Wszechświat kontra Alex Woods - Gavin Extence

Kurt Vonnegut

Aleksander Kusz


Będzie krótko. Postanowiłem sobie, że tym razem będzie krótko, jak to na Szortal przystało. W związku z tym próbuję napisać to omówienie od dwóch tygodni, bo jakoś nie umiem wymyślić, jak o tej książce napisać krótko…

Muszę przyznać, że jak widzę na pierwszej stronie okładki hasło wydawcy: „Jedna z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek przeczytaliście!”, to zapala mi się czerwona lampka w głowie – „Uważaj! Próbują cię naciągnąć”. Ale spokojnie, pod koniec zdradzę Wam, jak było tym razem.

Wiem, że tytuł mojego omówienia jest dość osobliwy, ale musiałem się na niego zdecydować, nie miałem innego wyjścia. Bo to klucz do mojego zainteresowania się omawianą powieścią. Zresztą myślę sobie, że to jeden z moich najgłupszych powodów sięgnięcia po książkę. Albowiem (ładne słowo, nie?) sięgnąłem po  „Wszechświat kontra Alex Woods” Gavina Extence’a (co piszę tytuł, piszę „konta”, a nie „kontra”, ach ten zawód wpisany w krew, ta moja miłość do księgowości…) bo jeden z jej głównych bohaterów uwielbia prozę Kurta Vonneguta. Zaraża tą miłością tytułową postać, a ponadto woła na swojego psa Kurt. „Znaczy się – autor lubi i na dodatek powinien rozumieć prozę Vonneguta, czyli może napisał coś w Jego stylu, może więc mamy narodziny następcy?” - myślałem sobie. Jak pewnie zauważyliście, Kurt Vonnegut to następna z moich miłości (literackich oczywiście). Uwielbiam absurdalne i szczere spojrzenie Vonneguta na naszą rzeczywistość (piszę naszą, bo w Jego prozie to nie jest takie oczywiste, czasami pisze o innej rzeczywistości, ale zazwyczaj jeszcze bardziej absurdalnej).

Tyle na temat powodu sięgnięcia po książkę, teraz przejdziemy prosto, jak z bicza trzasnął, do samej, samiutkiej treści.

Nie, najpierw trochę o samym autorze. To jego debiut i jak na debiut jest całkiem-całkiem. Jego styl i forma trąci trochę szkołami do nauki pisania, ale co mi tam, tym razem podaruję Wam biadolenia na temat takich szkół, tym razem nie kłuje to tak w oczy. Jest kilka wiadomości na temat autora, ale nie zostały mi w pamięci, widocznie były mało ważne. Zapamiętałem tylko to, że jest szachistą. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to ważna informacja. „To oznacza, że  myśli i to na dodatek stara się robić to logicznie” – myślałem sobie czytając notkę (nie podali więcej szczegółów, więc nie wiem, czy gra w szachy, czy przestawia bierki, co robi bardzo dużą różnicę). Pozostańmy jednak przy tym, że gra, a więc myśli, taki wywód przyda mi się w dalszej części omówienia.

Powieść zaczyna się banalnie, wprost najbanalniej jak tylko mogłoby się zacząć. Siedemnastoletniego Alexa zatrzymuje na granicy celnik, znajdując w jego samochodzie marihuanę i ludzkie prochy. To kulminacja, zakończenie książki i żeby to wyjaśnić, wracamy w czasie (my fantaści to umiemy) siedem lat wcześniej, gdzie dziesięcioletniego Alexa Woodsa, przebywającego w tym momencie w łazience, uderza w głowę spadający meteoryt. Przebija dach i uderza go w głowę. Tak po prostu, jakby robił to codziennie.

