Wody stryja Antona

Ocena: 
8.75
Average: 8.8 (8 votes)

Odkąd pamiętam wzorem mężczyzny nie był dla mnie ojciec, tylko stryj Anton. Tato pracował jako urzędnik w magistracie Riechtenau – małego, górniczego miasteczka pod Hirschenbergiem, które leżało głęboko wśród lasów i wzgórz. Miał szczupły nos, wąskie wargi, mówił niewiele i potrafił spojrzeć na mnie tak surowo, że nie musiał nawet sięgać po ciężki, skórzany pas, by przywołać mnie do porządku. Tymczasem jego brat, mój drogi stryjaszek, stanowił jego całkowite przeciwieństwo. Wysoki, barczysty, z jasną brodą i wesołymi oczyma, był marynarzem na wielkich frachtowcach, prawdziwym obieżyświatem. Co roku wracał do miasteczka gnąc się pod ciężarem starych waliz, przywożąc pamiątki z Chin i Afryki oraz tysiące historii, które opowiadał potem do późna w gospodzie pana Kufta, no i u nas w domu, choć tato kręcił na to wszystko nosem. A ja nocami śniłem o tym, jak stryj Anton wędruje przez dżungle i pustynie, walczy z tubylcami, odkrywa zapomniane miasta i wydziera skarby pradawnym grobowcom.

            Jako mały chłopiec żyłem podobnie do reszty dzieci w miasteczku. Rano szkoła, a po niej zabawy na dworze do późnego wieczora. W grotach u podnóży wzgórz szukaliśmy pierścienia Nibelungów, w lasach tropiliśmy mityczne potwory.  Pozostali interesowali się jeszcze automobilami, pociągami i sportem. Ale ja od tego wolałem książki o Indianach i podróżnikach, które czasem przywoził mi z Breslau stryjaszek.

            Byłem trochę dziwny, ale nie na tyle, by znęcali się nade mną w szkole.

            Lata niepostrzeżenie minęły. Dorośliśmy. Nibelungi odeszły, lasy skurczyły się, czarne dłonie górników wydarły wzgórzom ostatnie bogactwa, kopalnia podupadła, a Riechtenau zbiedniało. Byłem już na tyle duży, że docierało do mnie to, co się działo u nas i w całych Niemczech. Zacząłem dzielić zmartwienia dorosłych.

            Nawet stryj Anton się zmienił. W 1927, po dwóch latach na panamskim masowcu, wrócił do miasteczka chory, lekko posiwiały, niższy i słabszy niż go pamiętałem. Stwierdził, że musi trochę odpocząć, ale minęło pół roku, potem rok, a on nie wyruszył na kolejną wyprawę. Gdy skończyły się pieniądze, zaczął pracować w kopalni miedzi, razem z większością mężczyzn z miasteczka. Zamieszkał w małym, robotniczym mieszkaniu, które z trudem mieściło jego pamiątki z dalekich krajów. Coraz więcej pił.

            Wkrótce nadszedł wielki kryzys. Zamknięto kopalnię, która od lat przynosiła tylko straty. Pogrążyło to mieszkańców Riechtenau w rozpaczy, ale i przywróciło stryjowi odrobinę młodzieńczych sił. Nie poddał się beznadziei. Namówił resztę byłych pracowników, by założyli akcyjną spółkę, odkupili kopalnię i wznowili wydobycie – bez gromady urzędników, gryzipiórków oraz innych pasożytów, w których stryj widział przyczynę nierentowności przedsiębiorstwa.

            I tak kopalnia otrzymała drugie, pożyczone życie. Ale nie trwało ono długo, bo kryzys w Niemczech pogłębiał się, a interes pożerał ostatnie oszczędności mieszkańców Riechtenau. Miasteczko zbiedniało, podupadło. Wiele osób wyjechało do Hirschenbergu lub jeszcze dalej – do Breslau, Berlina...

            W roku trzydziestym pierwszym, w ostatnim czynnym szybie, gdy właśnie ostatni raz zabrzmiał dzwonek oznajmiający koniec ostatniej szychty, stryj Anton ostatni raz wziął zamach oskardem, a potem ostatni raz wbił go w skałę, ze wściekłością i łzami w oczach, pod nosem mamrocząc najgorsze przekleństwa.

