyżu. Wsadź te karteluchy do wychodka, gdzie ich miejsce.

Przerwał, żeby zebrać resztki sosu.

– Drzwi… – kontynuował. – Nirwana… Żyjemy jak w raju. Niebawem pewnie się ożenię i zostanę członkiem Rady Starszych. Nie chciałbym cię kiedyś sądzić, ale może będę musiał.

Przez chwilę milczeli. Ciszę przerywał chrobot łyżki Abdiela, przesuwanej po talerzu, turkotanie kół małego wozu, ciągniętego przez osła po kamienistej drodze – i piskliwe śmiechy dziewczyn, idących za zaprzęgiem i pilnujących, żeby worki z fasolą nie pospadały. O czymś żywo rozprawiały.

Jon przyglądał się im tęsknym wzrokiem.

– Skąd wziął się wyraz bachanalie? – rzucił nagle Abdiel. Jego oczy błysnęły. – Nikt go nie rozumie, a wszyscy używają… Skąd?

– Historia człowieka jest długa. – Jon przeniósł spojrzenie na towarzysza. – Nie wszystko pamiętamy... Proszę, nie myśl o tych bzdurach. Śmierć na krzyżu naprawdę nie jest przyjemna. 

***

Abdiel odnalazł drzwi przypadkowo.

Wiele dni wędrował, żeby je odszukać. Długo utrzymywała się dobra pogoda, jednak w końcu zaczął siąpić deszcz, więc wieczorem ułożył się do snu w niewielkiej pieczarze.

Rankiem zauważył w skalnej ścianie drewniane wrota, prowadzące nie wiadomo dokąd. Wyłamanie zmurszałych desek poszło szybko.

Ujrzał korytarz z poświatą w oddali. Mała sala okazała się początkiem drogi przez zawikłany labirynt przejść, schodni i rozległych hal. Otaczały go ściany, dźwięczące pogłosem metalu. W węzełku ubywało fasoli i suszonego mięsa, ale Abdiel szedł dalej.

Wreszcie poczuł, że osiągnął cel. W pomieszczeniu, pełnym dziwnych przedmiotów zobaczył masywne drzwi. Niewielkie, z metalową dźwignią pośrodku. Potajemnie przepisywany traktat, który ludzi szerzących jego tezy doprowadzał do krzyża, nie kłamał.

Istniały.

Twórca rozprawy dowodził, że wszyscy żyją w olbrzymiej kapsule, przemierzającej nieskończoność. Nie wyjaśniał, czym jest nirwana.

A teraz on, Abdiel, zwykły wieśniak, mógł siebie i innych połączyć z nieskończonością. Osiągną nirwanę.

Wystarczało przesunąć dźwignię...

3 grudnia 2014 r.