Szlachetny rycerz

Ocena: 
8
Average: 8 (2 votes)

–  Mało.

–  Co mało?

–  Umawialiśmy się na więcej.

–  Umawialiśmy się, że przyniesiesz głowę smoka, a  to tu, to co to ma być?

–  Nie moja wina, że przy takim wielkim cielsku bestia miała taki malutki łebek.

–  To czegoś nie przywlókł ze sobą tego cielska?

–  Bo jest trochę za duże, ale leży tam nadal koło jaskini. Zapewniam, że nikt go stamtąd nie ruszy. Możecie, panie, jechać i  zobaczyć na własne oczy.

–  Oj tam, będę jeździł.

–  To wyślijcie swoich ludzi.

–  Moi ludzie też mają co innego do roboty. Było przynieść dowód, bo tak, to niby jak mam ci uwierzyć, że zaciukałeś bestię, ha? Na ładne oczy? Możeś po prostu zabił jakąś przerośniętą jaszczurkę?

–  Spodziewałem się, że tak będzie, dlatego się zabezpieczyłem. Mam dowód.

–  Jakiż to? Chyba nie chcesz mi wmówić, że masz w  tej sakwie cielsko potwora. A,  jakiś papier. Co to jest?

–  Słynny mistrz Adobi uwiecznił tę scenę na płótnie.

–  Miszcz Adobi, tfu. Wszyscy wiedzą, że nagina fakty na tych swoich obrazach. Pokaż mi to.

–  Proszę.

–  No tak, jak zwykle nienaganna kompozycja, dobra gra świateł, nasycone kolory, tylko zobacz to. Przecież ty masz bęben jak baba w  ciąży, a  na obrazie co? Brzuch płaski jak u biegacza, ha, ha, i  te białe zęby, takie równe, ha, ha. I  te bary szerokie, ha, ha, ha.

–  To smok jest tam istotny, nie moja osoba.

–  Smoka pewnie też odpowiednio powiększył. Tak jak cycki mojej żonie. Mistrz Adobi, tfu. Malował jej kiedyś portret, mojej żonie, i  ona go poprosiła, żeby ją nieco poprawił. Jak zobaczyła, jakie jej balony namalował, to zapragnęła takie mieć naprawdę. Nie mówię, że ja bym nie chciał, żeby takie miała.

–  Pewnie, wasza wysokość, każdy by chciał.

–  Oj, żeby tylko się znalazł magik jakiś, co by tak potrafił zrobić. Był taki jeden niedawno. Puszap się zwał. Zamknął się z  moją żoną w  garderobie, a  jak wyszła, to miała takie donice, nawet większe niż na obrazie Adobiego. Dałem temu Puszapowi sakiewkę, a  on się zrazu ulotnił. Nie zastanawiałem się czemu, tylko zaciągnąłem żonę do sypialni. Myślę sobie, trza zrobić z  takiego skarbu użytek. I  co się okazało? Ten czarodziej, tfu, onuce pozwijał i  sukienkę jej tym wypchał. W  ubraniu efekt piorunujący, ale zdzieram te łaszki, a  tu zamiast kapusty truskaweczki. Puszap, psia jego mać. Powinienem był go ściąć, ale uciekł skurczybyk. Lepiej, żeby go ktoś złapał, bo jak będzie te swoje praktyki po świecie szerzył, to baby się wycwanią i  byle dziewka, co to płaska jest jak ława stołowa, wypcha se kieckę tak bardzo, że każdy jeden straci głowę i  majątek, żeby tylko te cyce zobaczyć. Ech, wszyscy teraz kłamią, żeby tylko kasę wyłudzić. Ale ja jestem sprytniejszy.

–  Dlatego ja, panie, przyniosłem prawdziwą głowę smoka. Chociaż mogłem ją uprzednio powiększyć.

–  Powiększyć? Niby jak?

–  A  tak.

–  Co to jest?

–  Taki magiczny wywar. Wystarczy go wylać odrobinę i  proszę, rośnie jak na drożdżach, tyle że szybciej.

–  I  jak długo będzie tak rosła? Ten łeb jest już wielki jak u  wołu.

–  Aż powiem stop.

–  Dobra, mów, paskudztwo takie.

–  Stop.

–  Każę zatknąć ten łeb przy bramie, żeby wszyscy widzieli.

–  Wedle uznania waszej miłości.

–  Można by tego specyfiku...

–  Wywaru.

–  Wywaru. Można by go użyć, no wiesz, na czymś innym?

–  Na wszystkim.

–  I  wszystko urośnie?

–  Wszystko. Myślicie, panie, że dlaczego nazywają mnie Wielkim?

–  Myślałem, że wypychasz portki onucą, jak ten Puszap.

–  O,  nie. To, co mam w portkach, to moje prawdziwe. Słyszałeś, panie, może legendy o  mężczyznach z  odległego Negrosu? Oni też używają tego wywaru.

–  Naprawdę? Powiadają, że oni mają ogromne. O, takie.

–  Niektórzy nawet większe.

–  Dasz mi trochę tego wywaru?

–  Dam? Mogę co najwyżej sprzedać.

–  Za ile?

–  Za tyle, na ile się umawialiśmy za smoka.

–  Zgoda, ale najpierw muszę sprawdzić, czy to działa.

–  Proszę, wasza wysokość.

–  Ile mam sobie tego wlać?

–  Dwie krople do gaci. Tylko niech wasza wysokość nie przesadzi i  powie stop w  odpowiednim momencie.

–  Oj tam, oj tam.

–  Za duży też nie może być, bo gdy napłynie do niego cała krew, to człek może zemdleć. Znałem jednego takiego, co tak przedawkował wywar. Potem mdlał, ilekroć zobaczył jakąś krasną dziewkę, a  myśmy mieli z  tego ubaw.

–  Oj tak, rośnij, mój maleńki.

–  Mówcie stop panie, dobrze radzę.

–  Jeszcze nie.

–  Jest za duży, powiedzcie stop.

–  Stop. Piękny, takiego zawsze chciałem.

–  Teraz moja zapłata.

–  Nie tak prędko. Teraz zaaplikuję trochę mojej żonie na cycki, a  potem poczekamy do zachodu słońca, czy aby ten czar nie pryśnie. Dopiero wtedy ci zapłacę. Wszyscy teraz kłamią, żeby wyłudzić kasę. Ale ja jestem za mądry, nie dam się nabrać.

* * *

–  Piękna robota. To ile za niego chcesz?

–  Tyle, na ile się umawialiśmy.

Wacław Wielki odwiązał wypchaną sakiewkę i  wyjął garść złotych monet. Na każdej  widniała podobizna króla Ambera. Odliczył sześć.

–  Co to jest? –  W  dłoni płatnerza monety zamieniły się w  kawałki zardzewiałego żelaza. –  Zjeżdżaj mi stąd przybłędo!

–  Przecież to były...

–  Widzieliście go? –  powiedział płatnerz do swoich czeladników. –  Pieniędzy nie ma, a  broń chciał kupować, szlachetny rycerz. Ech, wszyscy teraz oszukują...