Krew klasyka

Ocena: 
6
Average: 6 (1 vote)

Wyciągam z kieszeni garść niedopałków. Nie wiem, skąd we mnie nawyk chowania niedokopconych skrętów po kieszeniach, czasem jednak przydają się, tak jak teraz. Jazz przelewa się nad moją głową, a dym smakuje smoliście, smakuje jak zachęta, by zaliczyć szybkiego raka i kopnąć w kalendarz jeszcze w tym roku. Jak ja nienawidzę tej roboty.

            Żegocka zadzwoniła do mnie dziś rano. Głos miała szorstki, jakby całą noc chlała i ssała na zmianę. Nie dociekam, nie interesuje mnie ani jej życie, ani nawyki. Jeśli jakiekolwiek posiada. Jak dla mnie jest przedwcześnie stetryczałą starą panną o manierach wiktoriańskiej guwernantki. Ale kto wie, może są na to porno jacyś amatorzy... Zadzwoniła więc do mnie z nowiną – a jak Żegocka dzwoni z nowinami, to są one zwykle wyskandowane w postaci naglących rozkazów. Miałem walczyć dziś w nocy. Miałem tłuc się na gołe pięści z facetami takimi jak ja, w podziemiach luksusowego klubu, o których wiedziało tylko kilku zboków i paru patałachów z wyższych sfer, w tym jeden w czarnej kiecy. Chciała, żebym dziś w nocy stanął do walki z paroma kolesiami i dał sobie obić mordę za dwieście złotych. Powiedziałem, że nie mogę. Moja kobieta będzie dziś w mieście, dostałem cynk. Dziewczyna, z którą byłem kiedyś, czarnowłosy anioł z piekła rodem, z dzieckiem, które pewnie nie jest moje, ale nie obchodzi mnie to. Dziś w nocy miałem spać z twarzą wetkniętą w jej cycki, uspokojony jak najedzone niemowlę i wszelkie rozkazy Żegocka mogła sobie wsadzić.

            W sumie nie myślałem, że taka jest. Myślałem, że odpuści. Zagroziła mi, wyznaczyła spotkanie u siebie w biurze. Poszedłem, chociaż nie chciałem.

            Na miejscu był jeszcze jej przydupas, koleś od odbierania telefonów i robienia notatek. Zignorowałem go i zaczęliśmy się kłócić. Prychała na mnie jak wściekła kotka, czego nie omieszkałem jej wytknąć. Zagotowała się, jej kroki długie i sztywne przesadziły gabinet w chwilę, chciała dać mi w pysk. Złapałem jej ręce, a ona z bezsilności podrapała mnie do krwi. „Głupia suko”, powiedziałem, „ktoś kiedyś przemodeluje ci za darmo twarz”. Wiedziała, że wygrała, i że nocą znowu będę ciekł juchą za grosze.

            Polazłem na dworzec poczekać na Teresę. Pociąg spóźniał się jak zwykle, a potem z wagonu wysiadła ona, przy odgłosach kolei brzmiących w moich uszach jak plemienne bębny. Była naga pod moim spojrzeniem, a na rękach niosła dziecko, czarnowłosą dziewczynkę, która być może była też moja. Pobiegłem za nią jak pies, węsząc w powietrzu zapach jej słodkich perfum. „Kogo załatwiasz tym razem”, spytałem. „Borys”, zwróciła się do mnie, niszcząc swoim głosem u podstaw moje wolne człowieczeństwo, „między nami już skończone, już idź, odejdź, wystraszyłeś Ninę”. Szedłem za nią i skamlałem, Nina zerkała na mnie znad ramienia matki, nie rozumiejąc za wiele i nie poznając mnie. „Prześladuje mnie”, powiedziała, kiedy strażnik zaciekawił się naszą małą grą wstępną, którą wiedliśmy od paru minut w drodze na postój taksówek. „To klasyczny przegraniec, to nikt”. Ja sam nie wiem, co mówiłem, nie za wiele chyba. Autobus poniósł mnie do centrum, rozgrzanego ze złości i napalonego jak kundel.

            Wypiłem trochę, nie mogąc przestać myśleć o tym, co mówiła Teresa. Złość rosła we mnie i pęczniała jak rak, i w nocy, kiedy wtoczyłem się do klubu całkiem już zalany, czułem, jak bóg wojny wchodzi w moją skórę i jak będzie kierował moimi pięściami, czułem, że mogę dziś wszystko. Walka nie trwała długo, albo ja też większości nie pamiętam. Ten młody Rusek wsiadł na mnie niespodziewanie i rozbił mi nos, trzaskał jak sam diabeł, aż oczy zalała mi krew z rozciętej brwi, a on ślizgał się jak ryba w moich rękach usmarowanych posoką. Pamiętam za to dokładnie, jak któryś z menagerów wcisnął mi do kieszeni garść wymiętych banknotów, a inny facet, trzymając mnie jak rzeźnik, wyrzucił za drzwi. Potem, zdaje się, gdzieś przysnąłem.

            Obudziłem się nad ranem z niejasnym niepokojem gniotącym mi flaki. Przypięty plecami do wilgotnej fasady kamienicy wypłynąłem z kołyszącego snu prosto w ogień latarek. Dwóch policjantów mierzyło do mnie z litościwymi twarzami, jakby już wtedy rozumieli, że to pomyłka. Krótko wyjaśniono mi powód aresztowania – zwłoki Żegockiej znaleziono nagie w moim mieszkaniu, w moim łóżku. Cierpiałem na niewyobrażalnego kaca.

            Teraz siedzę w areszcie, w końcu sam i kopcę w nieskończoność niedopałki wałęsające się po kieszeniach. Wiesz, Teresa, chciałbym wiedzieć, kto tym razem zlecił ci tak paskudną robotę i dlaczego zrobił to w moim mieście? Jaki miałaś cel, by wrobić mnie w to zabójstwo i jak długo jeszcze będę musiał czekać, zanim wyciągniesz mnie stąd? Ile zapłacili ci za unieruchomienie mnie za kratami?

            Pytań jest zbyt wiele. Gorzka herbata spłukuje cudownie gorycz z moich ust i krew spływającą z nosa, którą dławię się i pluję po celi. Nie spóźnij się, aniołku.