Zagadki Wyspy Mgieł - Co jest słodsze od miodu? (Prywatna rozmowa)

Ocena: 
8.66667
Average: 8.7 (6 votes)

Z ubiegłego lata pamiętam brzęczący upał, powietrze przesycone dusznym lenistwem, nieznośnie ciepłe wieczory, bez jednego tchnienia wiatru. Rozpalone miasto jeszcze długo w noc dzieliło się przyciszonymi głosami z otwartych na oścież okien. Dopiero o świcie, wraz z pierwszymi ptasimi trelami zapowiadającymi nowy dzień, gorąco zdawało odpuszczać. Wychodziłam wówczas na spacer, z przyzwyczajenia dbając, by nie hałasować na starych drewnianych schodach. Upodobałam sobie czas, gdy noc zwijała manatki, kusząc jedynie stemplem księżyca, bezczelnie pozostawionym na jasnym już niebie, a lekka wilgoć poranka przysiadała na moich rzęsach.

 

Zazwyczaj wędrowałam, klucząc wąskimi uliczkami starego miasta. Zaglądałam w witryny sklepów, przystawałam na chodnikach, podziwiając secesyjne zdobienia kamienic. Lubiłam dotykać murów, żeby poczuć czekający pod warstwą ciepła chłód stuleci. Poznawałam swoje nowe miejsce, oswajałam je kawałek po kawałku. Wiedziałam, gdzie kiedyś mieszkał szewc i w której kawiarni można kupić dobrą kawę. Znałam drogę do starej pasmanterii i nowoczesnego marketu na przedmieściach.

 

A jednak, podczas moich porannych spacerów tęskniłam. Za chłodem i cieniem lasu. Pyłem polnej drogi, biegnącej w jasnych zakrętach do strumienia. Widokiem zboża, dumnie dźwigającego ciężkie kłosy. Śpiewem ptaków pod oknem mojego domu. Zamykałam oczy i głęboko wciągałam powietrze, wyobrażając sobie zapach lata, smak malin na wargach, lepkość złocistego miodu, wszystko, czego nie mogłam poczuć uwięziona pośród kamieni i bruku. Samotność rosła we mnie coraz natarczywiej, choć coraz mniej boleśnie. Przywykłam i na krok przed nadejściem jesieni nie szukałam już wspomnień.

 

On odnalazł mnie z pierwszym chłodem poranka. Z nitkami babiego lata zaplątanymi w brązowozłote włosy. Dostrzegł mnie, choć przecież nie powinien. Ludzie nie widzą duchów. Przechylając lekko głowę, skierował uśmiech prosto w moje zdziwione spojrzenie. Oczy o barwie lipowego miodu patrzyły zmrużone, śledząc jak ostrożnie stawiam kroki na kocich łbach rynku. Stał przy fontannie, jedną nogę opierając o obmurówkę, z rękoma założonymi na piersi. I pachniał wszystkimi tęsknotami, z wyraźną i oszałamiającą nutą słodyczy.

 

Przystanęłam, kiedy stopami dotknęłam czubków jego butów. Poczuliśmy to oboje. Nagły dreszcz, niemożliwe zetknięcie dwóch światów, ciche poddanie rzeczywistości, kiedy mnie pocałował. Nie delikatnie, nie gwałtownie. Zupełnie tak, jakbyśmy rozmawiali od lat. Słodki smak wypełnił moje zmysły, pozwalając myślom zamienić się w słowa, które wraz z kolejnymi ruchami warg docierały do niego. Opowiadał pocałunkami. Staliśmy pośrodku rynku, miałam wrażenie, że bez końca, dopiero wstające ze snu miasto zburzyło naszą prywatność, zakończyło rozmowę.

 

Bez wszystkich jego słów, wyciśniętych na moich ustach, nie byłabym wolna, nie mogłabym zniknąć. Zdążyłam jeszcze zapamiętać żółty pyłek, rozprószony na jasnym policzku, ślad odpowiedzi w zamglonych oczach, słodszy niż...

Odpowiedzi

...nastrojowa opowieść z rzadko spotykanym, wysmakowanym językiem narracji.

Przypomina mi się kabaretowa wersja piosenki Grzegorza Turnaua "Cichosza", którą wykonał Maciej Stuhr. Zaczyna się od słów: "Po rynku..." ;)
Ale akurat ta moja przypominajka niewiele ma wspólnego z tekstem. Ogólnie czuć tutaj liryczny przesyt, wszystkiego dużo, a zdania miło pęcznieją. Jeśli ktoś lubi takie pisanie, tekst jest świetny. Jeśli nie, za nic autorka go nie przekona. Mi się podobały, ładne, odmalowane, pachnące zdania.
Historia taka jakich wiele - trochę realizmu magicznego wala się po kątach - podana w bardzo przyjemny sposób. Brawo!

Ładny obrazek, klimatyczny. Nieco za dużo tej słodkości :) , ale nie da się ukryć, że autorka przyjemnie drażni zmysły - rzadka sztuka.
Pozazdrościć umiejętności :);)