…i po świętach

Ocena: 
0
Brak głosów

„Dobrze wrócić do domu.” – myślał, człapiąc powolutku ulicami miasteczka. – „Nawet jeśli ten dom znajduje się w zapyziałym, nudnym Betlejem. W Betlejem, w którym nigdy nic się działo, nic się nie dzieje i nigdy, przenigdy nie wydarzy się nic godnego uwagi.”

Owszem – marudził. Ale lubił marudzić. Taką już miał naturę. Zresztą, kiedy tak narzekał, czas zdawał się płynąć wolniej, było jeszcze nudniej i więcej było powodów do narzekań, a on utwierdzał się w przekonaniu, że ma rację. Niektórzy tak mają. On miał.

Minął ostatnie domy i znalazł się na obrzeżach miasteczka. Zakładając oczywiście, że miasteczko składało się z czegoś więcej niż jedynie z obrzeży. I nareszcie ujrzał rodzinną stajnię. Stajnię! Stajenkę zaledwie. Mizerną taką i zawsze cichą. Ale jednak rodzinną.

Podszedł do drzwi i delikatnie pchnął je kopytkiem. Ustąpiły z głośnym skrzypieniem i otworzyły się szeroko. A potem wypadły z zawiasów i głucho uderzyły o ziemię. Wszedł do środka.

– O rany… – Szepnął ze zgrozą, obrzuciwszy spojrzeniem zdemolowane wnętrze.

– O rany! – Powtórzył znacznie głośniej. – Co tu się działo?

– A żebyś wiedział, że się działo. – Dobiegło z kąta. I spod stosu drewna, które wyglądało jak resztki żłobu, wygramolił się Wół. – Żebyś wiedział, że się działo. Witaj Osiołku.

– Coś ty tu wyprawiał?

– Ja? W zasadzie nic. Ale oni…

– Jacy oni?

– No, oni wszyscy. Chociaż najgorsi to chyba byli pasterze. Ich w każdym razie było najwięcej.

– Jacy znowu pasterze?

– Okoliczni. Wiesz, ci co wypasają swoje stada tutaj niedaleko. No i jeszcze ci, co przyjechali z Baltazarem. Też nie bardzo potrafili się zachować.

– Z jakim znowu Baltazarem?

– Jak to z jakim? No przecież z tym mędrcem.

– Stop! Powoli! W ten sposób niczego się nie dowiem. Opowiadaj po kolei.

– Po kolei? Proszę bardzo.

Wszystko zaczęło się trzy dni temu. Zmierzchało już, wiał wiatr, deszcz padał… Ogólnie nieprzyjemnie. A w stajence spokojnie, cieplutko. Zjadłem właśnie kolację i chciałem sobie spokojnie potrawić – wiesz, że to zawsze trochę trwa – kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i wpadli oni. Kobieta i mężczyzna. Ona młodziutka i piękna, jak z obrazka. On bardziej tak w latach, z wyglądu zupełnie niepodobny do nikogo. Obcy. Znaczy – wtedy ich jeszcze nie znałem.

On szybko ściągnął płaszcz i rozłożył go na ziemi. O ona: bach! Na ten płaszcz. I dawaj rodzić.

– Co?

– Jak to co? A co może rodzić ludzka kobieta? Kucyka? Dzieciaka oczywiście. Leży cała spocona i wrzeszczy.

„Spokojnie, Marysiu” – powiada facet. – „Spokojnie. Oddychaj. Ja ci pomogę. Rozłóż szeroko nogi.”

Rozłożyła. On się schylił, zajrzał jej pod szatę i padł. Zemdlał. Ale szybko się podniósł. Usiadł obok niej i złapał ją za rękę. A ta ciągle wrzeszczy.

„Nienawidzę cię, Józek! Nienawidzę!”

„Ale dlaczego?”

„Dlaczego? Ty obrzydliwy egoisto! Ty podła, męska świnio!”

„Ale przecież…”

„Wszystko przez ciebie! Mamuniu, jak boli! Ty bydlaku!”

„Ale przecież to nie ja!”

A jej się nagle twarz wypogodziła, oczy zaniebieściły, oddech jakby wyrównał i powiada:

„No wiem. Ale przecież nie mogę Bogu złorzeczyć. Dla Boga miłość jeno i szacunek w serduszku noszę.”

A potem znowu się wykrzywiła i znowu w krzyk. Dość długo to jeszcze trwało, ale wreszcie urodziła. Spociła się jak mysz. Ochrypła. On jeszcze dwa razy zemdlał. Raz, już przy pępowinie, się porzygał, ale udało się. Chłopak wyszedł jak malowanie. Ta cała Marysia zdjęła z głowy rąbek, otuliła dzieciaka, narzuciła sianka do żłobu i tam go ułożyła. Odsapnęła trochę, odetchnęła głęboko i chyba jej się poprawiło, bo nawet tego swojego chłopa po głowie pogłaskała.

Myślę sobie: „Nareszcie koniec.” Ale gdzie tam, wtedy dopiero się zaczęło.

Patrzę – leci coś. Z daleka, jakby mucha, tylko spora taka raczej. Z bliska, facet ze skrzydłami. Chyba facet… Blondasek taki z długimi loczkami i w sukienkę ubrany, ale mówił jak facet. Latał dokoła, chwalił jakiegoś pana i ogólnie mocno był zadowolony.

A zaraz po nim przyszli ci pasterze. Powyciągali instrumenty i zaczęli grać. I śpiewać. I też tego pana chwalili. Nie wiem dlaczego, skoro całą robotę to właściwie przecież Maria odwaliła. Ale w końcu nie moja sprawa. Niech sobie chwalą kogo chcą, tylko niech przestaną wreszcie śpiewać i niech sobie idą, bo późno się robi.

A gdzie tam! Więcej ich jeszcze przyszło. Do tego mędrcy zjechali. Trzech niby tylko, ale każdy ze służbą. No i ta służba właśnie poprzesuwała wszystko, żeby miejsce zrobić. Żeby mędrcy mogli paść na kolana i złożyć dary. Nawet nie wiem jakie, bo mi akurat pasterze wszystko zasłonili. Przyklęknąłem nawet, żeby może między kolanami coś zobaczyć, ale co tam zobaczysz w takim tłumie.

No ale w końcu wyszaleli się, wycieszyli, pana wychwalili i zaczęli się rozchodzić. Aż wreszcie poszli sobie wszyscy. Tylko wiesz, jak to goście, żaden nie pomyślał żeby zostać i pomóc trochę cały ten bałagan ogarnąć. A ja sam – co zrobię? Bez rąk…

Wół zamilkł. Osioł również milczał zadumany.

– A ta niebieska poświata, tam w kątach? – zapytał po chwili.

– A nawet nie wiem. Teraz to już tylko resztki zostały, ale przedtem pełno jej było wszędzie.

– Taaak… – stwierdził Osioł. – Wygląda na to, że przegapiłem coś naprawdę ważnego.

Westchnął. Po oślemu.

– Nic to. Trzeba tu trochę posprzątać. Ale najpierw zjem coś, bo głodny jestem po podróży jak wielkie nieszczęście.

Wół opuścił głowę.

– To może być problem. – powiedział. – Nie mamy nic do żarcia. Bo wiesz, większość siana goście na butach roznieśli, a resztę…

– Co z resztą?

– Resztę dzieciak zasikał.

Odpowiedzi

Przyjemne