Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy

Ocena: 
9.75
Average: 9.8 (4 votes)

Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy będzie pięknym rokiem. ZSRR, mówiąc językiem ulicy, rozpadnie się w pizdu. W Polsce powstanie moherowy głos ludu pod przywództwem Radia Maryja, a w szerszym świecie powstanie WWW. To będzie małe kliknięcie dla człowieka, ale wielkie dla ludzkości. Zgodnie z amerykańskimi standardami planeta Ziemia powinna być już podbita przez inteligentne małpy. Jest inaczej.

W roku dziewięć jeden ktoś zrobi mi zdjęcie przy blisko półmetrowym kopcu prawdziwych klocków Lego w moim pokoju. Klocki Lego przylecą do mnie samolotem wraz z ojcem, który myje szyby wieżowców w Chicago.

Na tym zdjęciu moja twarz jest purpurowa z zachwytu. Klocki Lego to nie przelewki, teraz jestem królem osiedla, wszyscy koledzy przychodzą do mnie, nawet ci, którzy moimi kolegami nie są. Budujemy osiedle z klocków, naszą Planetę Osiedle, budujemy wyspę piratów i transportery opancerzone. W przerwach popijamy soczki i jemy ciastka, które przynosi nam mama. Jestem kimś.

W którymś dniu orientuję się, że brakuje kilku klocków. I resoraków. Niedobrze. Po każdym nalocie kolegów coś znika. Zrozumiem, co się dzieje. Nie powiem mamie, bo wszyscy dostaną wielki, biało-czerwony szlaban na wizyty i już nie będę kimś.

Po kilku miesiącach każdy będzie miał swoją kolekcję i tak czy owak przestanę być kimś.

Inne zdjęcie.

Moje przedszkole. Przed nim stoją opiekunki i wszystkie ich podopieczne dzieciaki. Ja to ten z lewej, moja buzia zasłonięta jest przez wysokiego jak na swój wiek dzieciaka. Nienawidzę go za to.

Wraz z kilkoma bardziej przedsiębiorczymi chłopakami zakładamy w przedszkolu klub. Robimy to w ścisłej tajemnicy, ponieważ każdy, kto chce się do niego przyłączyć, musi wykazać się prawdziwie rebelianckim instynktem, to znaczy zakląć w sposób, jakiego jeszcze nie znamy.

Padają cycki, mamy następnego członka. Padają dupy, pizdy, pada cholera, a nasza formacja rozrasta się do niebezpiecznie wielkiej liczby i dowiadujemy się, że młodziaki z sali obok chcą się dołączyć. Nasz Podziemny Krąg wymyka się spod kontroli, choć jeszcze tego nie wiemy.

Na dworze, tuż przed obiadkiem, zbieramy się wszyscy przy zjeżdżalni i ochoczo przyjmujemy świeżą krew. Wszyscy jesteśmy chłopakami. Dziewczyny są za miękkie na naszą rebelię. Poza Kaśką. Kaśka jest wredna, nikt jej nie lubi, nawet wśród przedstawicielek jej płci.

Kaśka przychodzi, żeby dołączyć.

– Musisz powiedzieć brzydkie słowo – mówię hardo. Gromada moich współrebeliantów milczy, zapewne przeczuwając, co się święci.

Kaśka mówi „pupa”. Wszyscy to akceptują, poza mną.

– Musisz powiedzieć coś mocniejszego. Kurwa, pizda, coś takiego.

Kopara Kaśki opada prawie pod kolana, dziewczyna peszy się i ucieka w stronę opiekunki.

Opiekunka zaraz przychodzi, zabiera na dołek mnie i innych trzech chłopaków. Podczas przesłuchania całe zło wychodzi na wierzch, kobieta wyciska z nas przekleństwa. Wychodzą z naszych ust przy akompaniamencie płaczu. Beczymy, z nosa zwisają nam gile.

To bardzo ważna chwila, ale wtedy tego nie wiedziałem. Już wtedy mogłem wyciągnąć wnioski z kobiecych działań; byłaby to dobra inwestycja w przyszłość.

– Siedźcie tu, a ja idę zadzwonić do waszych mam i tatów.

Ta informacja działa jak hak w przeponę.

Kobieta wychodzi z pokoju, zostawiając nas zapłakanych, z warg zlizujemy słone łzy i gile.

Kobieta nigdzie nie zadzwoniła, pewnie wymknęła się na papierosa, pozwalając nam samodzielnie taplać się w bagnie strachu i osaczenia. W końcu wraca. Myślimy, że obwieści nam najgorsze – rodzice już są w drodze i są niebotycznie wkurwieni – ale mówi jedynie, iż nie mogła się dodzwonić i możemy iść do innych dzieci, ale mamy obiecać nigdy więcej tego nie robić. Wszyscy przyrzekamy, obiecujemy. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo prymitywną przynętę połknęliśmy.

To ważny czas dla nas wszystkich, choć mało kto jeszcze o tym wie. Od jakiegoś czasu Polska podłączona jest do internetu.

Wspomnienie klubu przeklinania sąsiaduje z innym.

Wszyscy podopieczni naszej grupy siedzą na wydeptanym dywaniku sali numer dwanaście. Opiekunka czyta sympatyczny wierszyk.

– „A kapusta rzecze smutnie, moi drodzy, po co kłótnie, po co wasze swary głupie. Wnet i tak zginiemy w zupie”.

Dzieci są grzeczne, senne, zaraz po podwieczorku, jeszcze odbija im się słodkim budyniem. Jedyne, co teraz do nich dociera, to zbliżająca się pora powrotu do domu.

„Wnet i tak zginiemy w zupie”.

Te słowa utkną mi w głowie jak drzazga w palcu. Do końca dnia będę czuć nieokreślony niepokój, będę nerwowy i bliski płaczu.

W domu mama kroi kapustę na obiad.

– Będzie kapuśniak – mówi z uśmiechem. Kocham mamę. – Jakiś smutny dziś jesteś, stało się coś?

Urywa temat, bo w garnku bulgoce za mocno.

„Wnet i tak zginiemy w zupie”.

Odpowiedzi

Pełen szacun. Rewelka.

Bardzo mi się :)

Chyba pierwszy raz z czystym sumieniem przyznaję 10 :)