            A wtedy kawał ściany zapadł się, runął w ciemną czeluść, która wydawała się prowadzić do samego serca ziemi.  

            Górnicy długo rzucali w nią kamienie, ale żaden nie sięgnął dna.

            Telegram do Breslau poszedł następnego dnia rano. W niecałą dobę przyjechał inspektor górniczy, pan Stein o oczach równie twardych co nazwisko. Przeszedł się chodnikiem, skopnął w ziejącą dziurę kilka kamyków, po czym stwierdził, że kopalnię należy zasypać, bo dalsze prace byłyby niebezpieczne. Stryj Anton spytał czy nie można zamiast gryzipiórka przysłać tutaj geologów, którzy zbadają dziwną pustkę i sprawdzą co się kryje na dnie. Urzędnik tylko prychnął pogardliwie i powtórzył, że kopalnia ma zostać zasypana. Wtedy stryj poczerwieniał na twarzy, chwycił go, uniósł wysoko nad głowę i rzucił w przepaść.

            Świadkowie tej sceny stali w milczeniu. Każdy z nich czuł, że stryj Anton ma rację. Że na dole coś jest.

            Zeszli następnego dnia, zebrawszy wcześniej wszystkie liny w miasteczku. Było ich ośmiu – mała wyprawa, jak w książkach o odkrywcach, które dostawałem od stryja. Był rusznikarz Brunszwled, obwieszony bronią jak świąteczna choinka, był aptekarz o ptasim nosie i oczkach, poprawiający nerwowo binokle, był pan Knispel – nauczyciel historii z mojej szkoły. No i oczywiście stryj Anton oraz dwóch górników.

            Trzy godziny schodzili, nim dotarli na dno otchłani. Ale to nie był koniec – przed nimi otwierał się labirynt korytarzy, grot i podziemnych sal tak wielki, że przyprawiał o zawrót głowy, a światło karbidowych latarni często nie sięgało sklepienia.

            Z każdym krokiem ten podziemny świat robił się coraz dziwniejszy, bardziej groźny. Odkrywcy podziwiali komory pełne ogromnych kryształów, mijali trujące bajorka i przekraczali zdradliwe rozpadliny. Walczyli z białymi owadami wielkimi jak konie. I choć po drodze ginęli jeden po drugim, żaden nie postanowił zawrócić.

            Tylko stryj dotarł do końca, choć zajęło mu to cztery dni. W najdalszych głębinach odkrył skarlałą rasę ludzi o skórze aksolotli i niewidzących oczach zaciągniętych błoną. Mieszkali w ruinach podziemnego miasta z bazaltu, a całe dnie siedzieli nad brzegiem bezdennego jeziora, kiwając się w ciszy i popijając jego wodę. Stryj Anton zrazu próbował się z nimi rozmówić, lecz widocznie byli równie głusi co ślepi, bo ignorowali go całkowicie. A ponieważ był bardzo spragniony, napił się ich wody.

             I zaraz czarna jaskinia zmieniła się w sawannę, na której łany trawy kładły się głaskane subsaharyjskim wiatrem. Anton był w sercu Afryki, jego czarna dłoń ściskała mocno dzidę, jego oczy mierzyły wzrokiem wspaniałą antylopę. Po chwili zdał sobie sprawę, że to coś więcej. Miał tysiąc dłoni, trzymał tysiąc dzid, tysiącem różnych oczu patrzył na tysiąc antylop.  

            Tak właśnie stryj Anton odkrył Wody Pamięci.

