Karma to dziwka

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

— Jesteś gotowa? — spytałem Sheilę.

Przeciągnęła swoje stare kości i wyszczerzyła się do mnie w uśmiechu. Zawsze się szczerzy.

— Oczywiście, że jestem. Jaki plan mamy na dzisiaj?

 — Mamy cztery zadania. Pierwszym z nich jest Jon Arons — powiedziałem, przeglądając listę w głowie. — Holly Road 12. Zabrał Bertramowi zegarek kieszonkowy i napluł mu na głowę.

— Sukinsyn — powiedziała Sheila. Syknęła. — Kiedy tu był?

— Czternaście lat temu — odparłem.

Nie zapominamy. Nawet najmniejszego szczegółu. W sumie i tak nie mamy wiele więcej do roboty. Pamiętanie jest jedną z niewielu rzeczy, do których wciąż jesteśmy zdolni.

Sheila odtańczyła cmentarny tan na płycie nagrobnej pana Skerry'ego. Zawsze wstawał spóźniony, tak jak i dzisiaj. Strzepnął kurz ze swojego zszarganego, znoszonego smokingu i do nas dołączył.

— Dobry wieczór, przyjaciele — powitał nas serdecznie. — Widzę, że banda jeszcze nie w komplecie. Swoją drogą, Sheila, czy to był cmentarny taniec?

— Tak — odpowiedziała Sheila. — Tak się cieszę, że zauważyłeś. James musiał mnie obudzić. Wielu innych wydaje się nadal spać, wciąż nie wstają.

— Myślę, że się obudzili. Po prostu już ich to nie obchodzi. Chyba nie mogę mieć do nich o to pretensji, minęło tyle czasu... Niektórzy z nas zapominają, po co tu jesteśmy i po co wstajemy — wyjaśniłem. —Nawet jeśli została tylko nasza trójka, to będziemy musieli sobie poradzić.

Opuściliśmy bramy cmentarza tuż po północy, kiedy wszystkie granice ostatecznie zniknęły. Wokół nas zdawały się poruszać i wirować gęste, podobne mgle cienie. Niektórzy z nas utracili już swoją cielesność.

Jon Arons dobrze pamiętał swoje uczynki. Gdzieś w głębi duszy zakładał, że dzień rozliczenia w końcu nadejdzie – była to właśnie ta noc. Kiedy jego łóżko zaczęło się trząść, a wycie banshee rozbrzmiało w całym domu, wiedział, że jego czas dobiegł końca. Tacy jak on zawsze próbują uciekać. Ale kiedy już zacznie się nawiedzenie, nawet otwarcie drzwi okazuje się koszmarnym zadaniem. W końcu zostawiliśmy go w kałuży własnych odchodów, płaczącego, że chce do mamy. Nie był tak naprawdę złym człowiekiem – a co za dużo to niezdrowo.

— To było dobre — stwierdziła Sheila. Razem z panem Skerrym zawirowała w walcu wokół stołu w salonie Jona Aronsa. Sam Jon siedział na środku stołu, ściskając w rękach miotłę do obrony.

— Wciąż jesteś całkiem gibka, moja droga — zauważył pan Skerry. — Aczkolwiek muszę przyznać, że sam zrobiłem się trochę... sztywny.

— Och, i tak nie dałabym ci więcej niż czterysta, może pięćset lat — powiedziała Sheila, kiedy weszli na podjazd gotyckiej willi przy Baker Street. Był to dom Jess Margrave. Pracowała kiedyś przez jakiś czas w kostnicy i chociaż nie była tym typem człowieka, który bezcześciłby groby, znalazła sposób na pozbawianie zmarłych złotych zębów i biżuterii.

Kiedy już skończyliśmy, jej kupiony za pieniądze ukradzione umarłym dom wyglądał jak po czułym spotkaniu z tuzinem buldożerów. Kolejna przyswojona lekcja.

Pan Honsur był imigrantem, on również okradał zmarłych. Ale doszliśmy do wniosku, że nie miał złych intencji. Zniknął więc z naszego radaru. Zostawiliśmy mu taką ilość upiornych obrazów, że wystarczy mu koszmarów na całe życie. Dało nam to więcej czasu na nasz kolejny cel.

George Pillsbury był złym człowiekiem. Okradanie grobów mu nie wystarczało. Bezcześcił umarłych na więcej sposobów, niż większość ludzi może sobie w ogóle wyobrazić. Nie odczuwamy fizycznego bólu, ale duchowe plugastwo, jakie za sobą pozostawił, zbrukało wielu z nas, sprawiając, że czuliśmy się nieczyści – a to, owszem, możemy odczuwać. Tego człowieka otaczała szczególna aura chorej deprawacji.

Jego działalność zaczęła się trzydzieści lat temu i wielu z nas dobrze znało jego niezbyt delikatny dotyk.

Zawsze mogliśmy na niego poczekać, ale istniała szansa, że zostanie pochowany gdzie indziej. Nie, w jego przypadku chcieliśmy mieć pewność.

Budzimy się tylko tego dnia, raz na pięćdziesiąt lat. Powstajemy. I pamiętamy tych, którzy nas dręczyli, zbezcześcili ziemię, w której spoczywamy, odarli nas z godności i drogocennych przedmiotów, z którymi nie mogliśmy się rozstać nawet po śmierci.

Zazwyczaj po prostu ich straszymy, taka z nas wesoła gromadka. Kto powiedział, że umarli nie mogą mieć poczucia humoru?

Ale niektórym z nich poświęcamy szczególną uwagę. Nawet jeśli zwyczajnie nie zatłuczemy kogoś na miazgę, robiąc pożytek z potwornej siły naszych martwych ciał, wiemy jak przestraszyć go na śmierć. Módl się do jakiegokolwiek boga, który cię dostrzeże, żeby pochowali cię gdzie indziej. A kiedy już cię pogrzebią, pozostań martwy.

Bo jeśli to my cię pochowamy, jeszcze długo będziesz umierać, a my zadbamy o to, aby twój pobyt był niezapomniany.

Przełożyła Joanna Triss Baron