Grill girl

Ocena: 
6.33333
Average: 6.3 (3 votes)

Pięć kartek wyrwanych z zeszytu w kratkę. Przeczytałem. Oddałem i ze złości nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Dzieci wracające przez park ze szkoły przebiegły obok nas, płosząc gołębie, które karmiła, krusząc czerstwą bułkę ze śladami pleśni.

Sto złotych. Płacił jej pieprzoną stówę za taki bełkot! Pierdolony pisarz! Nie żebym był tym jakoś specjalnie urażony. Nic z tych rzeczy. Tyle tylko, że w weekend będę musiał zrobić z tego cholerne piętnaście stron, a moją zapłatą będzie żarcie i możliwość przespania dwóch nocy w jego cholernej piwnicy.

Opowiedziała mi swoją historię i była ona równie nieskładna jak jej pisanina. Ale budziła sympatię, a ja wiedziałem, że opowieść jest prawdziwa. Pierwsza prawdziwa opowieść, którą usłyszałem od jednego z tych biednych, oczekujących śmierci sukinsynów, do jakich staram się upodobnić. W branży słuchaczy panuje deficyt prawdziwych życiorysów.

Wypiła z plastikowego kubka łyk wiśniówki, otarła usta wierzchem dłoni i splunęła.

– To nawet nie boli, ale to jest bardzo dziwne. Kiedyś zrobił to przy dziecku. Skurwysyn. I wiesz, co powiedział? Powiedział, że się stara, bo inaczej skończy jak ja, jeśli nie będzie się starał. No, ze skurwysyństwa to robi, ale nie bije mocno. Najpierw bierze kartki, potem daje mi stówę, a potem mnie policzkuje, żebym zapamiętała, że płaci stówę za możliwość dania w pysk kobiecie. Nawet takiej jak ja. Skurwysyn, nie pisarz. Impotent!

W czwartek dostaje tekst. W piątek przepisuje na czysto, a w weekend ja muszę się męczyć z tym szajsem. Jak to tłumaczy? Prawda. To jest wiadome od dawna, że wszyscy piszą, a nikt nie chce czytać. Trudności obiektywne z powodu braku kontaktu z prawdziwym życiem. W związku z tym musimy się wspierać. Ja jego, a on mnie.

Tyle że do dzisiaj byłem przekonany, że zmagam się z jego zapiskami, a tu takie coś. Taka, kurwa, niespodzianka. Nie mogłem jej nic powiedzieć jasne, że nie mogłem. 

– Wiesz co? Uśmiechnęła się tym swoim żabim, szczerbatym, a jednak ujmującym uśmiechem. – Jak wrócę, to po drodze kupię coś dobrego i zrobimy sobie grilla za kościelną górką. Tylko się stąd nie ruszaj, dobrze?

Jasne, zrobimy sobie grilla! Fajna propozycja, prawda? Sprzedałem trochę złomu i też miałem parę złotych. Cholera jasna, czemu nie? Czemu się nie zabawić po ludzku? Jeszcze nie zima przecież! Jeszcze nie zima.

Oparłem się wygodnie o pień dębu i zmrużyłem oczy. Obudziło mnie szturchnięcie. Ktoś mnie kopnął w wyciągnięte na żwirowej alejce nogi. Są. Pan i pani ze straży miejskiej.

– Spierdalaj stąd, śmieciu – mówi pan, a jego partnerka rozgląda się czujnie, czy nie ma nikogo w pobliżu.

 – Wstawaj, śmierdzielu, bo ci przyjebię – rozkręca się pan, a ja widzę moją Grill Girl, jak sto metrów dalej zatrzymuje się i sprytnie kryje za krzewami.

Nie wstaję. Zamiast tego odzywam się żartobliwie, spod przymrużonych powiek starannie obserwując jego reakcję.

– A gdzie masz, chuju, czapkę? pytam.

On kipi i nie wie, czy mnie uderzyć, czy, szarpiąc za klapy jednej z dwóch marynarek, które mam na sobie, najpierw postawić mnie na nogi. Wtedy pokazuję mu blachę i rzucam magicznym słowem:

– Spierdalaj!

Odchodzą, nie oglądając się za siebie. 

– Myślałam, że cię uderzy. Tak skakał… Co mu powiedziałeś, że poszli?

– Żeby spierdalał – odpowiadam zgodnie z prawdą i razem oglądamy, co też kupiła na grilla. – To będzie prawdziwa uczta – orzekam i poślinioną chusteczką ścieram spod jej nosa drobny, całkiem nieznaczny skrzep krwi.

– A jakoś tak odrzuciłam głową i mnie zahaczył w nos, ale nie bolało.

To skurwysyn! Wrażliwy społecznie skurwysyn! – myślę, ale nic nie mówię i tylko drapię się po zarośniętej szyi. Najgorszy w naszej branży jest zarost. Nie wiem jak innych, ale mnie cholernie swędzi i przeszkadza mi myśleć.