By żyło się lepiej

Ocena: 
8.66667
Average: 8.7 (3 votes)

Idę sobie z Różyczką zwiedzać łąkę i, zamiast kontemplować przyrodę w świetle dogasającego lata, ustawicznie drę mordę na moją psicę, która rozgrzebuje kretowiny, chcąc koniecznie obdarować mnie żywym kretem.

– A co to ja jestem, liderem jakiejś partii, bym się musiał otaczać kretami? Poza tym nie wiem, czy taki kret, przypadkiem, nie śmierdzi w domu.

A tych kretowin mnóstwo. Mijamy olszynki, a Różyczka w szczek. O mało nie zemdlałem! Nawet człowiek miastowy wie, jak wygląda kretowisko, a co dopiero ja, który na co dzień widuję krowy, kaczki, kury, kozy, a nawet gęsi, żeby nie było, że u nas żyją tylko zwierzaki nazywające się na „k”. Wysoka na półtora metra kupa ziemi i coś w niej się rusza! Skoro taka kretowina, to jaki kret być musi! 

– Weź pan tego psa! odzywa się spod ziemi domniemany kret.

Podchodzę, biorę Różyczkę na smycz, zaglądam i widzę mojego znajomka, Dżonego Mamarony, dziabiącego saperką w korzenie rosnącego obok czarnego bzu. Nie uwierzycie, ale choć to znany gaduła i uliczny publicysta, przez pół godziny nie mogłem z niego wydusić, w jakim celu kopie tę dziurę, a gdy w końcu raczył mi wyjaśnić, naprawdę się zdziwiłem.

Okazało się, że Dżony poszukuje skarbu z zatopionego w szesnastym wieku na Karaibach galeonu, należącego do dawno nieżyjącego króla Hiszpanii. 

Na wszystkie moje obiekcje natury historycznej i, przede wszystkim, geograficznej oraz niezbyt grzeczne pukanie się w czoło odpowiadał z tajemniczym uśmiechem, że to w sumie nic nie szkodzi, po czym niejako w kontrze roztaczał przede mną wizję skrzyń pełnych kosztowności. 

– Samego złota w sztabach szacuję na dwie tony! Czy zdajesz sobie sprawę, jakie to bogactwo? 

Ja mu na to, że Golina to nie Karaiby, na co on wylicza szmaragdy wielkiej wartości oraz korony inkaskich królów i jeszcze dodaje sentencjonalnie:

– Kto szuka, ten znajduje!

Zezłościł mnie oślim uporem i już miałem odchodzić, gdy rzucił we mnie ostatecznym argumentem:

– Władza mnie popiera!

Co prawda okazało się, że to tylko posterunkowy Ignaczak zaalarmowany przez jakiegoś przeciwnika rozkopywania łąki przybył przedwczoraj, by przegonić Dżonego, a dał się uwieść jego gadaniną i zgodził się przymknąć oko za jeden procent wartości skarbu plus dwa nowe komputery dla posterunku policji. 

– Ech, to niewiele – zwróciłem uwagę Dżonemu, na co on zaciągając się mocnym i głaszcząc Różyczkę po łbie zaczął mi opowiadać, co zrobi z forsą, gdy już wykopie skarb.

Okazało się, że nie kopie w ziemi z czystej pazerności, gdyż większość pieniędzy wyda na cele publiczne.

Naprawdę miło było posłuchać tych planów: Całkiem nowe chodniki, nowe drogi w całej gminie, kanalizacja tam, gdzie nie ma, oświetlenie i zadaszona trybuna na stadionie, hala sportowa, dom kultury, liceum, stypendia dla zdolnej, acz ubogiej młodzieży, że nie wspomnę o laptopie dla każdego ucznia i darmowym szerokopasmowym internecie dostępnym na terenie gminy i wielu, wielu innych rzeczach. 

Kiedy wracałem z Różyczką do domu, zorientowałem się, że Dżony wypalił mi wszystkie fajki. Poszedłem do sklepu.

A przed sklepem słup, a na słupie plakat. Z plakatu śmieje się Dżony, a pod spodem każdy umiejący czytać znajduje łatwo detaliczne wyliczenie tego, co planuje zrobić Dżony, gdy zostanie burmistrzem.

– No tak, przecież zbliżają się wybory!

Koło słupa stoi niepozorny Józio i pije piwo. 

– Co pan o tym sądzi? – pytam, wskazując na plakat

– Dżony jest super i oczywiście będę na niego głosował!

Gdy oddalam się, zły na siebie, że nad dziurą w ziemi straciłem dwie godziny, słuchając bredni godnych przedszkolaka, rzuca za mną tajemniczo:

– By żyło się lepiej, Jacek, by żyło się lepiej!

Odpowiedzi

ładne