Kolacja sentymentalna

Ocena: 
6.5
Average: 6.5 (6 votes)

            Zatarła spocone ręce. Denerwowała się. Dworzec kolejowy przywodził na myśl wspomnienia, od których Nina rada byłaby uciec. Na darmo jednak. Tutaj, w rzeczywistości złożonej z betonu i żelaza nie było miejsca na poczucie bezpieczeństwa, na pewność siebie, na jej doktorat z fizyki ani dwa perskie koty, które traktowała jak najbliższą rodzinę. Pod kopułą dworca nie mieściło się nic prócz oczekiwania. Ile takich miejsc zmuszona była już odwiedzić, ile godzin wystanych i wypatrzonych w ciemność peronu. Wzdrygnęła się, z daleka słysząc śpiewny ślizg pociągu.

            Matka nie kazała długo na siebie czekać, wysiadła pierwsza, jakby opuszczała Orient Express a nie przaśny, zaszczany InterCity. Obyło się bez czułego powitania. Teresa uniosła jedynie brwi, czekając aż Nina weźmie od niej bagaże. Urodzinowe przyjęcie, nie ma co, prychnęła w myślach Nina, wspominając te wszystkie świąteczne herbatki z dzieciństwa, na których facet matki, były ubek zwykł spijać się i wyżywać na Teresie swoją frustrację. Potem zniknął niespodziewanie, a jego miejsce zajął wujek Marek, który przecież wcale nie był jej wujkiem. I już nic nie było takie samo.

            Taksówka czekała przed halą dworca. Nina przysięgłaby, że poznaje tego szofera o ciemnej, zamkniętej twarzy, nie potrafiła jednak przypomnieć sobie skąd. Beżowy trencz matki nasiąknął deszczem, uwalniając kwiatowy zapach. Nina westchnęła, pozwalając by strach opuścił ją z wolna. Nic się dziś nie wydarzy. To moje święto i nie będzie dziś pracować, pomyślała, obserwując nieruchome, nocne miasto.

            W hotelu wypiły po szybkim sznapsie, aż Ninie zaszkliły się oczy. Teresa przyjęła alkohol bez mrugnięcia i od razu zaczęła przebierać się do kolacji.

            Na sali orkiestra grała Czajkowskiego. Matka była zadowolona, widać było to w jej gestach, w manifestacyjnie powolnym założeniu loków za ucho, w drażnieniu palców cierpkim szkłem kieliszka, w przytłumionej czujności, na jaką sobie pozwalała.

- Jak prymitywnie - skomentowała Nina, kiedy zaserwowano kolację. - Czuje się jak marsylska chłopka w czasie połowu.

            Teresa prychnęła z zadowoleniem, a kilka sekund później kelner przyniósł do stolika telefon.

Rozmowa trwała krótko. Kilka nic nie znacząych słów, coś kojarzącego się z częstotliwością lub szerokością geograficzną. Dopiero głos kelnera zwrócił jej uwagę.

- Nie wygra pani dziś na loterii - powiedział, zwracając się do Teresy. - Szczęście już panią opuściło.

            Teresa tylko uśmiechnęła się słodko, a kiedy odszedł położyła dłoń na ręce Niny w uspokajającym geście.

- Mam dla ciebie prezent - powiedziała, wyciągając z torebki zaklejoną kopertę. - Otwórz, jak będziesz sama. 

            Nina napiła się wina, myśląc o dwóch agentach chodzących za nią od czasów podstawówki. Wątpiła, czy samotność będzie jej kiedykolwiek dana.

            Za dziesięć trzecia opuściły hotel. Teresa uparła się, by odwieźć Ninę do mieszkania. Taksówka usłużnie czekała przed wejściem, i widok jej czarnych, błyszczących w deszczu szyb był ostatnim, co zapamiętała.

            Na tylnim siedzeniu, tuż obok bezwładnej Niny leżała papierowa torba z czerwonym logo  fast foodu. Teresa wzięła ją bez słowa.

            Wpół do czwartej gaszono latarnie. Szofer rzucił jej milczące spojrzenie w lusterku, potem zatrzymał się na opustoszałej o tej godzinie ulicy. Teresa wysiadła, zapłaciła za podróż. Jej ruchy były zwarte i męskie. Przytulny półmrok przedświtu, policyjna czapka i kurtka stanowiły wystarczający kamuflaż. Taksówkarz zasalutował i odjechał bez słowa.

            Pokruszony ze starości chodnik chrzęścił pod jej butami. Wiedziała, że musi wyelminować niebezpieczenstwo, bierzącą sprawę, jak zwykła mówić. Bierzące sprawy nie powinny nigdy czekać.

            Odrzwia kamienicy ustąpiły niezwykle łatwo, podobnie jak ciężkie drzwi mieszkania. Teresa nie była z tych, którzy lubią się skradać. Kelner nie zdąrzył nawet otworzyć oczu, kiedy kula z pistoletu roztrzaskała mu czaszkę. W wychodzącej tylnym wyjściem zgarbionej staruszce niosącej siatki z taniego supermarketu nikt nie rozpoznałby umęczonego służbą policjanta, który cztery minuty wcześniej wchodził do budynku. Broni pozbyła się w pobliskim śmietniku, torebkę po fast foodzie, w której przywieziono pistolet złożyła pieczołowicie i wrzuciła do makulatury. Plastikowe rękawiczki do farbowania włosów schowała do kieszeni. Jej własne, długie i welurowe przyjemnie ogrzewały dłonie w chłodny, letni poranek. Uśmiechnęła się pod nosem, wyobrażając sobie miny śledczych, kiedy znajdą broń – należała do policjanta zastrzelonego poprzedniego ranka w Budapeszcie. C'est la vie, pomyślała.

            Kilka godzin później Nina obudziła się w swoim apartamencie nad rzeką z potwornym bólem głowy. Wiedziała, że matka odurzyła ją,dbając, by nie przeszkadzała w misji. Chłód znad wody niósł ukojenie. Na parapecie leżała koperta, którą dostała w prezencie. Otworzyła ją z ciekawością. W środku znajdowało się zdjęcie ojca, o które od lat prosiła. Zacisnęła zęby, czytając dopisek na fotografii. Żadnych sentymentów, koteczku.