Potem mamy już z górki. Alex ląduje w szpitalu, ma zamontowaną płytkę i szytą głowę. Po wszystkim okazuje się, że uderzenie kamieniem wywołało u niego padaczkę, której to ataki ma co jakiś czas. Jest dziwnym, samotnym, nad wiek mądrym dzieckiem. Ojca nie pamięta, matka prowadzi sklep ezoteryczny, ponadto wróży z kart tarota. Można o niej dużo powiedzieć, ale nie to, że jest normalna i przystosowana do współczesnego społeczeństwa. Znalazła sobie kącik w świecie, w którym może żyć i to próbuje robić. Alex jest dzieckiem alienowanym i alienującym się. Nie rozumie w większości swoich rówieśników, ich problemów, ich zabaw. Tak sobie żyją we dwójkę, próbując łatać swoje życie. Na to wszystko wkracza, na szczęście krótkotrwały, medialny szum zainteresowania upadkiem meteorytu i ‘cudem’ w postaci przeżycia Alexa z cielesnego z nim spotkania. 

Po pewnym incydencie Alex Woods poznaje pana Petersona, weterana wojennego, który uwielbia prozę Kurta Vonneguta i uprawia na własne potrzeby marihuanę na strychu. Początkowo podchodzą do siebie bardzo nieufnie, lecz z biegiem dni coraz bardziej zbliżają się do siebie. Nie jest to relacja ojciec – syn, ale może przyrodni dziadek – wnuk? Na pewno coś zbliżonego. Pod okiem pana Petersena Alex dorasta, przede wszystkim mentalnie, w dalszym ciągu, albo jeszcze bardziej odstając od rówieśników. Jego mama też jakoś nie zbliżyła się do społeczeństwa, na którego obrzeżu próbuje żyć.
 
Mamy tutaj wiele wątków, ładnie przeplatających się, prowadzących sprawy do przodu. Autor dobrze radzi sobie z rozgrywaniem tematów. Mniej więcej w połowie powieści pojawia się główny wątek, problem, który spycha wszystkie inne w kąt, właściwie zdominuje już książkę do końca. Po przeczytaniu książki miałem wręcz wrażenie, że to wszystko wcześniej było tylko wprowadzeniem do rozegrania głównego tematu.

I tutaj, jak zwykle w takich momentach, mam dylemat. Zdradzać, czy nie zdradzać, czy będzie to spoiler, czy jednak nie. Zwykle sugeruję się tym, co chciał zdradzić autor czy wydawnictwo. Tutaj nic nie zdradza, więc i ja zamilknę na temat tego, co dzieje się w drugiej połowie książki. Powiem Wam tylko - dzieje się dużo! Naprawdę dużo.

Autor czasami próbuje przedstawiać moralitet, czasami po prostu opisywać to, co się dzieje, abyśmy sami potrafili odpowiedzieć na niektóre pytania, żebyśmy przemyśleli pewne sprawy.
To dobrze napisana powieść o dorastaniu, o podejmowaniu niektórych problemów, próba zmierzenia się z jednym z wyzwań naszych czasów. Trochę książka drogi, i tej rzeczywistej (nie napiszę gdzie) i tej wewnątrz siebie.

Na pewno nie jest to książka porównywalna do „Lotu nad kukułczym gniazdem”, jak to robi wydawca. Jednak muszę przyznać, że tym razem marketingowcy wydawcy zaskoczyli mnie. Z tej racji, że rzadko zdarza się, abym zgadzał się z blurbami widniejącymi na tylnej stronie okładki, a w tej książce zgadzam się prawie w większości, to zacytuję Wam całość jako podsumowanie omówienia:
„Wszechświat kontra Alex Woods to książka, za jaką tęsknią czytelnicy: wciągająca opowieść o niezwykłym bohaterze, nietypowej przyjaźni i zaskakującej podróży. Historia, która rozśmiesza, wzrusza do łez, zachęca do myślenia”.

Po zapowiedziach medialnych i działaniach marketingu wydawcy mogliśmy się spodziewać arcydzieła. Po działaniach zakulisowych, sile promocji, nagrodach Amazonu (które mam za nic, patrz mój ‘ulubiony’ „Gwiazdozbiór psa” Hellera) mogliśmy się spodziewać gniota ubranego w sreberka. A dostaliśmy dobrą powieść - do poczytania, czasami do pośmiania się, czasami do zastanowienia się.

autor: Gavin Extence
tytuł: Wszechświat kontra Alex Woods
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: kwiecień 2014 r.
liczba stron: 424
ISBN: 978-83-08-05342-3