Unicestwienie - Jeff VanderMeer

Guru okularników

Aleksander Kusz


Jeff VanderMeer, to oprócz M. Johna Harrisona główny guru polskiej młodzieży fantastycznej (mam na myśli przedział wiekowy od 18 do 58 lat, no, w porywach od 16 do 65). Przede wszystkim za sprawą Andrzeja Miszkurki i dzięki promowaniu tych autorów w ekskluzywnej serii wydawnictwa Mag: Uczta Wyobraźni. Jednak tak naprawdę pierwszą książkę VanderMeera wydał w Polsce Solaris. Było to „Miasto szaleńców i świętych” wydane w zapomnianej, porzuconej już przez wydawnictwo serii: Rubieże. Ubolewam, że porzuconej, bowiem ukazały się tam dobre pozycje, między innymi, „Małe duże” oraz cykl „Aegypt” Crowleya, jak i cykl „Dobrze zbudowane miasto” Forda. To bardzo dobre, nieschematyczne pozycje, pisane pod prąd, przeciw ogólnym tendencjom, coś innego, coś, co było bardzo miło znaleźć i przeczytać.

Jeff VanderMerr pisze nietypowo, niekomercyjnie, myślałem więc, że jak już będzie wydawany w Polsce, to albo w małych oficynach, albo w większych, ale w ramach niezbyt niekomercyjnych serii typu Uczta Wyobraźni czy Rubieże. Jednak wszystko do czasu. Okazało się bowiem, że najnowszą trylogię Jeffa VanderMeera „Southern Reach” wydaje wydawnictwo Otwarte. Na dodatek wydaje trylogię bardzo szybko, bardzo sprawnie, w dobrej paperbackowej wersji. Książki są ilustrowane (co nie jest zbyt często spotykane w książkach sf) przez Patryka Mogilnickiego. Ilustracje świetnie pasują do klimatu, ciężkości, nieoznaczoności, którą to autor stworzył w książkach. Duża pochwała dla wydawnictwa za pomysł z ilustracjami, za formę i jakość wydania także.

Jednak koniec słodzenia i picia sobie z dziubków, przechodzimy do treści. Na dzień dobry dobiła mnie forma pisania zawodów głównych bohaterek. Z tej racji, że w książce bohaterowie są opisywani według wykonywanego zawodu, a główne postaci powieści są kobietami, to słowa: biolożka, psycholożka, antropolożka i geodetka przerzucane wielokrotnie w różnych formach na stronach książki bardzo mnie rozpraszały. Wiem, że to poprawne zarówno językowo jak i zgodne z równouprawnieniem płci, ale cóż poradzę, jak kole mnie to w oczy i naprawdę musiałem się starać, aby to ignorować. Ciągle przewijało mi się jak taśma: antropolożka, psycholożka… Nie chcę się tutaj wdawać w dysputy poprawnościowe, jednak uważam, że słowotwórstwo na siłę, tylko po to, żeby coś pokazać, nie jest właściwą drogą do promowania, równouprawnienia płci również. Tyle, więcej już na ten temat nie pisnę, przejdźmy w końcu do treści.

Strefa X – strefa powstała po tajemniczym Wydarzeniu, strefa rządząca się własnymi prawami, nieczytelnymi dla człowieka. Southern Reach – Agencja rządowa powołana do  zbadania strefy co jakiś czas wysyła do niej ekspedycje. Członkowie pierwszych jedenastu wypraw nie osiągnęli za dużo. Niewielu z nich wróciło, umierając po drodze, zabijając się nawzajem lub popełniając samobójstwa. Osoby, które wróciły niewiele pamiętają. Agencja wysyła dwunastą wyprawę składającą się z samych kobiet. Odpowiednio przygotowane, albo inaczej, przygotowane na tyle, na ile wymyślili kierujący ich na spotkanie z nieznanym, z niewiadomym. Oczywiście boją się, wiedzą przecież co się stało z uczestnikami poprzednich wypraw. To co zastają na miejscu oczywiście ma się nijak do wcześniejszych przygotowań. Sprzęt w większości okazuje się być nieporozumieniem. Po paru dniach docierają do, no właśnie, nie wiadomo do czego, do tunelu, wieży, dziury w ziemi, czy anomalii typograficznej? Próbują ją zbadać i tutaj wszystko się zaczyna mieszać, zmieniać, wszystko staje się inne, niż wyglądało na początku. Uczestniczki wyprawy patrzą na siebie z coraz większą podejrzliwością, tracą do siebie resztki zaufania, które miały do tej pory.
Każda z nich otrzymała rozkaz, aby pisać dziennik, codziennie opisywać dokładnie to co się robiło i to co się myślało. Tak też robią, zazwyczaj wieczorami siadają samotnie, żeby uzupełnić swoje notatki. Książka jest napisana w pierwszej osobie, wszystko widzimy oczami głównej bohaterki, a właściwie narratorki – biolożki. To powinno dodać więcej człowieka do skąpej w emocje opowieści, którą nam autor serwuje w tekście, ale niestety nie dodaje. Biolożka pisząc bardzo suche teksty, jak na prawdziwego naukowca przystało, właściwie prawie się w nich odczłowiecza. Czasami aż zastanawiałem się, czy mam do czynienia z robotem, czy człowiekiem, na szczęście, niekiedy pokazywała swoją człowieczą naturę.

