Błąd taktyczny

Ocena: 
7
Average: 7 (1 vote)

Bitwa trwała od dłuższego czasu. Deszcz zmienił ziemię w mokre błoto, rozdeptane tysiącami końskich kopyt i żołnierskich butów. Przelana krew nie wsiąkała już w podłoże, tworząc zamiast tego płytkie, czerwone kałuże. Armie trwały w impasie. Początek starcia szedł po myśli Francuzów, głównie za sprawą zmysłu taktycznego ich wodza, który w połączeniu z dobrym wyszkoleniem żołnierzy dawał rezultaty. Niestety, w pewnym momencie nastąpiło załamanie. Ręce dzierżące broń osłabły, morale podupadło a misterna machina bitewna, do tej pory przetaczająca się po ciałach pokonanych wrogów, powoli zaczęła zwalniać, zgrzytać i niedomagać.

- Musimy coś zrobić, inaczej wykrwawimy się na śmierć. - Niski dowódca potarł nos grzbietem dłoni, po czym wsunął ją pomiędzy poły kaftana. Dla postronnego obserwatora gest ten wyglądał dostojnie, jednak dla niego był tylko sprytnym sposobem na wytarcie skapujących smarków. Po kampanii Moskiewskiej nigdy nie dał rady wyleczyć zatok.

- Tak, ale co? Walczymy wszystkim, co mamy. Oni również. Chyba musimy po prostu liczyć na cud - odparł generał.

Wódz zastanawiał się jeszcze przez chwilę, po czym skinął na stojącego nieopodal porucznika. Ten przywołany gestem podbiegł natychmiast i stanął na baczność, czekając. Był jednym z gońców, którzy odpowiadali za przekazywanie ważnych rozkazów w trakcie bitwy.

- Pobiegniesz do kwatermistrza. Dasz znać, żeby przygotował i wydał spirytus. Będzie wiedział o co chodzi. Jak już to zrobisz, dostarczysz ten rozkaz. Adresat jest na odwrocie. - Podał porucznikowi niewielką karteczkę. - No już, ruszaj!

- Tak jest! - Oficer oddał honory i pognał wykonać zadanie.

Stojący obok generał nie dał po sobie poznać, że uważa manewr za skrajnie desperacki.

Tadeusz obudził się z ciężką głową. Suszyło go, resztki gęstej śliny oblepiały wnętrze ust, w głowie szalało stado os a żołądek skręcał się na supeł. Nic niezwykłego, delikatny kac. Odkręcił otrzymaną wczoraj menażkę, przechylił. Oczywiście okazała się pusta. Mógłby się założyć, że nikt w oddziale nie zostawił spirytusu na dziś.

Ktoś obok darł się okrutnie, przez co ból głowy jeszcze wzrósł. Tadeusz wyostrzył spojrzenie akurat w momencie, gdy krzykacz otrzymał potężny cios od dowódcy kompanii. To załatwiło sprawę wrzasku i dało chwilę ukojenia. Korzystając z niej podniósł się, podszedł do stojącego obok kaprala i zapytał:

- O co chodziło temu francuzowi? Czemu tak ubliżał dowódcy?

- Nie słyszałeś? Przegraliśmy, a teraz jesteśmy w niewoli.

Tadeusz omiótł okolicę wzrokiem. Faktycznie, kompania dochodziła do siebie otoczona przez uzbrojonych żołnierzy wroga. W oddali malował się krajobraz jak po bitwie.

Właściwie... dokładnie po bitwie. Po wczorajszej konkretnie. - Pomyślał.

- Zaraz, jak to przegraliśmy? Przecież był impas, potem wydali spirytus, potem poprowadziliśmy szarżę przełamując oddziały wroga i spuszczając im solidny łomot, a potem... a potem nie bardzo pamiętam.

- A potem posnęliście, upojeni - dokończył kapral. - Ten dureń Napoleon nie przewidział, że przed bitwą podprowadziliście spory zapas gorzały i już od jakiegoś czasu walczycie z wrogiem po pijaku. W pewnym momencie francuziki przynieśli każdemu menażkę spirytusu i kazali atakować. Zapomnieli tylko dokładnie pokazać w którym kierunku. No a potem już poszło. Szarża, przełamanie oddziałów, łomot.

Tadeuszowi zrobiło się głupio. Patrząc na pobojowisko zagadnął jeszcze:

- A tak w ogóle, to gdzie dokładnie jesteśmy. Przez te ciągłe walki trochę straciłem rachubę.

- Żabojady mówią, że pod Waterloo - odpowiedział kapral.