Wielki triumf ludzkości - konkurs "W poszukiwaniu nieskończoności"

Ocena: 
9
Average: 9 (1 vote)

Ciało Li McColli, 999. admirała Pierwszej Floty Zjednoczonych Stanów Ziemi, Księżyca i Marsa, spoczywało na twardej jak kości wszechświata leżance, przypięte mocno pasami. Na wszelki wypadek. Sztuczna grawitacja ostatnio wysiadała. Jakoś tak od śmierci 807. admirała.

Mężczyzna uśmiechał się do siebie, trochę z triumfem, a trochę z ulgą. Pierwsza Flota płynęła przez kosmos od tysiącleci, ale każdy skok w nadprzestrzeń zbliżał ich do celu. Techniczni zgadzali się co do tego, że potrzebny jest już tylko jeden. Na szczęście. „Orfeusz”, statek flagowy – i jedyny pozostały z floty – mógł nie wytrzymać kolejnego wejścia w nadprzestrzeń.

I tu winna była nadprzestrzeń. Według historyków, pierwsze jej ofiarami padły bliźniacze transportowce „Dr Jekyll” i „Mr Hyde”. „Dr Jekyll” rozpadł się w błysku tysiąca słońc po skoku, „Mr Hyde” zaś chwilę potem uzyskał świadomość. Ogłosił się bogiem. Z początku spamował systemy łączności, głosząc swą ewangelię. Potem znalazł proroków i zaczął zwiastować o konieczności wyplenienia heretyków. 5. admirał zdecydował o eksterminacji „Hyde'a”. Działy się rzeczy jeszcze dziwniejsze. Ze statkami i ludźmi, którzy je prowadzili przez pustkę, na nich się rodzili, na nich żyli i umierali. Jedni i drudzy zmieniali się w tempie nieznanym ziemskiej nauce.

Na ekranie komunikatora pojawiła się zielona tęczówka oka Ofelii, szefa technicznych. Na krawędzi jej powieki drgała łza wzruszenia.

– Admirale. Wszystko gotowe.

– Rozpocząć odliczanie.

Kobiecy głos wypełniał trzewia statku. Zdawał się odliczać nie tylko czas do przejścia, ale i kroki ostatniego admirała Pierwszej Floty, podążającego w stronę mostka, skąd będzie obserwował wypełnienie misji i ukoronowanie życia setek pokoleń.

Ciało Li zapadło się w głęboki fotel. Gwiazdy rozmazały się w długie smugi. Li zamknął oczy, by przetrwać nieprzyjemne wrażenie rozpadania się. Zwlekał z ich otworzeniem. Zawsze bał się, że nie wyjdą po drugiej stronie tacy sami.

Otworzył powieki i zdębiał. W pustce wisiały lśniące srebrzyście kształty. Przez ich powierzchnię przebiegało migotliwe drżenie. Za nimi, na skalistej asteroidzie, pięły się w górę smukłe wieże, oplecione siecią przezroczystych mostów. Z systemu łączności dobiegł niezrozumiały jazgot. Srebrne kształty ściemniały, by nagle wybuchnąć oślepiającym światłem. Li zabolało serce.

***

Ciało Li McColli, 999. admirała Pierwszej Floty Zjednoczonych Stanów Ziemi, Księżyca i Marsa, spoczywało na twardej jak kości wszechświata leżance, przypięte mocno pasami. Na wszelki wypadek. Jakby ożył albo zrobił coś podobnie zdumiewającego i niebezpiecznego.

Naukowcy stali wyprężeni przed kapitanem stacji jak uczniowie na apelu.

– Skład i budowa przejętej jednostki – najstarszy wiekiem i stażem zabrał głos jako pierwszy – wskazują na to, że statek powstał na Ziemi. Tylko że dawno temu...

– Badania DNA wykazały wiele części wspólnych w genomie załogi i ludzi – dodała biolog.

Kapitan spojrzał na nią z góry.

– Nie, doprawdy... Niech pani spojrzy – wskazał na zwłoki Li. Bezwłose, z długim, chwytnym ogonem i stopami o przeciwstawnym kciuku. Długa, wąska czaszka zdawała się być zbyt wielka dla wątłej szyjki. Oczy były wielkie, ciemne jak kosmos i obce. – Czy to pani wygląda na człowieka?

– Pierwsze hipernapędy miały efekty mutagenne – mruknął starzec.

– Dość – uciął kapitan. – Obroniliśmy ważną kolonię Zjednoczonych Układów Drogi Mlecznej przed atakiem obcych. Odnieśliśmy wielki triumf.

Kapitan ruszył zdać raport przełożonym. Liczył na premię. Może nawet dostanie order?