Fabuła jest skąpa, pretekstowa, właściwie wykorzystywana do przedstawienia miejsca i przebywających tam ludzi. Do pokazania właściwości Strefy X i tego co czują i myślą główne bohaterki. I to nie jest zarzut, to stwierdzenie faktu. Nie odbieram tego negatywnie, autorowi nie była potrzebna jakaś zakręcona, szalona akcja, żeby napisać to, co chciał nam napisać. Wystarczyło mu to minimum, które nam przedstawił. Bo tak naprawdę, jest to książka o strefie niezgodnej z naszą rzeczywistością, która wywiera tak poważny wpływ na ludzi, że nie potrafią, nie umieją sobie z tym poradzić.

W książce raz po raz mamy spotkanie rzeczywistości z psychodelicznymi wizjami, po pewnym czasie sami już nie wiemy, co jest prawdą, a co nią nie jest. Wyprawa w strefę jest także wyprawą we własne wspomnienia, we własną, trudną przeszłość.

Język bardzo prosty, nie przeszkadzający, czasami aż zbyt prosty, tak często wykorzystywany w nowej fali tutaj nie przeszkadza, a wręcz pasuje do konwencji. Oczywiście trzeba się do niego przyzwyczaić, bo początkowo trudno go zaakceptować, ale wraz z kolejnymi stronami jest coraz lepiej.

Powieść, a właściwie pomysł na powieść, to ukłon VanderMeera w stronę klasycznej science fiction. Skojarzenia z „Piknikiem na skraju drogi” Strugackich (dla młodszych i graczy, ze S.T.A.L.K.E.R.-em) są wręcz narzucające się. Ale nie tylko, widać, że inni klasycy także byli czytani przez autora. Rozgrywa on w książce kanoniczne wręcz wątki sf, ale oczywiście jest na tyle dobrym pisarzem, że bierze to, co chce i jak chce. Korzysta z nich po to, by przestawić nam swoją wersję spotkania z Nieznanym, zarówno tym zewnętrznym Nieznanym, jak i tym wewnętrznym, tkwiącym w nas. Bo jak się okazuje, są bardzo zbliżone do siebie.

Powieść stawia więcej pytań niż odpowiedzi, częściowo wynika to ze specyfiki tekstu, częściowo z faktu, że jest to pierwsza część trylogii (czytam właśnie część drugą i mogę chyba zdradzić, że pomimo tego, że opisuje problemy z innej strony, niektóre niewyjaśnione sprawy z „Unicestwienia” zaczynają być bardziej zrozumiałe).

Nie jest to najlepsza powieść Jeffa VanderMeera, ale na pewno jest to powieść warta tego, aby po nią sięgnąć i wejść w Strefę X, bo nigdy nie wiadomo, co możecie tam odkryć…

PS: Jeżeli macie wrażenie, że napisałem to chaotycznie, ale jednocześnie z różnych stron i przy czytaniu wydawało Wam się, że powoli nic już nie rozumiecie, a wokół jakby powietrze gęstniało, to znaczy, że udało mi się! Witajcie w świecie Strefy X…


autor: Jeff VanderMeer
tytuł: Unicestwienie
tłumaczenie: Anna Gralak   
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: kwiecień 2014 r.
liczba stron: 232
ISBN: 978-83-7515-293-7

Odpowiedzi

Nie ruszę tego po polsku, jestem uczulona na wszystkie "ożki", na samą myśl zaczynam się dusić i dostaję wysypki.