Poranek

Ocena: 
0
Brak głosów

Coś wyrywa mnie ze snu. Szarpanie za ramię.

– …dasz radę… – słyszę. Głos jest bezbarwny i chrapliwy, jakby jego właściciel za dużo wypalił poprzedniej nocy.

Obracam się na drugi bok i próbuję ukryć twarz w poduszce. Iskra świadomości, która raczyła we mnie na chwilę rozbłysnąć, zgasła i zdecydowała się jednak spać dalej.

Czuję nagle, jak obce ręce chwytają mnie pod pachy i w ułamku sekundy ląduję mordą na podłodze. Staram się podnieść, ale rezultaty nie są zadowalające.

„Jestem płaski”, myślę. „Jestem płaszczakiem, prostą analogią nauczycieli fizyki służącą do opisywania życia zredukowanego do dwóch wymiarów…”

Muszę wstać.

Najpierw kolana, trzeba podciągnąć wyżej dupę, łokcie w górę i oprzeć się na rękach. Na razie stać mnie tylko na tyle. Do łazienki docieram na czworakach, a oczy otwieram dopiero kiedy przypieprzam skronią w szafkę. No dawaj, wstawaj, tam jest umywalka, więc odkręć wodę, zacznij rytuał i wypierdalaj do pracy.

I gdy kończę ablucje, kiedy się już rozkręcam, kiedy wydaje się, że tym razem będzie dobrze, nagle – stop! Hamulec! Muszę się ubrać, a czuję się jak kobieta, która ma dwie szafy zajebane ciuchami pod sam sufit i nie ma co na siebie włożyć. Brak pomysłu.

Zaczynam więc od rzeczy najprostszych.

Ze stojącej na pralce miski wyjmuję uśmiech i zakładam na pysk. Uśmiech jest krzywy, ironiczny, paskudny po prostu. Do prania. To może ten? Za smutny. A ten? Co to, kurwa, jest!? To w ogóle nie przypomina uśmiechu, to jakiś odpychający grymas! Grzebię dalej, wybieram, wybrzydzam i w końcu znajduję coś dziwnego. Uśmiech pożądliwy, namolny, z przyszytym napalonym spojrzeniem. To chyba nie moje?

Wzdycham. Nic z tego nie będzie. Pamiętam, że miałem gdzieś nikły uśmiech, ale nie mogę go teraz znaleźć. A może go wyrzuciłem razem ze zblazowanym i niepewnym? Trudno, dziś będzie Dzień Kamiennej Japy.

Przechodzę do pokoju i otwieram szafę. Fuck, co za bajzel! No i w co tu się ubrać, no w co?

Radość jest tak wygnieciona, że wstyd byłoby założyć, a zresztą, nie mam do niej uśmiechu. Won! – rzucam ją w kąt. To może jakieś silne postanowienie? Leży kilka na półce. Przebieram wśród nich i ze zgrozą znajduję jedno noworoczne sprzed… dziesięciu lat? Wyciągam je i oglądam pod światło, wygląda jakby opierdoliły je mole i to dość dawno. Trzeba się będzie tego jak najszybciej pozbyć zanim… Niestety jest za późno. Reszta postanowień jest równie zniszczona. Zaniedbane, dziurawe, żałosne. Precz z szafy!

To może zaufanie? Ha, ha, zaufanie! Dobre sobie, coś mam nie tak z głową dzisiaj. Zaufanie, też coś. Równie dobrze mógłbym założyć uprzejmość do tramwaju. Bzdura!

O! To dobre – wyciągam z szafy obojętność, grubą, porządnie utkaną. „Hartowana w relacjach międzyludzkich”, czytam na metce, „Made in Poland”. Nie pamiętam skąd ją mam, ale będzie doskonała jako wierzchnie okrycie. Na spód trzeba znaleźć coś innego. Odkładam ją na krzesło obok. Chyba tu się wczoraj rozbierałem, bo znajduję walające się po podłodze niechęć, ból dupy, kilka brzydkich słów i dwie cięte riposty. Schylam się i podłączam riposty do ładowarki, przydadzą się jutro.

Co ja tu jeszcze mam? Opryskliwość i chamstwo w dwóch wariantach – zwykłe burackie i drugie złożone, wysublimowane, na specjalne okazje.

A co to?

W kącie za wyrzutami sumienia i poczuciem winy leżą – puste jak wydmuszki – miłość, nadzieja i worek z marzeniami. Worek jest szorstki i sparciały, cofam szybko dłoń, żeby przypadkiem się nie rozpruł. Kiedyś mi się to przytrafiło, marzenia rozpełzły się po całym domu, musiałem użyć rozpuszczalnika, żeby niektórych się pozbyć.

Wracam do łazienki. Nie uda mi się ten dzień. Jak poprzedni zresztą, nie ma co rozpaczać. Na szklanej półce pod lustrem leży kreska szarego proszku. Obok niej sporych rozmiarów zipper bag z całą resztą towaru. Zastanawiam się tylko chwilę. Roluję stówacza i wciągam nosem potężną dawkę prokrastynacji. Świat nagle blednie i staje się nijaki. Nawet nie przypuszczałem, jak wiele wyzwań otaczało mnie do tej pory. Teraz oddalają się ode mnie, znikają, rozpływają w powietrzu, wydaje mi się, że do tej pory nie mogłem oddychać, a teraz – luksus. Relaks. Czuję jednak, że diler mnie przekręcił, domieszał zwykłe lenistwo, gnojek.

Usypuję ścieżkę, ale zanim walnę kolejną porcję, z sypialni dobiega mnie jakiś hałas. Ruszam tam szybko, ale we łbie wszystko mi się już koncertowo pierdoli. Nie zdołam chyba dzisiaj wyjść z domu.

Znowu to słyszę. Chrapnięcie. W moim łóżku ktoś leży. Potargany, niegolony blondas, o mordzie bez wyrazu. Szarpię go za ramię.

– Może ty za mnie dasz radę? – pytam. Odwraca się do mnie plecami.

Łapię go pod pachy, wyciągam z łóżka i rzucam na podłogę. Sprzedałbym mu kopa, ale zawroty głowy nasilają się niebezpiecznie. Wskakuję na zwolnione miejsce i opatulam się mięciutką, przyjemnie ciepłą kołdrą. Słyszę, jak facet coś tam mruczy pod nosem, ale ja już zamykam oczy i odpływam.

„Dasz radę”, myślę.

Odpowiedzi

Ładne :)