No to cyk!

Ocena: 
6
Average: 6 (1 vote)

- Siadać, panowie! – odprawa przebiegała tak samo, jak każdego innego dnia do momentu, gdy do środka wpadł sierżant, trzymając dokumenty pod pachą i dwie butelki whisky w rękach. Zdziwienie młodszych stopniem oficerów rosło z każdą chwilą; nie tylko ich nie wyproszono, co jak sądzili, prawnie im się należało, ale nalano im po kieliszku, a nawet dwóch. Kapitan szczodrze, choć sprawiedliwie rozdzielał trunki, więc większość z nich przypadła w udziale starszym oficerom, ale i młodsi nie mieli na co narzekać. Z początku podchodzili bardzo nieufnie do całej sprawy. Nie raz, nie dwa zdarzało się, że wyżsi stopniem robili sobie z nich niewybredne żarty. Kiedy naprawdę przekonali się, że nikt ich stąd nie wyrzuci, a whisky to naprawdę markowa whisky, zaczęli pić na całego, prześcigając nawet zaprawionych na tym polu oficerów. Nikt nawet nie zauważył, kiedy na okoliczne pola, na których się zatrzymali i do namiotu nagle wkradł się świt i to w towarzystwie najwyższego z oficerów. A potem rozpętało się prawdziwe piekło...

*

- Sierżancie. – Głos generała był tak lodowaty, że zamarzły resztki trunków w pośpiechu odstawionych na bok szklankach. – Czy mogę się dowiedzieć, co tu się do diabła dzieje?

- Pije się, sir! – zameldował porucznik Harvey, który co gorsza był nie tylko nienagannie ubrany i bardzo dobrze pachniał, ale też był trzeźwy. Koledzy zachodzili w głowę, jak mu się to udało zrobić, bo daliby sobie rękę uciąć, że jeszcze pięć minut temu siedział tu z nimi i pił, jak na porządnego żołnierza przystało. Teraz patrzyli na niego na poły z podziwem, na poły z urazą. Wyglądało na to, że i tym razem, jak i poprzednim, znowu mu się upiecze. Spod stołu wyczołgał się pijany jak bela kadet i ile sił w nogach pobiegł do toalety. Po chwili do uszu jego kolegów dotarły niezbyt przyjemne dźwięki.

- Więcej wódki! – usłyszeli z drugiego końca namiotu. Wraz z pierwszymi promieniami leniwego słońca do środka wszedł zastępca kapitana z dwoma kieliszkami w rękach. Na widok generała zasalutował kieliszkiem, nie do końca jak na oficera armii przystało, następnie schował dowody swej zbrodni za plecami i próbował wyglądać na skruszonego, choć nawet sierżant widział, że niezbyt mu się to udawało. 

- Sir – pisnął, a jego głos był teraz podobny do głosu małej, wystraszonej myszki. – Spodziewaliśmy się przyjazdu pana generała dopiero za kilka dni. Nie jesteśmy jeszcze gotowi do... – Z trudem przyszło mu wymawiać kolejne słowa i łączyć je w zdania, które miałyby choćby pozorny sens. Wszyscy ze strachem, ale i fascynacją przyglądali się jego zmaganiom, niemal pewni, że polegnie, nim skończy mówić  to jedno zdanie. O ile w ogóle uda mu się skończyć, a nic na to nie wskazywało. Generał zaczynał powoli tracić cierpliwość; a ponieważ był człowiekiem znanym ze swego anielskiego spokoju, sytuacja zaczynała wyglądać naprawdę źle.

Kapitan, najbardziej pijany z nich wszystkich, nieświadomy zagrożenia, z trudem wstał ze swego miejsca, zataczając się i bez przerwy bełkocząc pod nosem: „pani pozwoli”, podszedł do dowódcy, ukłonił mu się, zrzucając przy tym z głowy czapkę i padł jak długi w miejscu, w którym stał jeszcze przed chwilą. Jego zastępca pomógł mu podnieść się na nogi, nerwowo zerkając w stronę coraz bardziej czerwonego generała. Kompletnie stracił głowę; nie wiedział, czy dbać wyłącznie o siebie i brać nogi za pas, czy przeciwnie, zostać i starać się jakoś uratować sytuację. Po namyśle zdecydował się na to drugie.

Zaprosił generała do własnego namiotu, każąc żołnierzom natychmiast posprzątać cały ten bałagan i doprowadzić ich dowódcę do stanu jako takiej używalności. Nim generał zdążył na dobre zniknąć z pola widzenia, kapitan dorwał się do ostatniego pełnego kieliszka i krzycząc z zadowoleniem: „no to cyk!”, wypił całą jego zawartość. Po chwili leżał już pod stołem, na próżno próbując wytłumaczyć wyciągającym go podwładnym, że kaca najlepiej leczy się alkoholem, więc mogą go tu śmiało zostawić z butelką jeszcze przez kilka godzin. Kadet beknął mu w twarz, dając do zrozumienia, że nikt go nie będzie słuchał, bo wszyscy są na to za bardzo pijani.

Porucznik Harvey pokręcił tylko z politowaniem głową, twierdząc, że nikt oprócz niego nie umie tutaj pić i ruszył w ślad za generałem, chcąc jakoś załagodzić sytuację. Na pytanie któregoś z kolegów, czy kiedyś był pijany, odpowiedział, że nie, choć lubił dużo wypić. Koledzy przysięgli sobie w duchu, że ich noworocznym postanowieniem, bo w końcu był Sylwester, będzie upicie niedostosowanego do nich społecznie kolegi. W końcu, jak wszyscy, to wszyscy, wyłamywanie się nie było tu mile widziane. A tacy żołnierze, jak porucznik Harvey, byli systematycznie tępieni, aż do osiągnięcia stanu autentycznego, bardzo głębokiego zadowolenia przez ich kolegów. Trwało to zwykle kilkanaście godzin i było bardzo nieprzyjemne dla testowanego.

Kiedy porucznik tylko zniknął z pola widzenia, uprzątnęli stół, tak jak im kazano i zajęli się tym, co umieli w armii robić najlepiej. Piciem.