Chór zapomnianych głosów - Remigiusz Mróz

Marta Kładź-Kocot

Chór zapomnianych głosów Remigiusza Mroza brzmi dobrze. Właśnie – brzmi. Od pierwszych słów uderza ładna, gładko płynąca polszczyzna. Taki język kształtuje powieściowy świat w sposób odpowiednio transparentny, sprawiając zarazem przyjemność przy czytaniu. Rzecz niby oczywista, a cieszy.

Fabuła płynie równie gładko jak język. Zaczyna się mocnym uderzeniem: kiedy główny bohater budzi się z krionicznego snu, pierwszym widokiem, jaki ma przed oczami, okazują się zakrwawione zwłoki, tyleż zgrabnie, co nietaktownie zsuwające się z jego kapsuły. Obecność nieboszczyka stanowi jednak zaledwie preludium do stwierdzenia ogólnej hekatomby na pokładzie. W opanowaniu odruchów wymiotnych i innych – zrozumiałych w takiej sytuacji – pomaga bohaterowi malowniczo wyrażający się muzułmanin, Dija Udin – najbardziej barwna postać w powieści, łącząca łotrzykowską swadę, cierpkie poczucie humoru, egzotyczny koloryt (na obcej planecie potrafi klęknąć i odmawiać modły do Allaha!)  oraz trudną do wyjaśnienia tajemnicę (ale o tym sza!). Bohaterowie muszą początkowo tylko we dwóch stawić czoła ponurym faktom.

Zagadka masakry na pokładzie Accipitera nie tylko nie znajduje błahego wytłumaczenia, ale zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, angażować innych ludzi, inne przestrzenie – wikłać się i pogłębiać, stając się pytaniem o szansę przetrwania zagrożonej ludzkości. I w tym momencie recenzent może zadać pytanie o wszystkie długi, jakie autor zaciągnął u swoich poprzedników – w klasycznej hard sf.

Mróz stworzył bowiem sf najbardziej klasyczną z klasycznych, a mianowicie historię przyszłości. Mamy tu wszystko, co tylko w tym gatunku możemy sobie wymarzyć: ogromny projekt kolonizacji kosmosu (odhaczone), cały sztafaż statków-kabin-kombinezonów-komór krionicznych-mostków kapitańskich (odhaczone), niebezpiecznych Obcych (odhaczone), podróże w czasie (odhaczone), komunikację z prędkością ponadświetlną przy pomocy ansibla – „wynalazku” Ursuli Le Guin (odhaczone), tajemniczy artefakt z innej planety (odhaczone) męską przyjaźń (odhaczone), romans (odhaczone). Nie wszystkie z wymienionych elementów fabuły konstytuują gatunek, rzecz jasna. Ale w większości są dla niego bardzo charakterystyczne. Miłośnicy hard sf odnajdą zatem to, czego pragną – i to złożone w całkiem zgrabną całość, z wystarczająco nieprzewidywalną fabułą, odpowiednią dozą zwrotów akcji, wyważonym suspensem, niemal filmowym punktem kulminacyjnym (bardzo dobrze zwizualizowana scena strzelaniny na pokładzie!).

Czytając, miałam reminiscencje z Lema, a konkretnie z Niezwyciężonego, w którym również załoga statku musi zbadać okoliczności tajemniczej śmierci innej załogi. Tam  czynnik sprawczy okazuje się ponadosobowy czy raczej bezosobowy, działający nieintencjonalnie. Kontaktu z nim nawiązać nie można, bo samo pojęcie kontaktu z czymś pozbawionym świadomości należałoby przedefiniować (i tu z kolei kłania się w pas wybitne aż do niesamowitości Ślepowidzenie Petera Wattsa z Echopraksją tegoż do kompletu). W powieści Mroza sprawca masakry jest co prawda jedynie częściowo bezosobowy i nieintencjonalny, ale za to stanowi nawiązanie do kolejnego z wariacko-filozoficznych pomysłów Lema: koncepcji Kosmosu jako Gry. I znów sznuruję sobie usta, a raczej splatam palce na klawiaturze, aby nie zdradzić, jakimi gra się tu pionkami i jakie obowiązują zasady. Czy kosmogoniczną (lub życiosprawczą) Grę trzeba wygrać, czy też wystarczy ujść z niej cało – o tym niech już Czytelnik lub Czytelniczka osobiście się przekona. Nadmienię tylko, że przy okazji wyścigu o życie (jakżeby inaczej!), bohaterowie zaprząc muszą do pracy kolejny fantastyczno-filozoficzny problem: czasoprzestrzenne paradoksy. Gra o przetrwanie będzie toczyła się wokół falsyfikacji teorii samo-spójności Nowikowa (w popularnym wydaniu: czy cofając się w przeszłość, zniknę, jeśli zabiję własnego dziadka?), której prawdziwości bohater ze wszystkich sił będzie starał się zaprzeczyć. Pytanie o to, czy mu się uda, generuje sporo przyjemnego dla czytelnika napięcia.

Mróz wszystkimi wymienionymi problemami całkiem zgrabnie się bawi, tworząc z nich dość ostatecznie bezproblemową, ale miłą w lekturze układankę. Pikantne dialogi Lindberga i Dija Udina czyta się, wybuchając momentami szczerym śmiechem – zwłaszcza drugi z bohaterów ma zarówno wyrazistą osobowość, jak i czarująco wredne poczucie humoru. Chór zapomnianych głosów nie ma co prawda nawet połowy filozoficznego potencjału twórczości Lema czy Wattsa – jednak pozwolę sobie zamknąć recenzję klamrą: brzmi dobrze.


Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Chór zapomnianych głosów
Wydawnictwo: Genius Creations
Data wydania: grudzień 2014
Liczba stron: 410
ISBN 978-83-7995-016-4