Moja głowa wcale nie jest moja

Autor: 
Ocena: 
8.5
Average: 8.5 (2 votes)

Wszyscy zdrowi są do siebie podobni, ale każdy chory jest chory na swój sposób, pomyślał doktor Sanicki.

Miniony dzień był prawdziwym koszmarem. O siódmej rano pacjent zwany Stukaczem znów chciał popełnić samobójstwo. Nikogo nie powinno to właściwie dziwić – podobne próby podejmował niemal każdego tygodnia. Wieszanie się na pętli zrobionej ze związanych piżam albo prześcieradeł, trucie się czym popadło (leki, zepsute jedzenie, płyn do mycia podłóg), uderzanie z rozpędu w ściany albo innych pacjentów. To była jego chorobliwa norma. W korytarzu Szpitala Psychiatrycznego im. Babińskiego doktor dowiedział się, że tym razem Stukacz podciął sobie żyły kawałkiem lustra, które rozbił, uporczywie stukając w nie głową.

– Moja głowa wcale nie jest moja – zwykł powtarzać, gdy Sanicki pytał go, czemu wciąż robi coś, co sprawia mu ból. – Zalęgła się w niej ciemność.

W odpowiedzi doktor przytakiwał tylko, bo przecież doskonale wiedział, o co tamtemu chodzi i zarazem zdawał też sobie sprawę, że nie jest to temat, który dałoby się pomieścić w jakichkolwiek słowach. Iluż to pacjentów z czaszkami wypełnionymi szczelnie gęstym mrokiem błąkało się po labiryntowych korytarzach tego i innych szpitali? Iluż niezdiagnozowanych gdzieś tam za murami takich jak ta placówek brnęło niestrudzenie przez szambo własnej egzystencji aż do dnia, gdy coś wewnątrz nich pękło i ciemność ostatecznie przejęła nad nimi kontrolę?

– Mam na imię Elżbieta. Moje życie to gówno i szczyny – wyznała mu kiedyś inna szalona, od stóp po czoło ubabrana ekskrementami.

Nie tylko twoje – zamierzał odpowiedzieć, ale przełknął to zdanie, wiedząc, że nikomu nie pomoże.

Teraz, stojąc nago obok stolika na środku swojego pokoju, doktor Sanicki nie chciał już myśleć o pracy, chociaż praca była dla niego wszystkim.

Na blacie leżał pojedynczy papierowy talerz, a na nim jagodowy muffin z jedną urodzinową świeczką.

Doktor uklęknął i zdmuchnął świeczkę, powtarzając szeptem to samo życzenie, co zawsze: żeby wampir pamięci wreszcie przestał go dręczyć. Przeszłość powinna być martwa jak marmur, nie może wciąż do nas wracać, by w godzinach próby wysysać z nas wszelkie siły psychiczne i witalne. Nie, jeśli jesteś lekarzem. Nie, jeśli musisz pomagać innym wygrać z ich własnymi wampirami, z ich własnym mrokiem, niczym czarnym pająkiem w kącie białego pokoju o miękkich ścianach.

Ile to już lat? – zastanawiał się, powoli przeżuwając babeczkę i mnąc palcami wciąż ciepłą świeczkę. Rocznice doprawdy są piekłem.

Jagodowy muffin był jak urodzinowy tort. Personel szpitala godził się na ten osobliwy rytuał, doskonale wiedząc, że pomaga Sanickiemu pogodzić się z niełatwą przeszłością. To działało skuteczniej niż jakiekolwiek leki czy terapie.

Świeca upamiętniała ośmioletnią Patrycję, którą zabił dawno temu, bawiąc się „w doktora”. Sam był wtedy jeszcze dzieckiem. Przez to właśnie do dziś nazywał siebie „doktorem”, innym także każąc tak siebie tytułować. Doktor Sanicki. Prawdziwy fachowiec, nie żaden obłąkany psychopata. Specjalista w swojej dziedzinie. Lekarz, nie żaden pacjent. To był piękny grudniowy dzień, jeden z takich, kiedy wreszcie przestaje się nam wydawać, że nasze życie jest tylko gównem i szczynami. Mama upiekła przepyszne jagodowe babeczki, więc Sanicki zaprosił do siebie dokazującą za oknem dziewczynkę.

– Zjemy, a potem będziemy się bawić – zasugerował i poczuł, jak ciemność w jego czaszce zaczyna przyjemnie falować.

Sanicki od szóstego roku życia bacznie śledził wszystkie telewizyjne programy o pracy chirurgów, czytał fachową prasę trzymaną w gabinecie ojca. Potwornie nienawidził swojego starego, chciał więc zacząć praktykę jak najwcześniej, by jak najwcześniej stać się lepszym lekarzem od niego. Zabawa „w doktora” nie była przecież niczym skomplikowanym. Polegała na wypruwaniu flaków. Bo tym właśnie zajmują się lekarze, prawda?

Sanicki przełknął ostatni kęs, zgniatając świeczkę w zaciśniętej pięści. Dziecko w jego pamięci właśnie kazało koleżance rozebrać się. potem w grudniowym słońcu zalśniło trzymane małą rączką ostrze. Głowa Sanickiego na krótką chwilę przestała być jego głową.