Karuzela

Ocena: 
9
Average: 9 (1 vote)

– Polej, Robek – mówię, ale on nie słucha.

Oparty o ścianę, wydaje się taki wytworny, w tym swoim garniturze Vistuli za półtora tysiąca i nieodłącznym papierosem elektronicznym w dłoni.

– Pamiętajcie – zawsze powtarza. – Ja paliłem e-fajki, zanim to się stało modne.

Szturcham go lekko, ale mimo to Robert chwieje się i przewraca. Twarzą na zimne panele.

– Zawsze odpada pierwszy – słyszę głos Marcina.

Ma rację. Robert nie nadaje się do ciężkiego picia. Nigdy się nie nadawał.

– W życiu trzeba ciągle walczyć. – To zwyczajowy tekst Marcina. – Nigdy się nie poddawaj, słyszysz, Robek?

I tak za każdym razem, kiedy się spotykamy.

Ech...

Sam polewam następną kolejkę. Trzy kieliszki. Jeden dla mnie, jeden dla Marcina i jeden dla Daro. Jak zwykle na podłodze w moim salonie, flaszka za flaszką, jakby jutro miało nie nadejść.

– Mówię wam – odzywa się Daro. – To już było. My to już robiliśmy.

Wychylam kieliszek. Patrzę na Marcina. On patrzy na mnie. Uśmiecha się.

Wiruje mi w głowie, zamykam oczy. Wszystko kręci się jak jakaś pieprzona karuzela.

Kieliszek stojący przed Daro jest nadal pełen.

– Muszę coś zrobić ze swoim życiem – mówi. – Nie mogę tak dłużej. Robimy ciągle to samo, kręcimy się w kółko, jak na karuzeli.

– Nie fizoluj – powiedziałby mu Robek, gdyby nie to, że już odpadł.

– Co byś chciał zrobić? – pytam.

– Pamiętam, że kiedyś zmiany były tym, co mnie nakręcało. Coś się musiało cały czas dziać, czaisz? Jak w podróży. Gapisz się przez okno pociągu i widzisz, jak świat zapierdala. Wtedy czujesz, że to wszystko ma jakiś sens.

– Chyba masz syndrom podróżnika.

– Nie kumasz? Kiedyś bałem się stagnacji, a teraz boję się zmiany. Co się ze mną stało? Zapuściłem korzenie w gównianej robocie w gównianym biurze i nie mam odwagi się z niego ruszyć, bo żona, bo dziecko, bo kredyt, bo...

– Napij się. – Biorę do ręki jego kieliszek.

– To już było, stary. Ciągle robimy to samo. Ale któregoś dnia, tak jak śpiewał Rysiek, jebnę tym wszystkim i po prostu wyjdę z domu.

– I co?

Wzrusza ramionami.

– Nie wiem – mówi. – Albo zatrzymam tę karuzelę, albo z niej spadnę.

– A nie można by się tak kręcić w nieskończoność? – Mam nadzieję, że mój bełkot jest dla niego zrozumiały. W głowie układam piękne zdania, ale nie mam kontroli nad tym, w jaki sposób przekazuje je mój pijacki, poplątany język.

– Nic nie trwa wiecznie – mówi Daro. – Uwierz mi, nie chciałbyś doczekać momentu, kiedy ta karuzela sama się zatrzyma.

– Niby dlaczego?

– Bo wtedy zobaczysz, jak naprawdę wygląda ten świat, który z niej oglądałeś.

– Pij, nie pierdol.

Patrzę mu w oczy. Wiem, że ma rację.

Moja głowa wiruje. Mój umysł to gruby dzieciak na karuzeli, co się nażarł waty cukrowej i teraz jest bliski wyrzygania tej waty wraz ze schabowym z kapustą zasmażaną z niedzielnego obiadu u babci, ale nie może, bo coś ściska jego żołądek. Ten okropny balast nie może się wydostać na zewnątrz. Świat wokoło pędzi, a ten dzieciak stoi w miejscu.

Tak, jak ja.

Niby się poruszam, niby wstaję codziennie, gdy zadzwoni budzik i odbijam o siódmej kartę na zakładzie, ale tak naprawdę to wszystko złudzenie. Robię to tylko po to, by mieć za co pić.

Zatrzymałem się w czasach, kiedy siedzieliśmy niemal co wieczór z chłopakami u mnie w salonie. Matka na dyżurze, a my robiliśmy flaszkę za flaszką. Było mi tak dobrze, tak beztrosko.

– To już było, stary...

Świat się jutro kończy. Piję, bo to jego przyjęcie pożegnalne.

Wychylam kieliszek.

Dlaczego karuzela nie może się wiecznie kręcić?

Biorę kieliszek, który nalałem dla Marcina i wypijam go.

To jest ta kropla, co przelewa czarę. Zamykam oczy i widzę, jak gruby dzieciak rozkłada ramiona i daje się ponieść karuzeli.

Budzi mnie rażące światło. To południowe słońce, które wdziera się przez niezasłonięte żaluzje.

Leżę na podłodze obok Roberta.

– Robert zawsze odpada pierwszy.

Odwracam zdjęcie. Robert siedzi ubrany w swój drogi garnitur i trzyma w ręku elektronicznego papierosa.

Nigdy nie nadawał się do ciężkiego picia, ale zawsze próbował. Aż do końca.

Łeb pęka w szwach. Nie mogę patrzeć do góry, bo promienie słoneczne ranią mi spojówki. Czołgam się pomiędzy pustymi butelkami, kieliszkami i porozrzucanymi po podłodze zdjęciami.

Natrafiam na ślubną fotografię Daro. Któregoś dnia wyszedł z domu. Żonie powiedział, że idzie do kiosku po fajki, ale nigdy nie wrócił.

I Marcin. Jak zwykle uśmiechnięty. Nawet kiedy oznajmił nam, że ma raka. Zagrzewał wszystkich do walki, ale swoją przegrał.

A ja?

Kręcę się na swojej karuzeli i nie mogę z niej spaść, chociaż się staram. Bo tak bardzo się boję momentu, kiedy zatrzyma się sama...

Odpowiedzi

Mocne.