Obiekt

Ocena: 
5.2
Average: 5.2 (5 votes)

Miało być zupełnie inaczej, pomyślał, drżąc ze strachu i opierając się plecami o jedną z sosen. Ścigali go. Jak jakąś zwierzynę łowną, jak sarnę, o której marzył psychopatyczny myśliwy. Z tą jedną różnicą, że on był człowiekiem, nie zwierzęciem. Słyszał nadciągające od południa kroki. Jezus Maria, zbliżali się. Ich zadaniem było tropienie go, choćby w nocy, choćby nadciągało oberwanie chmury i szykowała się ulewa. Nikt ani nic nie miało prawa dać mu uciec.

– Dobra, rozdzielamy się. Wy idziecie prosto, tak jak jest oznaczona ścieżka. My walimy na przełaj. Mamy dorwać Obiekt, bez względu na konsekwencje, jasne? – Mówili o nim Obiekt? Obiekt? To nie tak miało być, cicho jęknął, widząc, jak oddalają się. Zgubili go. Miał szczęście. Tamtego dnia chwycił za telefon i wykręcił numer do Kliniki Testów. Przecież miało być tak pięknie.

To będzie drobny, przyjemny eksperyment, panie Witoldzie. Nic pan nie poczuje, zaręczam panu – powtarzał po cichu słowa kierownika Kliniki Testów. Wspaniale! Gdyby płacili mu za każde takie czcze gadanie, dzisiaj mógłby wylegiwać się na słonecznych plażach Kalifornii. Wtedy był naiwny i uwierzył. Uwierzył, że ten prosty – och, tak, oczywiście! – eksperyment przyniesie mu ogrom pachnących, milutkich pieniędzy.

– Chyba coś słyszałem! – krzyknął jeden z tych psycholi, którzy go śledzili. Witold zamarł. Jezu Chryste, usłyszał mnie? – pomyślał, przepełniony strachem.

– Nie, to tylko trzask gałęzi – odparł inny „łowca”. Gnali przed siebie, jak lwy w pogoni za antylopą. Bezmózgie, krwiożercze bestie. Ohyda. Witold westchnął. Miał ochotę zapłakać nad swoim losem…i głupotą. W Klinice Testów jedno doświadczenie przeistoczyło się w ich lawinę, a konstytucyjne prawo do informacji i decydowania o swoim życiu osobistym pozostawiono bez komentarza. Naiwniak. Wstrzykiwali mu ampułki fioletowych płynów, zielonkawych, półpłynnych substancji. Wymiotował, bolał go żołądek, nogi momentami odmawiały posłuszeństwa.

Wszystko dla nauki, panie Witoldzie. Wszystko dla nauki – mówił kierownik, ten zawszony bydlak bez serca. Czemu takich ludzi nie wiesza się na latarniach jak Mussoliniego?

Witold doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Kłamcom lepiej się żyje w tym świecie. Kto nie oszukuje, ten nie jedzie dalej.

Nabrawszy sił do dalszej ucieczki, wysunął delikatnie głowę zza sosny i sprawdził, gdzie są psychole. Na szczęście, nie było ich w pobliżu. Porozdzielali się, ale żaden jak na razie nie wpadł na jego trop.

– A kuku, tu jest nasza sarenka – usłyszał za sobą okropny, skrzeczący głos. Obrócił się twarzą do nieznajomego. Znalazł go. Jeden z tych „łowców” czy jak oni się tam nazywali. Był brudny na twarzy. Miał kilkudniowy, czarny zarost i iskrzący obłęd w oczach. W ręku trzymał pistolet, wymierzony prosto w Witolda.

Miało być zupełnie inaczej, pomyślał Obiekt, gdy psychol wymierzył mu celny cios pukawką w potylicę. Świat na powrót sczerniał. Gra skończona. Wolności kres.

Odpowiedzi

...debiut... Ale parę spraw w tekście do dopracowania. Zdarzyły się błędy w zapisie dialogów - raz. Dwa - nieprzemyślany do końca podział na akapity. A to ma duże znaczenie dla płynności czytania - i odbioru tekstu. I trzy - moim zdaniem najistotniejsza sprawa - nie do końca jasna akcja. Albo Witold, albo Obiekt... W ostatnim zdaniu nie jest ta kwestia dobrze wygrana. Niepotrzebnie mylące...
Ale, w sumie, ciekawa historia, nieźle napisana - z takim rysem tajemniczości.
7/10

... to chyba nie jest źle. Ale mnie brakuje czytelnego sensu tej historii. Raczej nie ma go w ogóle lub jest mocno nieczytelny. Ode mnie 6/10. Już nie czepiam się ciosu pukawką w potylicę, ale końcówka jest ogólnie słaba, a początek tekstu obiecuje wiele.

Jakaś taka teraz moda przyszła na szorty "bez-twistowe", czy nawet "łopatozakończeniowe" w stylu właśnie "gonili go, dopadli i zabili, takie życie - niestety". Sorry, ale to takie trochę niezgodne ze sztuką pisarską, przynajmniej klasycznie rozumianą.

Całkiem fajne. Zabrakło mi wyjaśnienia. Ktoś kogoś goni, ale w sumie nie wiem, dlaczego (poza tym, że mu uciekł).