Gra w kości

Ocena: 
9
Average: 9 (3 votes)

– Ustalmy stawkę… – Cavendish oblizał wargi. – Rozstrzygnijmy też, czy znowu gramy w kości. Zapewne zgodzisz się, że na partię szachów jest zdecydowanie za gorąco.

Z widoczną na twarzy satysfakcją pociągnął łyk zimnej whisky ze szklaneczki.

Wybierając się rankiem na plażę, on i Masterson zabierali metalowy kufereczek pełen lodu. W środku pojemnika, oprócz napojów chłodzących, tkwiła butelka Johnny'ego Walkera.

Cavendish dolał sobie alkoholu. Nagle rzucił z niespodziewanie brzmiącą w głosie irytacją:

– George, przestań gapić się w morze! Chłopcze, przypływ jest sprawą najzwyklejszą w świecie – nic nadzwyczajnego. Potem następuje odpływ.

Jego kochanek i towarzysz życia, George Masterson, wygodniej wyciągnął się na leżaku. Koncentrował swoją uwagę na wpatrywaniu w brzeg złocistej plaży. Niekiedy odwracał wzrok i przyglądał się paznokciom stóp. Wczoraj wieczorem dokładnie je opiłował i pomalował karminowym lakierem.

John Cavendish, trzy lata starszy od Mastersona, często zachowywał się jak opiekun nieopierzonego młokosa. George zbywał te próby śmiechem, przypominając, że nauczyciel fizyki nie może pouczać jego, znanego maklera giełdowego – i świetnego pokerzystę. A także oszusta w grze w kości, posługującego się perfekcyjnie przygotowanymi kostkami, z przemyślnie wtopionymi w środku grudkami ołowiu. Latami wypracowywane ułożenie dłoni powodowało, że zawsze uzyskiwał taką ilość oczek, jaką chciał.

John niekiedy straszył kochanka, że ktoś kiedyś pogruchocze mu palce młotem kowalskim.

– W szachy grają stare pryki, jeśli kutas już im nie staje – bez wahania odpowiedział Masterson. – Możemy powalczyć o to, kto dzisiaj przygotuje obiad. Użyjemy niefałszowanych kości – zabrałem je. Cztery rzuty. Najwyższa uzyskana ilość oczek wygrywa, pokonany szykuje ucztę. Przegrasz – nie masz szczęścia w grze... Potem możemy rzucać o to, kto dziś w nocy będzie aktywny.

Zęby znanego maklera błysnęły w uśmiechu.

– Przyglądam się palikom, bo chcę sprawdzić, dokąd dojdzie przypływ – dodał niepodziewanie poważnym tonem. – Zdaje się, że za każdym razem jest większy. Sięga coraz dalej i dalej… Dziwne.

– Przypuszczasz, że w końcu nas zaleje? – Cavendish pokręcił głową z wyraźnym niesmakiem. – Pewnie obserwujesz dalekie echo jakiegoś tsunami. Za parę dni wszystko wróci do normy. Niepotrzebnie fatygowałeś się z wbijaniem tych zakichanych tyczek.

Starannie przeczesał długie włosy. Wczoraj ufarbował je na żółto, starając się uzyskać taką barwę, jaką osiągnął Van Gogh, malując „Słoneczniki”.

Masterson i Cavendish poznali się dawno temu – i szaleńczo w sobie zakochali. Każdego roku spędzali urlop na małej wyspie Morza Karaibskiego, w niewielkiej willi, wynajmowanej przez agencję turystyczną osobom, pragnącym samotności. Nigdy nie kryli, że są gejami, ale tutaj mogli zrzucić maski przejętego swoją pracą nauczyciela i ciągle głodnego sukcesów byznesmena. Raz w roku ubierali się tak, jak pragnęli, i zachowywali, jak chcieli. Bez przerwy oddawali się temu, co stanowiło esencję ich życia – wzajemnej miłości. Wynajdywali nowe sposoby kochania, smakowali je, a potem o nich dyskutowali.

Przez miesiąc czuli się naprawdę wolni.

– Wyjątkowo wielkiego tsunami… – George pomachał palcem wskazującym lewej dłoni. Ten gest oznaczał namysł. – Nie zauważyłeś, ale ciągle dodaję nowe paliki. Pierwsze dawno zalała już woda – chyba na stałe. Wiesz, że nie działają nasze telefony? Zniknęły też mewy. Dzieje się coś dziwnego…

– Anomalia magnetyczna spowodowała brak zasięgu. – Cavendish wzruszył ramionami. – Nie sądzę, żeby w naszej samotni dopadł nas niespodziewany koniec świata… Bzdura. Jednakże możemy o to zagrać – czy mamy do czynienia z końcem świata, czy nie. Chłopcze, obstawiam, że tak.

– Doskonale. – George uśmiechnął się szeroko. – Jeden rzut. Zagramy niefałszowanymi kośćmi. Nie zostawiłeś mi wyboru – twierdzę, że narastające fale są zjawiskiem naturalnym.

Dłonią o pięknym palcach potrząsnął kubkiem z kostkami. Te palce każdej nocy przyprawiały Cavendisha o spazm rozkoszy.

– Dwie szóstki i piątka. – Masterson zatarł dłonie. – Nie wygrasz. Nigdy nie wygrywasz.

Cavendish pogardliwie prychnął. Kości ponownie potoczyły się po blacie stolika.

– Trzy szóstki… – W głosie George’a zabrzmiało zdziwienie. – Odkąd się znamy, pierwszy raz zwyciężyłeś. Spróbujmy ponownie.

Nie czekając na odpowiedź, rzucił kości.

– Chryste, trzy jedynki! – Masterson pokręcił głową. –Jeszcze raz!

Rzucali raz za razem, ciągle uzyskując ten sam wynik: trzy jedynki i trzy szóstki.

– Ciekawe, czy ktoś gdzieś indziej też nie zagrał w kości, a potem o czymś zadecydował. – Twarz Johna stężała w grymasie zastanowienia. – Teraz pokazuje nam, że wynik jest już ustalony... George, może dzisiaj zrobię obiad nieco wcześniej.

– Tak, bo dzieje się coś dziwnego. – Masterson otarł pot z czoła. – Graliśmy fałszowanymi kośćmi.

Ruszyli do willi, po drodze namiętnie się całując.

Nie odwracali głów i nie widzieli, że fala przypływu minęła ostatni palik i niepowstrzymanie prze naprzód.

 30 września 2014 r.