Drugie dno

Ocena: 
0
Brak głosów

- Wysoki Sądzie, nie przyznaję się do winy – podniosłem pokrywę, żeby lepiej było mnie słychać. - Zaraz wszystko wytłumaczę. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… A, przepraszam, to nie ta historia.

- Proszę się opanować – przytłumiony, ale stanowczy ton.

- Naturalnie. Przeto, zaczęło się zwyczajnie, od dwójki zakochanych, namiętnej nocy poślubnej, dziewięciomiesięcznego kiełkowania i owocowania w objęcia ciemnej nocy. Brzmi nieźle, prawda? A potem były już tylko schody. Najpierw z wyrka, bo szczebelków zabrakło. Następnie z ganku, bo w drugim stopniu była wyrwa, której naturalnie nie zauważyłem. Uderzenie o kamień, złośliwie wystający koło kępki kwiatków mej zacnej matuli, zaskutkowało tikiem nerwowym, jakim było nieustanne mruganie nawet, jeśli nie zamierzałem do nikogo puszczać oka. Domyśla się Wysoki Sąd, jakie miałem z tego tytułu problemy?

- Proszę… - irytacja dobiegająca gdzieś z oddali.

- Tak, tak, już wracam do meritum. Zostałem wioskowym Casanovą bez specjalnego wysilania się w temacie. Najmniej fartowny upadek zaliczyłem jednak po wspięciu się na Świętą Górkę. Tak, górkę, bo bidula ledwie co wystawała spomiędzy otaczającego ją lasku, ale i tak twarde lądowanie, po krótkim locie, w pierwszej kolejności zaliczył mój czerep, a dopiero za nim przybyła reszta ciała. Uznano mnie wonczas za zdolnego inaczej i wyciągnąwszy konsekwencje prawne, osadzono mnie sześć stóp pod ziemią. Ale Wysoki Sąd zapewne zna szczegóły.

- Proszę… - znów stanowczo.

- Ok. Jadę dalej. Skąd takie drastyczne środki zapobiegawcze? Ano, bo zapomniałem wspomnieć, że każdy mój spektakularny upadek niósł ze sobą tragiczne w skutkach następstwa. Pewnie, o to się głównie rozchodzi Wysokiemu Sądowi. I tak w kwestii łóżeczka dziecinnego, mój rodzic wyrwał sobie wszystkie włosy, co spowodowało, że odebrali mu członkostwo w radzie Kudłaczy, a co za tym idzie i pensję, pozbawiając moją rodzinę środków do życia. W sprawie dziurawego stopnia przed domem muszę przyznać, że matula przesadziła z reakcją. Ja rozumiem, że zakrwawiłem tę kępkę kwiatków, zwaną jej „ukochaną rabatką” i przez to zdechły wszystkie badylki, ale żeby od razu wieszać się z powodu kilku wiechci… No, ludzie, znaczy Wysoki Sądzie.

- Proszę… - zniecierpliwienie.

- Tak, tak, wiem. To przez to mruganie, nie mogę się skupić. Nie muszę chyba dodawać, że rodzic mój, po tragicznej śmierci matuli, nie potrafił sobie poradzić z depresją, czy jak to tam specjaliści nazywają, i skrócił swoje męki nożykiem do otwierania listów. Jedno trzeba mu przyznać, zdolniacha był z niego, że takim tępym narzędziem rozharatał się tak, że doktor Judi, nawet gdyby przyjechał na czas, nie dałby rady go załatać. Niech Wysoki Sąd tak na mnie nie łypie tymi przerażającymi oczyma, bo zapomnę, do czego zmierzam.

- Proszę…

- Oj, już dobrze, dobrze. Starszyzna wioskowa orzekła brak mojej winy w tym temacie, ale na pewno obgadywali mnie za plecami. Uznali, że przesadziłem dopiero pod Świętą Górką. To, że spłaszczyłem sobie tył głowy, co było moją osobistą tragedią, nijak ma się do tego, że próbując nie zlecieć z podeściku przed Świętą Figurką Matki Opatrzności, złapałem za posąg i moja głowa nie była jedyną, która ucierpiała w wyniku upadku.

- Proszę… - zgrzytanie zębami.

- Tak, tak, już kończę. Wysoki Sądzie, nie poczuwam się do odpowiedzialności za wydarzenia towarzyszące moim wywrotkom i proszę o pozytywne rozpatrzenie moje prośby o przywrócenie mnie do pionu.

- Proszę się wreszcie zamknąć!

- No przecież nic nie mówię – burknąłem, opuszczając wieko.