Prawo pogranicza

Ocena: 
0
Brak głosów

Mężczyzna był stary. Niby dobrze zbudowany i postawny ale po mięśniach znać było lata ciężkiej, fizycznej pracy. No i zdradzały go poorane zmarszczkami, ogorzałe dłonie i twarz. Oraz oczy, spoglądające spokojnie i bez strachu w wylot lufy pulsera.

– Musisz pójść z nami, Jim.

– Niby dlaczego?

Posiadacz karabinu pulsacyjnego westchnął ciężko i otarł spocone czoło o rękaw służbowego uniformu. Ukradkiem spojrzał na stojącego nieopodal, ubranego w garnitur mężczyznę.

– Jim, naruszyłeś teren pana Barringtona. Zjawił się dziś u szeryfa z oficjalną skargą, sam rozumiesz…

– A skąd wie, że to ja?

– Zostawiłeś ślady opon. Twój traktor to ostatni pojazd kołowy w hrabstwie.

Jim Farrel pokiwał głową i splunął.

– No dobra. A co miałem robić? Ten dupek … – Wskazał towarzyszącego funkcjonariuszowi eleganta. – Wykupił, co się dało wokół mojego gruntu. Nie mam dojazdu, Keith! To jest prawie połowa mojej ziemi. Nie sram forsą, nie mogłem olać tych zbiorów!

– Wiem, Jim, ale…

– Próbowałem się dogadać. No co, Barrington, to nieprawda? Byłem u ciebie nie raz, proponowałem odkupienie, prawo przechodu, dzierżawę. Prosiłem cię nawet. Błagałem, do diabła! Śmiałeś mi się prosto w twarz!

– Nie gorączkuj się, Farrel – zarechotał Barrington.

– Widzisz, Keith? Popatrz jak się cieszy ten wszarz. Przecież on to zrobił specjalnie! Wiedział, że będę musiał wejść na jego grunt! Zaplanował to!

– To możliwe, ale…

– Keith! On… on mnie sprowokował do tego. Czy to się nie liczy?

– Jim, takie jest prawo.

Sękaty palec farmera wycelował w twarz zastępcy szeryfa.

– To ma być prawo? W dupie mam takie prawo!

– Proszę, Jim, nie utrudniaj. – Keith przełknął nerwowo ślinę. – Wiesz jak jest. Takie mamy warunki. Pamiętasz tego faceta w zeszłym roku, który chciał ci rąbnąć przyczepę? Sądziliśmy cię za zabójstwo? Nie. A ile razy poszczerbiłeś bandziorów szturmujących farmę, co?

– To co innego.

– Nie, Jim. – Zastępca szeryfa opuścił nieco pulser, tak by nie celował już w Farrela, ale był w gotowości. – Takie jest prawo. Taki jest edykt nadszeryfa, każdy ma prawo bronić swego mienia! Każdy ma prawo zabić intruza! A jeśli ktoś nie był w stanie bronić sam a ma dowody, ma prawo żądać powieszenia winnego.

– Edykt… - Farell syknął lekceważąco.

– Ano, edykt. Wiesz czemu, Jim. Nadszeryf musiał coś zrobić, by porządni ludzie mogli się jakoś bronić. Ta planeta to pogranicze, dzicz, zadupie. Wszędzie bandy, rabusie…  Na cywilizowanych planetach żaden glina nie nosi broni. A tutaj ma ją każdy! A stróże prawa? Wojskowe pulsery! W tym miesiącu mieliśmy w hrabstwie czternaście zbrojnych napadów. A to spokojny miesiąc. To jak będzie, Jim?

– A jak z wami pójdę? Powiesicie mnie? Za to, że przejechałem kilkanaście jardów po jego ziemi?

– Twój wybór, Jim. Możesz uniknąć kary… jeśli zdecydujesz się na reemigrację. Ale wiesz, z czym to się wiąże – twój majątek stanie się własnością kolonii i zostanie zlicytowany.

– I wtedy on wykupi moją ziemię? To ma być sprawiedliwość?

– Masz wybór, Jim. Jeśli poniesiesz konsekwencje i… dasz się powiesić, Twój syn wszystko odziedziczy. Zastanów się. Masz trochę czasu na decyzję. Albo… - zastępca szeryfa znacząco potrząsnął pulserem.

Farrel bez słowa wyciągnął ręce przed siebie. Elektroniczne kajdanki zasygnalizowały zatrzaśnięcie mechanizmu i mężczyźni ruszyli do zaparkowanego przy bramie grawilotu z oznaczeniem biura szeryfa hrabstwa.

– Keith!

Okrzyk zatrzymał ich, gdy mieli wsiadać do pojazdu. Za ich plecami stał William Farrel, syn starego farmera. Trzymał strzelbę śrutową, stary wojskowy model samoczynny.

– Cześć, Will. – Zastępca szeryfa niepewnie się przywitał zezując na oparty o maskę grawilotu pulser. Poza zasięgiem jego rąk.

– Keith, czy Barrington złożył pisemną skargę?

– Na razie nie, ale…

– Odsuń się tato! – przerwał mu Will podnosząc śrutówkę.

Lufa znieruchomiała. Mężczyźni zesztywnieli, spojrzeli po sobie i równocześnie zatrzymali wzrok na karabinie pulsacyjnym.

– Will, nie możesz bronić swojego ojca przez aresztowaniem! – wykrztusił wreszcie funkcjonariusz.

– Ależ, Keith, ja tylko bronię mojej własności.

– Własności?

– Ano, własności. Od linii między rogiem stodoły do prawego słupa bramy jest mój teren – odparł William, pokazując lufą strzelby. – Dwa tygodnie temu ojciec złożył akt darowizny u sędziego pokoju.

– Nie wygłupiaj się, Will!

– No co ty. To poważna sprawa, bronię mojej ziemi przed intruzami. Którzy mają wrogie zamiary, jeden ma nawet karabin pulsacyjny! Jak sam powiedziałeś, Keith, mam prawo. No, a jak nie ma skarżącego to nie ma skargi, ale to przy okazji.

– Will, jestem zastępcą szeryfa! Wykonuję obowiązki!

Młody Farrel podniósł strzelbę i wycelował.

– Edykt nadszeryfa nic o tym nie wspomina. Znaczy się – mogę się bronić również, gdy napadają mnie ludzie, mieniący się być stróżami prawa! Odsuń się, tato.

– Will, nie! To prawo…

– Twarde prawo – wycedził Will. –  Lecz prawo.

Ostatnie słowa zagłuszył huk serii wystrzałów.