Obserwując rakiety

Ocena: 
8.5
Average: 8.5 (4 votes)

Stoi w sadzie najdłużej. Obserwuje startujące rakiety, po jednej co siedem minut. Unosi głowę za każdym razem, gdy następna z nich wznosi się ku niebu i śledzi ją wzrokiem, póki nie zniknie. Potem opuszcza głowę, ale oczy nadal badają horyzont, dopóki nie rozlegnie się kolejny grzmot i nie pojawi niebieskie światło.

– Mogłem być pilotem kosmicznym – mówi.

– Tak, kochanie. Wiem – odpowiadam i poklepuję go po długich ramionach.

– Ale w ostatniej chwili zmienili moją konstrukcję – przypomina.

– Tak, kochanie. To prawda. – Zawsze mówi te same rzeczy, to taki nasz rytuał. Teraz będzie trochę weselszy, zawsze tak jest. To przychodzi wraz z unoszącym się w powietrzu zapachem kwitnących wiśni, jest wiosna.

– Potrzebowali więcej pracowników do owoców, mniej pilotów – mówi – a ja naprawdę lubię pracę przy owocach.

Pomrukuję na zgodę. Wzdycha.

– Szkoda tylko, że nie skasowali z moich genów zamiłowania do podróży.

Obejmuję go w pasie i czuję, jak przybliża się do mnie.

– Zrobili cię takim, byś lubił pozostawać w jednym miejscu.

– Lubię – odpowiada.

Jego korzenie sięgają głęboko, wiem o tym. Jestem z nim, od kiedy umieszczono go blisko mnie, to było dziesięć lat temu. Patrzę, jak pada na niego późno popołudniowe światło. Jest piękny – feeria jasnoróżowych kwiatów, połyskujących w słońcu. A zapach, który uwalniamy, jest głęboki i uderza do głów. Kolejny snop światła pojawia się na horyzoncie, towarzyszy mu grzmot.

– Ale do momentu śmierci – odzywa się, śledząc wzrokiem odległy obiekt – będę nieustannie żałował, że nie poleciałem do nieba.

Wiatr porusza jego kończynami, a drżenie powoduje, że niektóre z różowych kwiatów spadają na ziemię.

Przełożyła Aleksandra Brożek-Sala