Pod palcami

Ocena: 
9
Average: 9 (3 votes)

- Możesz mnie mieć, wystarczy jedno słowo.

Wydawało jej się, że to mówi, ale nie usłyszała swojego głosu.

Przy oknie stał człowiek ubrany w wojskowy mundur. Za firanką, za szybą, gdzieś bardzo daleko, padał drobny śnieg, odbijał się iskrą w jego wąskich zielonych oczach i znikał na zawsze.

Mężczyzna przesunął dłonią po ogolonej czaszce, jakby chciał przeczesać nieistniejące włosy.

- Powinnaś była ze mną wyjechać już dawno.

Nie odzywała się, splecione na kolanach ręce nie drgnęły. Nie znalazła odpowiedzi, spojrzała w dół na swoje bose stopy, ledwie widoczne w ciemności pokoju. Za drzwiami paliło się światło, ktoś tam był, ktoś, kogo nie znała i nie chciała znać. Mieli tylko ten jeden pokój, to musiało wystarczyć.

- Zabierz mnie ze sobą. Zabierz mnie stąd.

Przypomniała sobie klatkę schodową, przybliżający się odgłos kroków. Odjeżdżający pociąg i to, jak klęczała na peronie i zagryzała do krwi wierzch prawej dłoni. Ktoś krzyczał, ktoś płakał, kolorowy punkt rozpłynął się w dusznym czerwcowym powietrzu, śledziła go wzrokiem, dopóki nie rozmazały go łzy.

- Powinnam była wtedy pobiec za tobą.

- Nie pobiegłaś.

Przepraszam, pomyślała bezmyślnie. Wstała, żeby się pożegnać. Wieczór dobiegał końca. Mogliby już zapalić latarnie, pomyślała. Życie nabrałoby wreszcie kolorów, ciemnych, wojennych barw. Jedynych, które znali. Na chodniku ktoś zostawił ślady, brudne i smutne w błyszczącej bieli śniegu.

- Chciałabym...

- Nie jestem tym, którego szukasz.

Minął ją i wyszedł, nie zdążyła się nawet obejrzeć. Ciężkie kroki żołnierskich butów ucichły bardzo szybko, przez drzwi wpadała cienka strużka światła.

Przez długą pustą chwilę tylko stała i przyzwyczajała się do ciszy. Znajome uczucie pustki wypełniło ją całą, bliskie i wręcz bezpieczne uczucie niepokoju.

Echo jego oddechu wciąż wisiało w powietrzu, gdzieś obok jej ust. Słodki zapach skóry, jakieś chaotyczne wspomnienia, długie dni i krótkie noce.

To było jeszcze w poprzednim życiu. A może właśnie w tym, ostatnim już. Nie mogła sobie przypomnieć, jak dawno go poznała. Musiało to być bardzo dawno temu, nie pamiętała już innego życia.

Pociągi, samoloty, walizka, jego uważne spojrzenie, gdy uprawiali seks, jakby próbował za każdym razem na nowo odkryć jej ciało.

Cień, który po nim zostawał, jej milczenie i nieśmiały półuśmiech w kąciku ust.

Długie dni pełne słońca. Ślady krwi na chodniku, krew gdziekolwiek nie spojrzeć, bezlitośnie czerwona w ciągu dnia.

Krótkie noce bez snu.

Ludzie, którzy nic nie znaczyli, a jednak przemykali przez jej życie.

Wojna, poezja w listach i czarne motyle krążące nad ich głowami.

Podeszła do okna, policzyła ślady na śniegu. Było ich wciąż tyle samo, jakby nikogo nie ubyło w tym domu. Za drzwiami w świetle toczyło się ulotne życie, ktoś się śmiał, słyszała głos dziecka.

Zostawił jej broń, prosiła go o to już za pierwszym razem. Gładki metal pięknie układał się w jej małej dłoni. Odbicie w szybie przyglądało jej się uważnie, trochę niepewnie.

Uniosła lewą dłoń, a prawą przesunęła w dół po udzie. Palce lewej dłoni odnalazły spust, a prawej to miejsce, w którym zawsze szukała przyjemności.

Przypomniała sobie ocean, na którego brzegu stała i krzyczała, tak by on mógł ją usłyszeć. Cały ocean niewypowiedzianych słów, sekretnych samotnych westchnień i niezapisanych kartek, piękne zdania, które układała w myślach tylko dla niego.

Uratowałeś mi raz życie, teraz możesz mi je odebrać, pomyślała, układając palce w odpowiednich miejscach.

Myślała o nim, dotykając się, a zimny metal wbijał się w skroń, w mózg, w przeszłość i teraźniejszość. Jedna chwila, by przerwać tę nić bólu, jedna chwila, by nic już nie zostało, ugasić pragnienie, zabić tęsknotę, przepłynąć ocean i wyszeptać te dwa najważniejsze słowa.

Nie odchodź.

Nie zostawiaj mnie tutaj. Ocean jest ogromny, tak trudno cię w nim odnaleźć.

Przyspieszyła, słyszała swój oddech, trochę urywany i bardzo niepewny. Skrzypnęły drzwi, zniknęły resztki światła. Każdy ruch był bardzo precyzyjny, trafiał dokładnie tam, gdzie miał swój cel. Kolejne zmysły budziły się jeden po drugim na jej wezwanie.

Schody, pociąg, brązowy sweter z czerwoną nitką, dotyk dłoni i ust, smak i zapach ciała, jego głos przez telefon, żołnierskie buty ciśnięte niedbale w korytarzu.

Tęsknota, tęsknota, tęsknota, pustka. Każdy raz, który mógł być ostatnim, rozpaczliwe pożądanie, które nigdy nie zostało zaspokojone. Podsycane od nowa, a potem tłumione i brutalnie zadeptywane grubą podeszwą starannie wypastowanych butów.

Przypomniała sobie stanowczy ruch jego dłoni, twarz skupioną na prostych czynnościach. Podwinięte do łokci rękawy koszuli, rany na nadgarstkach i ramieniu, coraz więcej i więcej blizn. Szorstkie, gwałtowne opuszki palców, które dotykały ją dokładnie tak, jak tego potrzebowała.

Ostatnie muśnięcie skórą o skórę wydało jej się już prawie bolesne. Spełnienie nie nadeszło, rozpłynęło się gdzieś w przestrzeni między tym, co było, a tym, czego już nigdy nie będzie.

Poczuła nagły, nieprzyjemny dreszcz i jej ciało stało się z powrotem przeraźliwie zimne.

Zacisnęła mocniej uda i uśmiechnęła się jednym kącikiem ust.

Lewym kącikiem ust uśmiechnęła się do śmierci, która czekała cierpliwie za jej plecami.

Odpowiedzi

Bardzo ładny, klimatyczny tekst