Koło przyjaciół

Ocena: 
6.6
Average: 6.6 (5 votes)

Zebranie Koła Przyjaciół Zwierząt miało się ku końcowi.

Omówiono już szczegółowo program dokarmiania zwierzyny leśnej. Wyznaczono grupę do odnowienia mocno już uszkodzonych przez czas paśników. Wysłano maile do zaprzyjaźnionych rolników z prośbami o coroczne dary w postaci wszelakich pasz. Wszystko poszło zgrabnie i szybko. Jak co roku.

Grupa miłośników ptaków zadziałała równie sprawnie. Karmiki były gotowe już od dawna, a kwestia ziarenek, okruszków i słoninki dla sikorek nigdy nie nastręczała większych problemów.

Zebrani już mieli rozejść się do domów, kiedy Mariusz wyciągnął z teczki najnowszy numer lokalnego brukowca.

– Popatrzcie tylko – szepnął zduszonym głosem, pokazując koleżeństwu artykuł na trzeciej stronie – Jakieś gnoje powiesiły na trzepaku niewinnego kota.

Wciągający właśnie płaszcze i zawiązujący buty miłośnicy zwierząt zamarli.

– Powiesili… Koteczka… – w oczach Joli błysnęły łzy. Po chwili płakała już na całego.

– Powiesili… Jejku, jej… Koteczka… – nie mogła się uspokoić.

– Skąd w ludziach tyle bezrozumnego okrucieństwa? – wtórowała jej Mariola. – No skąd?

Janusz, który również uronił kilka łez nad losem biednego zwierzaka, zacisnął pięści.

– Gdybym dorwał gówniarzy, obiłbym te durne ryje tak, że przez tydzień by na oczy nie widzieli.

– Ja bym drani powywieszał na tym samym trzepaku – dołączył Mariusz.

– Nogi z dupy bym powyrywał, sadystom pieprzonym – kontynuował Janusz.

– Szmaciarze.

– Nie ma litości dla skurwysynów.

– Bydlęta.

– Powiesili… – Jola i Mariola wciąż szlochały na dwa głosy. – Skąd w ludziach tyle bezrozumnego okrucieństwa…

 

No skąd?

Odpowiedzi

Ludzie czasem mówią różne rzeczy, które nie mają pokrycia w rzeczywistości. Mi się np. zdarzyło mówić, że udusiłabym swojego szefa, co wcale nie znaczy, ze gdybym miała ku temu okazję wprowadziłabym to w czyn. Czasem trzeba odreagować. Swoją drogą być może "kontrolowane" powieszenie ( odcięcie ich tuż przed uduszeniem)ich na tym trzepaku nie byłoby złym wyjściem. Nasz ojciec przyłapał nas kiedyś na spalaniu mrówek i gąsiennic na podwórku za pomocą szkła powiększającego. Debilna zabawa małych dzieci, które nigdy nie doświadczyły rękoczynów. Lekcja na naszą głupotę, okrucieństwo i brak wyobraźni była prosta - ręka, słońce, szkło powiększające. Tata przerwał zanim powstało jakieś poważne oparzenie, ale i tak bolało. Potem powiedział tylko "wyobraź sobie, jak się czuję palona żywcem mrówka". Do tej pory zamiast zabijać wynoszę z domu pająki, motyle, ćmy..., itd. Jedynym wyjątkiem są komary.

Uhm.

No cóż - Ce jak Cztery.