Wędrówki w mojej głowie

Ocena: 
0
Brak głosów

Mam wrażenie, jakby ludzie w mojej głowie byli tam od dawna. Nie pamiętam już, jak długo, ponieważ nie przypominam sobie niczego prócz radosnej, pastelowej sali szpitalnej, w której się przebudziłem. Lekarz – wielki, siwy facet z sumiastym wąsem – twierdzi, że cierpię na amnezję. Ponieważ był przy mnie, kiedy odzyskałem przytomność i odwiedzał mnie każdego następnego dnia, stał się moim najstarszym znajomym. Nie wiem, od ilu dni to już trwa. Nazywa się doktor Pulbarton. Wygląda na to, że też mam jakieś imię. Randolf. Lekarz nie chciał zdradzić mi mojego nazwiska – chyba sądzi, że sam sobie przypomnę.

Twierdzi, że tak naprawdę tych ludzi wcale nie ma w mojej głowie.

— Gdzie w takim razie się znajdują? I kim są? — Wbijam w niego wzrok. Mam dosyć bycia ograniczonym do jednego małego pokoju i zielonej piżamy w paski.

— Są w innej części szpitala — mówi, milknie i zamyślony wpatruje się we mnie. — W pomieszczeniu, w którym przechowuje się sprzęt do obrazowania synaptycznego. A przynajmniej do niedawna tam byli. — Jego wąsy nie są wcale tak siwe jak jego włosy.

Rozważam to przez chwilę.

— Co masz na myśli mówiąc, że do niedawna byli?

— Mam na myśli… — W zamyśleniu zaciska usta. — Mam na myśli to, że już uporali się z tym, co mieli do zrobienia, ale twój mózg nie uświadomił sobie jeszcze efektów tego działania.

Nie ma to żadnego sensu, o czym go informuję.

— Pomyśl o stanie, w jakim się znajdujesz, kiedy śnisz — mówi. — Zdarza się, że odgłosy z zewnątrz mogą wpływać na twój sen i stawać się jego elementem – na przykład dzwonek budzika. Dźwięk wpasowuje się w sen, być może jako inny odgłos, a wtedy się budzisz.

Powoli kiwam głową. Z tego, co pamiętam, przytrafiło mi się to kilka razy.

— W jaki sposób sen może wywołać tego typu dźwięk?

Nie mam pojęcia.

— To dlatego, że twoja pamięć działa w odwrotną stronę — mówi doktor Pulbarton. — Twój mózg tworzy historię ze snu, dostosowując ją do okoliczności.

Zupełnie tego nie rozumiem.

— Czasami w warunkach stresu to samo dzieje się na jawie.

— Co to dla mnie oznacza?

— Oznacza to, że jesteś już zdrowy, tylko twój mózg nie zdaje sobie z tego sprawy.

Siadam, żeby to przemyśleć, a lekarz wychodzi.

Zamykam oczy, by ujrzeć przemierzających moją głowę obcych. Jest ich troje – dwie kobiety i mężczyzna, wszyscy w białych fartuchach laboratoryjnych. Wolno wędrują korytarzami labiryntu substancji szarej, jak w moim wyobrażeniu wygląda podróż po mózgu. Od dawna czegoś szukają, nie mam jednak pojęcia, czego. Zerkam na nich od czasu do czasu przez całe popołudnie.

 

W pewnym momencie widzę, że musieli zatrzymać się przed ceglaną ścianą. Konstrukcja całkowicie blokuje korytarze. Jedna z kobiet wyciąga z fartucha wielki dwuręczny młot, unosi go i uderza w ścianę. Mur drży od impetu, a kobieta bierze kolejne, coraz szybsze zamachy, aż w końcu ściana zaczyna pękać. Nagle wali się, a cegły spadają i znikają.

Drżenie przywraca mi przytomność i otwieram oczy. Obok stoi moja żona, trzęsąc łóżkiem.

— Obudź się — mówi. — Lekarz kilka godzin temu powiedział, że możesz iść do domu.

— Wiem — odpowiadam. — Rozładowywanie trwa tak długo, że zasnąłem.

— Przez chwilę się martwili — mówi, kiedy zmierzamy do drzwi. — Wydawałeś się zdezorientowany, jakbyś niczego nie pamiętał.

— Trudno powiedzieć, żebym to pamiętał.

— Cóż, to było tylko coś koło godziny, nie? Irytujące, że trzymali cię tu trzy dni na obserwacji.

— Hmm… Wygląda na to, że to było jedyne wyjście.

Wpatruje się we mnie tępym wzrokiem.

Kiedy zbliżamy się do wyjścia, szpitalne korytarze wydają się dziwnie opustoszałe – długie, pełne kątów i zakrętów, wind i drzwi. Idąc, patrzę na żonę, a ta scena coś mi przypomina, nie pamiętam jednak zupełnie, co takiego.

 

Przełożyła Joanna Triss Baron