Świat według łyżeczki

Ocena: 
7.14286
Average: 7.1 (7 votes)

Gdyby łyżeczki mogły mówić, z pewnością wrzasnęłyby niejeden raz na właściciela: „Ostrożniej, czy ja jestem lewarkiem? Delikatniej, mówię! Sam się stuknij o filiżankę! Nie, tylko nie do zmywarki, ratunkuuuu!” Ale ponieważ ta łyżeczka była francuskiej marki „Christofle”, mogłaby co najwyżej zabrzęczeć dystyngowanie: „Oh, parbleu…”

W końcu pochodzenie zobowiązuje - trzeba trzymać klasę!

Gdyby tak jeszcze umiała mówić... Niestety, mogła tylko patrzeć, więc uważnie przyglądała się otaczającemu ją światu – najchętniej ze swojego ulubionego punktu obserwacyjnego, czyli suszarki.

 

Świat łyżeczki ograniczony był prawie całkowicie do kuchni. Czasami dawała radę zerknąć przez uchylone drzwi na korytarz i widniejący naprzeciwko fragment jadalni. Łyżeczka marzyła o podróżach. Nie tak dalekich, jakie odbywał właściciel, który kilka razy w tygodniu opuszczał dom i udawał się do gabinetu na mieście. Był lekarzem. Gdy któryś z gości zwracał się do niego per „doktorze”, łyżeczka niemal pękała z dumy. Nie bardzo wiedziała, co oznacza to słowo, ale szacunek w głosie rozmówcy świadczył o tym, że jej pan to Ktoś. „No, ba!” -  myślała czasami z wyższością. „To musi być Ktoś, skoro go na mnie stać”. I nie, nie była zarozumiała. Po prostu umiała się cenić.

Jaki pan, taka łyżeczka.

 

Doktor zawsze gotował w skupieniu. Był perfekcjonistą: odmierzał składniki z niesłychaną skrupulatnością, kroił z chirurgiczną precyzją. Nie tracił przy tym ani odrobiny elegancji. Teraz krzątał się po kuchni ubrany w białą koszulę i czarne spodnie, gotowy na przyjście gości. Nie nosił fartucha – był zbyt zręczny, aby czymkolwiek się zachlapać. Co jakiś czas siadał przy stole i pozwalał sobie na chwilę odpoczynku, popijając wino i delektując się ciastem.

 

Łyżeczka bardzo lubiła słodycze. Konfitury, owoce, kremowe babeczki. Wprawdzie rzadko miała okazję ich próbować, ale zdarzało się, że trafiała do ust pana wraz z porcją łakoci. Cóż to były za chwile! Łyżeczka wspominała z błogością momenty, w których zanurzała się w słoiczku z powidłami śliwkowymi bądź konfiturą morelową. Syciła się ich smakiem, rozkoszowała fakturą. I marzyła, aby któregoś razu trafić do pokoju, z którego czasem dobiegały dźwięki fortepianu. Pan grałby ulubione etiudy, a ona nurzałaby się w cieście; może nawet skosztowałaby kawy? Niestety, jak dotąd nie dane jej było zawędrować do pokoju muzycznego. Kuchnia, jadalnia, schowek, balkon. To były wszystkie dotychczasowe podróże.

 

Czy dziś będzie specjalny wieczór? Czy aby zdążą? Łyżeczka niemal drżała w oczekiwaniu, zerkając to na doktora, to na drzwi schowka. Gdy rozległ się dzwonek do drzwi, westchnęła w duchu z rezygnacją. Przyszli pierwsi goście, więc nie ma szans. Chociaż… może później, kiedy wszyscy już wyjdą? Bywało, że doktor kładł się spać nad ranem.

A poza tym ciało nie może zbyt długo leżeć, nawet w chłodzie. Tak mówił doktor, dawno temu, gdy przyniósł pierwsze z nich. Wtedy robi się nieświeże. Łyżeczka uśmiechnęła się błogo. Patrzyła uważnie, gdy nad ranem doktor udusił swego najnowszego gościa, wziął go na ręce i upchnął w zamrażarce w schowku. Pamiętała twarz młodego mężczyzny, która przez moment znajdowała się tak blisko niej, że niemal się o nią otarła. Przystojny chłopak, doprawdy przystojny. I te jego duże, błękitne oczy…

Wyjątkowo apetyczne. Tak apetyczne, że mniam.

Odpowiedzi

Początek nie zapowiadał takiego końca. Spodziewałem się mdłej historyjki, a jednak było inaczej. Podobało się. Od tej chwili inaczej będę patrzył na sztućce. Dzięki i pozdrawiam :)

Też dałem się zaskoczyć, choć końcówka nie jest "deux ex machina", są jakieś drobne sugestie wcześniej - co dobrze świadczy o tekście :)

Bardzo fajny temat, dokładnie opowiedziany, świetna, mega zaskakująca końcówka,

Dołączam do zaskoczonych zakończeniem ;)