Ród - Emil Strzeszewski

Zbyt…

Aleksander Kusz


Genius Creations to nowe wydawnictwo, które nie boi się rynku i rozpoczęło swoją działalność wtedy, kiedy dużo innych z tegoż znika. Ciekawa sprawa. Na dodatek wydaje książki polskich autorów, jak na razie tylko polskich autorów. Ciekawa sprawa. Na dodatek nie są to autorzy szeroko rozpoznawani w świecie czytelniczym (chodzi mi o to, że to nie pierwsza liga, przy której wiadomo, że sprzeda się przynajmniej ponad dziesięć tysięcy nakładu), to raczej druga liga (przepraszam za to określenie, od razu piszę, że nie chodzi mi o jakość pisania, ale o ‘rozpoznawalność’ i ‘sprzedawalność’) i debiutanci (trzy nawiasy, trzy wtrącenia w jednym zdaniu, pewnie niektórzy zazdroszczą mi tej umiejętności, czyż nie Hubert?). Ciekawa sprawa.

Nic tylko przyklasnąć inicjatywie. Wiadomo, że mają wsparcie w swojej księgarni madbooks.pl, ale przecież to nie wszystko. To nie Empik i jego Grupa Wydawnicza Foksal. To jednak przedsiębiorstwo mniejszych rozmiarów (nie, żebym im nie życzył takiego wzrostu, o nie, proszę bardzo, jak najbardziej), więc po pierwsze - trzeba dużo patrzeć na finanse, a po drugie czasami robić coś, co nijak nie wygląda po ‘księgowemu’. Po prostu z miłości do książek, a nie dla zarobku. I tacy właśnie ludzie pracują w GC. Chce im się, mają ochotę coś zmienić, coś pokazać. I właśnie za to bardzo mocno im kibicuję. Bo lubię ludzi z pasją. Jakoś rynek książek (księgarnie i wydawnictwa) kojarzą mi się z pasją tworzenia, krzewienie kultury, a nie korporacyjnym zarobkiem. Cóż zrobić, jestem człowiekiem starej daty, w tym się nie zmienię.

Ok., hymny pochwalne zakończone, przechodzimy do sedna. GC wydał do tej pory cztery książki. Zaczął od bardzo dobrze przyjętego „Pokoju światów” Pawła Majki. Potem była książka Dawida Kaina pt. „Kotku, jestem w ogniu”, a następnie „Ród” Emila Strzeszewskiego. Ostatnia wydana przez nich pozycja to „Okup krwi” Marcina Jamiołkowskiego. Ich plany na przyszłość są niezwykle bogate. Wydają swoje książki wbrew obecnemu trendowi, wydają tak, jak się wydawało w latach ’90 ubiegłego wieku (dobrze wiecie, jak lubię to określenie, żyjemy na przełomie wieków, taka dekadencja proszę pani, proszę pana). Teraz się książki pompuje - większa czcionka i szersze marginesy. Książka ma wyglądać w Empiku, ma mieć grzbiet jak się patrzy, a nie takie chucherko, że zginie pomiędzy cegłami (wiem co piszę, czytałem „Drogę królów” Sandersona (Mag) – 960 stron – nie umiałem jej utrzymać w ręce, a przymierzam się do „Wszystko, lśni” Catton (WL), zdobywczyni Bookera – 936 stron i twarda oprawa). Przypuszczam, że GC większość swoich książek sprzedaje w Internecie, zwłaszcza w swojej księgarni, ale to i tak pójście pod prąd. Wiadomo, że prekursor idący po drugiej strony barykady (nie będę wymieniał nazwy wydawnictwa i tak wszyscy wiedzą o jakie wydawnictwo chodzi), zrobiłby z książki Emila Strzeszewskiego (236 stron w GC) na pewno dobre 400 stron, jak nie więcej. Dla mnie osobiście, pomimo, że jestem wychowany na książkach z lat ’80 i ’90, to żadna nowość, czcionka w książkach mogłaby być większa. Nie po to, żeby nadmuchiwać rozmiar książki, ale dla komfortu czytania, Ta stosowana obecnie jednak by mi przeszkadzała w czytaniu (piszę przeszkadzałaby, bo przeczytałem na kindlu, tak mi było wygodniej po prostu).

W taki oto zręczny sposób w poprzednim akapicie zdradziłem Wam, o jakiej książce z wymienionych wcześniej czterech mam ochotę pisać. Tak, zgadliście - o książce Emila Strzeszewskiego pt. „Ród” Autor był mi znany wcześniej z opowiadania z FWS 2/2008 „Gliniany Golem”, które to bardzo mi się podobało. Następnie wydał pierwszą książkę pt. „Ektenia”, która zarazem była chyba pierwszą książką wydawnictwa Powergraph, wydaną tylko w wersji elektronicznej (nie czytałem, czeka na czytniku i pewnie niedługo się doczeka). Znam Emila jako twórcę i byłego redaktora naczelnego Creatio Fantastica” oraz z jego zamiłowania do dziwnego sportu, a mianowicie szachów, za co zyskał moją dużą sympatię (od razu piszę, Emil, że wprawdzie Carlsen ma słabszą formę, a Anand nad wyraz dobrą jak na swój wiek, ale i tak uważam, że wygra Carlsen).

