Baśń

Ocena: 
8.25
Average: 8.3 (4 votes)

Psy mojego ojca fascynowały mnie, odkąd tylko pamiętam. Chętnie głaskałem ich olbrzymie, wijące się myśliwskie cielska, chociaż nie mogłem się wówczas opędzić od delikatnego uczucia niepokoju. Zainteresowanie moje z pewnością brało się, po części przynajmniej, z zazdrości młodszego dziecka wobec pierworodnego faworyta. Wydaje mi się, że nie umiałem jeszcze mówić, a już czułem, że dla tego żylastego posiadacza ziemskiego psy są ważniejsze i bardziej szlachetne niż ja.

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jakich były ras czy maści. Moją amnezję ułatwia nieznajomość gatunków tych bydląt. Uznawszy swoją niższość, w plebejskim odruchu stwierdziłem, iż nie będę zgłębiał ich spraw, skoro nigdy nie dojrzeję do godności ogarów. Trochę niczym wieśniak, co nie dopuszcza do siebie informacji o tym, w jakim królestwie żyje, jak zmieniają się jego granice i kto teraz panuje... W końcu jakie to ma za znaczenie, skoro równo gnębią.

Przede wszystkim zwierzęta były olbrzymie, nawet w porównaniu z innymi bestiami, które widywałem w czasie polowań, na które zjeżdżali się znajomi ojca. Zawsze trzy monstra – jedno umierało, zjawiało się kolejne. Było to dość mitologiczne i lubiłem sobie wyobrażać, że psy to tak naprawdę jakieś upadłe anioły lub wysłannicy podłego dyktatora, w owym czasie trzymającego nasz kraj żelazną ręką. Mój ojciec, razem z większością innych arystokratów, poparł zamach stanu, licząc na ochronę przed zbuntowanym chamstwem. Dyktator przyjął ich pieniądze, a jego żołnierze zaprowadzili pokój, paląc kilka okolicznych wsi. Jednak wbrew nadziejom naszej klasy, nie stał się marionetką w rękach szlachty, a zaciskana śruba powoli wkręcała się również w nasze ciała.

Czy nie mogło być tak, że zły władca przemieniał swoich szpiclów w psy i posyłał w „prezencie” ziemianom? Psy miały na nich oko w każdej chwili, w czasie przeglądu pól, podczas zabaw i realizacji pańskich fanaberii, nawet gdy spali. Mój ojciec był ich zakładnikiem i, skupiając całą ich uwagę na sobie, po prostu poświęcał się dla dobra rodziny. Również – a może przede wszystkim – dla mnie. W wieku jedenastu lat wiedziałem, że to nieprawda, ale wolałem zmuszać się do wiary w nieprawdę, niż przyjmować, iż ojciec po prostu mnie nie kocha.

Baśnie pozwalają interpretować rzeczywistość, nawet gdy sami je układamy. Skąd mamy pewność, że poprzez snute opowieści nie dotarliśmy do trzewi rzeczywistości, zgłębiając jej tłusty sens?

Pomyślmy, jak mogłaby się skończyć baśń o dyktatorze ślącym swoje zaczarowane sługi do każdego znacznego domu? Oczywiście mrocznego króla zabić mógł prostaczek, powiedzmy szewczyk, postać lekceważona przez władze, co uznały wyrżnięcie paru osad za ostateczne uregulowanie sprawy z chłopstwem. Ale opowieści o plebejuszach dobre są dla plebejuszy, ja wolę słuchać historii o postaciach, z którymi mógłbym się utożsamiać! Więc nawet prostaczek musi być szlachetnie urodzonym Parsifalem. Zresztą bądźmy szczerzy – skoro dzięki magii można wysłać psiego szpicla do dworu, dlaczego by nie skierować agentów również na klepiska, w bardziej odpowiedniej dla kurnej chaty formie, na przykład karaluchów? Takie haczyki, kruczki i trudności są dla opowieści jak pieprzne przyprawy.

Zabawne, ale myśl o rozwiązaniu tej historii nie opuszczała mnie przez całe dziesięciolecia, w czasie studiów, pierwocin działalności społecznej i powolnego przejmowania majątku z rąk niedołężniejącego ojca. Sam zacząłem hodować psy, chociaż nie miałem dzieci, nad które mógłbym je przekładać. Nie poznałem również ich ras, szczegóły zostawiając wynajętym specjalistom. Moje kontakty z psami ograniczały się do obserwowania tych stworzeń i rozmyślań, jak można pokonać demoniczny czar.

W tym czasie nie tylko ciało mojego ojca karlało i degenerowało się – również niegdyś potężna postać dyktatora marszczyła się coraz bardziej, wzbudzając w końcu raczej litość niż grozę. Pewnego poranka, w czasie spaceru, przewrócił się, obsikał i umarł, kończąc kilkudziesięcioletni okres życia mojej ojczyzny.

Źli królowie nie powinni umierać we własnym moczu, powinno ich pokonywać dobro.

Rozwiązanie problemu przyszło mi do głowy w czasie lektury pewnego niemieckiego filozofa, piszącego o związkach teologii i polityki. Być może państwa potrzebują politycznych mesjaszów? Ale mowa nie o fanatycznych wodzach czy milenarystycznych prorokach, a o człowieku, który poświęci się, by pokonać zło. Wyobraźcie sobie, jeden z ziemian… nie, nie, od zawsze wiedziałem, że w puencie tej historii czyn musi należeć do konkretnego z nich, do mojego ojca oczywiście, co to swoją szlachetnością wynagrodzi mi lata pustki i tęsknoty. Więc wyobraźcie sobie, że mój ojciec – dzieje się to w okresie, kiedy mam jedenaście lat, wszystkie moje wizje okazują się prawdą! – decyduje się poświęcić ostatecznie. Czyni to wzorem Chrystusa – wszak wielu bohaterów baśni ma cechy Zbawiciela – i nadstawia gardło przed wściekłymi psami. Tym razem nie zmuszają go do podłości, tym razem przeciwstawia ich podłości swoją prawdziwą niewinność, trzymaną jak skarb w głębi serca. Charty rozszarpują go na kawałki, rozwlekają strzępy mojego rodziciela, ale nagle, nagle czar pryska! Wszystkie psy i karaluchy dyktatora wracają do prawdziwej postaci zalęknionych, słabych sług, a naród bez przeszkód obala bezsilnego władcę. A może inaczej: w chwili, gdy magia się rozpływa i zwierzęta stają się ludźmi, również dyktator przechodzi metamorfozę i staje się tym, kim był naprawdę – powiedzmy, obleśnym szczurem – i pod tą postacią ucieka do kanałów.

Przyznaj, tato, ładnie to obmyśliłem. Pewne historie są tak piękne, iż serce boli na samą myśl, że mogą się nie zdarzyć. Wprawdzie dyktatora już nie ma, ale pozostałeś ty, słaby, bezbronny, ledwo poruszający się na wózku, a jednak ciągle świadomy. W pokoju obok czekają psy, w przeciwieństwie do ciebie nie trzymam trzech, a trzydzieści. Od kilku tygodni nie dostają jedzenia. Wczoraj zaczęły zjadać się nawzajem, więc uznałem, że już czas. Za chwilę zostawię cię samego, a służba otworzy drzwi.