Celebrant

Ocena: 
6.33333
Average: 6.3 (6 votes)

Drzwi Petersburskiego Instytutu Historii Alternatywnych rozpoznały ją z daleka. Mechanizm postarał się nawet o gorący nawiew powitalny. Uśmiechnęła się szeroko. Na jej twarzy właściwie oznaczało to gwałtowny taniec szminki.

             – Dzień dobry, Olegu Wasilejewiczu – rzuciła machinalnie w kierunku skupionego ponad krzyżówką wartownika.

              – Dzień dobry, Iriono Mikołajewna.

               Irina przeszła ciemny korytarz, zadudniła buciorami na schodach i otworzyła  od tygodnia zamknięte na głucho drzwi gabinetu. Przebrała się w swojej szafce. Wciągnęła na siebie wszystko w odpowiedniej kolejności i zamknęła się w łazience. Tylko Irina wiedziała, że w kabinie natrysku mieści się z trudem przemycone gniazdo przeskoku. Należało jedynie przesunąć kurek gorącej wody do pozycji start.

              Wyszła w sraczu Tymczasowej Republiki Rad. Nawet udawała, że uwierają ją, ukryte pod spódnicą, obszerne filcowe majtki.

                 – No proszę, Irina Mikołajewna.– Głos wydał jej się wyraźnie znajomy – Gdzie to towarzyszka była tyle czasu? Spóźniła się towarzyszka z moim przemówieniem – dodał z wymówką w głosie.

                 – Dobra, dobra, Wladimirze Ilijiczu. – Łysy jegomość lubił, jak przesuwała linią swoich  piersi po jego wątłej klatce piersiowej. Z lekka go nawet popchnęła. – Jak tatko będzie trzymał buźkę krótko, to może będziemy mieli wieczorem czas na jakiś rewolucyjny wystrzał z Aurory?

                  – To znaczy, że w pałacu Zimowym wszystko już rozpalone?

                  – Rozpalone, rozpalone.  – Nie traciła czasu na rozmowę. –  Będę czekała w łaźni. Pamiętacie, że to dzisiaj po obiedzie? – zapytała, mrugając porozumiewawczo okiem.

                     – A pamiętam, pamiętam…

                                                              *****

                 Lenin przyszedł na czas. Denerwował się. Patrzył na biologicznego sobowtóra, nerwowo przygryzając dolną wargę.

                  – Jak mówiłam wcześniej, towarzyszu Iljiczu, ten model pochodzi z animistycznej wystawy niemieckiego artysty Gunthera von Hagensa. To genialny i jedyny w swoim rodzaju egzemplarz. Pracuje, chodzi i przemawia jak nakręcony. Nikt się nie zorientuje. Tutaj, w tym świecie, czekają was wkrótce trzy czy cztery wylewy, wózek inwalidzki i w końcu śmierć w wieku pięćdziesięciu trzech lat. Przeniesiemy was sto lat w przyszłość, do listopada 2017 roku. Czeka was pełny wypas. Mnóstwo napojów energetycznych, Internet z blogami ideologicznymi i dozgonna wdzięczność klasy robotniczej. Wszystko to za jedną drobną przysługę.

               Lenin pokręcił powątpiewająco głową.

               – Ale…hmm. Czytałem wasze przemówienie. Jest absolutnie wbrew moim poglądom. Polska stanowi symbol burżuazyjnego wyzysku mas. To centrum imperialistycznego kapitału! Kto uwierzy, że w głębi duszy tak nie myślę?

                Mikołajewna ponownie naparła na wodza cyckami. Zdawała się go tym ruchem przekonywać równie dobrze jak słowami.

               – Uwierzą, uwierzą. Kochają was tam na dole. Pójdą za wami w ogień – mówiła, masując mu krocze.

           – Wobec tego chodźmy – powiedział po chwili namysłu. – Spróbujemy – dodał z maślanym spojrzeniem utkwionym w oczy kobiety.

           Kabina natrysku przeniosła ich tym razem w przestrzeni. Trochę trzęsło. Odwiedzili czternaście punktów koncentracji wojska na froncie zachodnim. Irina zadbała, aby w momencie przemówień nie był obecny nikt z generalicji. Lenin miał przekonać prostych żołnierzy. Robił to z talentem i zaangażowaniem wyjątkowego mówcy.

            – Towarzysze! Nasz kraj potrzebuje was na dalekim wschodzie, na północy i południu. Wszędzie płonie intensywny ogień socjalistycznej rewolucji. Nie pozwólmy ani na chwilę przygasnąć miłości naszego serca do nowej władzy ludowej. Idźmy wspierać ją, co sił!

Wygiął się z mównicy w stronę tłumu prostych, szczerych ludzi. Jego słowa płynęły pośród wiwatów niby najwspanialsza pieśń.             – Nie traćmy czasu na Polskę! Wiedziony proroctwem marksistowskiej wizji, wiem z całą pewnością, że powrócimy na tę ziemię silniejsi i mądrzejsi w roku 1944 i zatkniemy w te obsrane, warszawskie mury nasz szlachetny i dobroczynny sztandar rewolucji. Będą witać nas jak wyzwolicieli, nie jak wrogów! Dalej, do domu robotnicy i chłopi! Wracajcie do sowieckiej ziemi. Niech Polaczki myślą, że spotkał ich cud. Cud nad Wisłą!

             – Wyśmienicie, Wladimirze Iljiczu. Spisaliście się na komsomolski medal. Lecimy w przyszłość, towarzyszu Iljiczu.

               Lądowali na placu Piłsudskiego. Lenin długo patrzył przed siebie zdezorientowany. Miał naprzeciw agresywny tłum łysych, wytatuowanych i skandujących obraźliwe hasła postaci. Gdzieś płonął krzyż i niosły się religijne pieśni. Straszne podejrzenia wkradły się w duszę wodza.

            – To ma być przyszła klasa robotnicza? Zakolczykowana banda wygolonych pederastów z pałkami do amerykańskiego bejsbola? Wyglądają, jakby dopiero co uciekli z petersburskiego więzienia!

            – No, cóż. Tak wyglądają…

            – Chwileczkę, Irino Mikołajewna. Ten sobowtór miał problemy z nadciśnieniem, nie ja, prawda? – zapytał, nerwowo przełykając ślinę.

            Kobieta parsknęła wesoło, wiążąc mu szybko ręce plastikowym ściągaczem do elektrycznych kabli.

           – No pewnie. Brawo za dialektyczne myślenie. – Poklepała go po ramieniu. – Jesteście główną atrakcją obchodów Święta Niepodległości. Od trzech lat, co roku,  jedenastego listopada mamy tu jednego z was.

          – Jak to?

           Jej spojrzenie przeszyło go jak ostrze sztyletu

           – Jeszcze dzisiaj będziecie wisieć w Parku Zadymy na Mokotowie .

 

 

Odpowiedzi

uśmiechnęło mnie

Bez wątpienia zaskakujące zakończenie ;)