Ok., przejdźmy w końcu do książki, bo pewnie przebieracie nóżkami, żeby się dowiedzieć, co i jak. To opowieść o Mieście - nieokreślonym i bez konkretnej tożsamości. Nie wiadomo gdzie jest, ale nie jest nam to w ogóle potrzebne. Po prostu jest. To opowieść o ludziach, też nieokreślonych, niedopowiedzianych, ale to również nie jest nam to do niczego potrzebne. Oni są prawdziwi, ale trochę inni, oniryczni z lekka, jakby nie z tego świata, nie z naszego świata, za to do opisywanego Miasta pasują idealnie. Wkomponowują się bardzo dobrze, swoim nieprzystosowaniem i swoim niedookreśleniem. O nich nie możemy pomyśleć, że jedni są dobrze, a drudzy źli, jak w klasycznych powieściach fantasy. Tam nawet anioły mają czarne plamy na duszy, a diabły noszą w sobie odrobinę niewinności.

Autor połączył tutaj kilka gatunków literackich, a właściwie nie połączył, ale po prostu z nich skorzystał. Mamy tutaj urban fantasy, steampunk i cyberpunk.

Początkowo ciężko ‘wejść’ w książkę. Od razu zostajemy rzuceni na głęboką wodę, nie ma zmiłuj, trzeba przedzierać się przez tekst, by z każdą stroną rozumieć coraz więcej. Wątki zaczynają się nam łączyć, by na koniec można było stwierdzić, że tak, domknęło się.

Nie będę zdradzał fabuły, bo ta w swoim skomplikowaniu nie jest zbyt skomplikowana (teraz to bełkot, ale jak przeczytacie, to zrozumiecie) i każdy zdradzony fragment może niepotrzebnie przeszkodzić Wam w lekturze, wypunktuję jednak rzeczy, które uważam za pozytywne i negatywne w książce.
1. Dobry pomysł z Miastem i jego mieszkańcami, ale przede wszystkim bardzo dobry pomysł z apateją.
2. Jednak za mała czcionka w książce.
3. Bardzo fajne wstawki szachowe, dla mnie niekiedy denerwujące, ale rozumiem, że jestem raczej wyjątkiem czepiając się opisu niektórych partii w książce.
4. Podobało mi się, że autor ma zaufanie do inteligencji czytelnika, nie wykłada wszystkiego od razu na ladę, ale kolejno, powoli i grzecznie serwuje nam następne klocki, które na koniec się łączą.
5. Okładka - rozumiem zamysł, pasująca nawet do nastroju powieści, ale na nie.
6. I na koniec nawiążę do tytułu mojej recenzji, prawie wszystko w tej książce jest zbyt… - jakby autor, redaktor i wydawca nie mogli się opanować. Książka miała być tajemnicza, oniryczna, pesymistyczna, melancholijna, mistyczna, ale ewidentnie autor ‘przegiął’. Za bardzo chciał. Niektóre frazy używane w powieści aż się proszą o wyrzucenie, nie pasują do książki. Czasami język jest tak napuszony, taki kwiecisty, jakby autor nie umiał się powstrzymać, myśląc przy pisaniu „ach jak mi to pięknie wyszło, no super!” Ale tak wcale nie jest super, tak jest niedobrze. Tutaj mogę również zadać pytanie, gdzie był redaktor? Czy on również zauroczył się tak mocno powieścią nie zauważając, że taką książkę, takiego pomysłu, takiego tematu nie powinno się opisywać w taki sposób? Ta pozycja wygląda tak, jakby autor siadając do jej napisania miał w głowie tylko jedną myśl: siadam, żeby napisać ‘dzieło’, monumentalne, oniryczne, mistyczne. Dzieło, przy czytaniu którego czytelnicy będą klękać z myślą: ‘ach, jakież to dzieło czytam’. I niestety nie wyszło mu to.

Podsumowując: dobry pomysł, ale nieszczególne wykonanie. Za szybko, za mocno, za dużo chęci, za mało umiejętności. Fragmentami widać ‘błysk’, widać, że autor idzie dobrą drogą. Niektóre sceny są naprawdę dobrze napisane, jednak tylko niektóre…

Myślę, że Emil napisał tę książkę za wcześnie. Za wcześnie z dwóch powodów: Po pierwsze, chyba nie odleżała się zbyt długo, by mógł na nią spojrzeć chłodnym okiem. Po drugie, powinien ją może napisać za dziesięć lat, kiedy na koncie będzie miał  parę innych pozycji, może łatwiejszych, które pozwoliłyby mu okiełznać ‘szalone’ pióro.

autor: Emil Strzeszewski
tytuł: Ród
wydawnictwo: Genius Creations
data wydania: wrzesień 2014 r.
liczba stron: 236
ISBN: 978-83-7995-007-2