Zatrzymaj

Ocena: 
0
Brak głosów

- Zatrzymaj ją.

Jej kroki dudniły po klatce schodowej, tak szybkie, że nie ogarniał ich zaspanym słuchem. Oparł się o poręcz, spojrzał za nią, wiedział, że nie zdąży, wiedział to na pewno.

Nawet nie próbował, z premedytacją sięgnął po papierosa. Zapalniczka zgrzytnęła donośnie, krótki blaszany dźwięk wbił się w echo starej kamienicy, dźgnął je kilkakrotnie.

Kroki tak szybkie jak nigdy, pomyślał, gwałtowne, jej ciepłe, rozgrzane biegiem ciało.

Poczuł, że robi mu się zimno, zimno bez niej.

Przecież dbał o tę dziewczynę. Kochał ją.

Papieros tlił się słabo, prawie nie czuł jego smaku. Odliczał sekundy do chwili, w której dziewczyna dopadnie drzwi wyjściowych, wybiegnie na mróz i zachłyśnie się czystym powietrzem zimowej nocy. Zastanawiał się, czy tlen nie rozerwie jej płuc, czy krew nie eksploduje w jej żyłach.

Nie zwalniała, choć musiała wiedzieć, że jej nie goni. Może nie wiedziała. Może cały czas czuła za sobą jego oddech.

Dbał o nią, przynosił jedzenie i wodę, a kiedy płakała bił ją tak, że nie miała już siły na łzy.

Był dla niej dobry, lepszy niż dla poprzednich. Tamtym pozwalał płakać, aż umierały ze smutku.

Tę chciał nauczyć wszystkiego, co sam umiał.

Rzucił papierosa na podłogę, zziębnięte palce nie trzymały go odpowiednio, irytowało go to.

Przymknął na moment oczy, kroki w jego umyśle stawały się coraz odleglejsze, bledsze, cieńsze.

Zastanawiał się, czy dziewczyna odmrozi sobie stopy na śniegu. Czy będzie krzyczała z bólu i czy odgłos jej bólu brzmi podobnie do rozkoszy.

Oparł dłonie na poręczy, a brodę na dłoniach, odnalazł w dole jej cień, tnący błyskawicą półmrok.

- Dobry Boże. - Wymamrotał. - Wysłuchaj mnie i oddaj mi tę dziewczynę. Amen.

Przyłożył policzek do nadgarstka, przez cienką skórę poczuł twarde szramy blizn, jedna za drugą, następna i kolejne. Przytulił się do nich jak kot, subtelnie. Pamiętał każdą z nich, kochał swoją niezawodną pamięć.

Chciał nauczyć tę dziewczynę, że to ból jest największą rozkoszą. Chciał, żeby zrozumiała i poczuła to co on, żeby nauczyła się go kochać tą cholerną miłością, która od zawsze zadawała mu tyle bólu. Chciał odnaleźć w niej wszystkie te osoby, których tak bardzo nienawidził - matkę, ojca, kobiety, mężczyzn, wszystkich, cały świat, i powoli ich mordować, po kawałku wycinać ich ze swojej duszy. Chciał kochać tę dziewczynę, taką właśnie miłością, jedyną jaką potrafił kochać.

Spojrzał w dół, odruchowo, a może dlatego, że usłyszał już w myślach głuchy odgłos upadku, jej urwany pisk i niemal bezgłośne przekleństwo.

Nie zwolniła, chociaż jej nie gonił i to ją zgubiło. Przewróciła się pewnie i złamała, może skręciła, nogę. Próbowała wstać, ale żadna z prób się nie udała. Patrzył na nią spokojnie, lekko uśmiechnięty, słyszał jak płacze, wyje, jak płacz rozrywa ją całą, kroi i podsyca ogień w płonącym ciele. Oddychał cicho, świszcząco.

Ułożył sobie w myślach, jaka kara spotka ją za tę ucieczkę i za ten histeryczny płacz, odczekał jeszcze chwilę, żeby dać jej fałszywą nadzieję.

Zaczął powoli schodzić po schodach. Uśmiechał się.