            Przyniósł ze sobą na górę małą flaszkę. Wieczorem, w gospodzie pana Kufta, rozlał jej zawartość do malutkich kieliszków, które z poważnymi minami degustowały wszystkie ważne osobistości Riechtenau, włączając w to burmistrza. Gdy tylko każdy z nich odstawiał szkło od ust, twarz mu wiotczała, oczy zasnuwały się mgłą. Nie wiem co widzieli. Byłem za młody, żeby dopuścili mnie do wody. Ale w miarę jak na blacie przybywało pustych kieliszków, rozmowa na temat cudownego płynu zaogniała się. Każdy miał swoją opinię na temat tego czym jest ta woda i jak naprawdę działa. Dopiero gdy pan Otto, właściciel jedynej księgarni w miasteczku, zobaczył średniowieczny Magdeburg, realniejszy niż na rycinach, zaproponował wytłumaczenie. Pijący wody widzieli przeszłość całych ludów i narodów. Sięgali po pamięć przodków.

            Cena za to dziwne odkrycie była wysoka – Riechtenau straciło siedmiu szanowanych obywateli. Niektórzy przebąkiwali, że warto zasypać kopalnię, ale stryj Anton nie chciał o tym słyszeć. Zjeździł cały świat szukając sławy i bogactw. Tymczasem najbardziej niepojęty, niezwykły skarb cały czas był pod jego rodzinnym miasteczkiem. Nie zamierzał pozwolić, by wyślizgnął mu się z dłoni. Jeszcze w trakcie żałoby po straconych w otchłani, Anton zaczął organizować kolejną, większą wyprawę.

            Postanowiłem się do niej przyłączyć. Ojciec sprzeciwiał się, ale byłem prawie dorosły i tak mocno pragnąłem wziąć wreszcie udział w którejś z przygód stryja, że nie powstrzymałaby mnie żadna siła na tym świecie. Zwłaszcza, że jako jedna z nielicznych osób w Riechtenau nie bałem się otchłani.

            W mroku pod wzgórzami omal nie zginąłem i pierwszy raz zabiłem. Wolę tego nie wspominać.

            Wyszliśmy na powierzchnię po tygodniu, obładowani beczkami z tajemniczą wodą. Próbki rozeszły się po całym kraju i przez krótki czas o Riechtenau pisały gazety, a miasteczko pękało w szwach od przyjezdnych urzędników, profesorów, bankierów i przedsiębiorców.

            Kilka osób chciało położyć rękę na odkryciu, ale stryj Anton wykazał się sprytem. Właścicielem kopalni pozostała górnicza kooperatywa, a każdy z jej członków został prędko bogaczem. Większość rzuciła pracę i opuściła Riechtenau, by cieszyć się fortuną. Ale nie stryj. On pracował dalej, rozwijał wydobycie, zaplanował i zbudował rurociąg z otchłani. Wreszcie wpadł na plan przerobienia nieczynnego browaru, leżącego kilka mil od miasteczka, na rozlewnię wody, gdzie butelkowałby ją we wszystkich możliwych smakach – od malinowego po cytrynowy.

            Stryj Anton potrafił dopiąć swego. Już po roku rozlewnia pracowała, zatrudniając prawie wszystkich w miasteczku, w tym mnie. Zostałem zastępcą mechanika linii produkcyjnej, miałem swoją tweedową kamizelkę, zegarek z dewizką, solidną pensję. Stara mamusia płakała ze szczęścia, a wszystkie panny w Riechtenau się za mną oglądały.

            Byłem tym tak zaaferowany, że ledwie zauważyłem, że ze stryjem jest coraz gorzej.  

Pił dużo wody. Tyle, że ponoć jako jedyny sięgnął pamięcią aż do Kambru, Jury, Ordowiku oraz innych epok o imionach jak nazwy na etykietkach słodyczy ze sklepu kolonialnego. Nocami nie był człowiekiem, przemierzał długie linie genealogiczne pradawnych płazów i wijów o setkach odnóży, zabijał i był zabijany w ciemnych pramorzach.

            Nie wykazywał już większego zainteresowania rozlewnią. Czasem jeszcze schodził na dół obwieszony bronią, by w słabym światełku latarni odganiać strzałami z dwururki białe owady, podczas gdy pomocnicy naprawiali rozszczelniony wodociąg. Potem regularne dostawy stały się tak ważne, że do ochrony rur skierowano z Bawarii kompanię strzelców górskich, więc i tego nie musiał robić.  

            Z tamtego okresu pamiętam głównie swój pierwszy samochód, swoją pierwszą kobietę, swoje drobne sukcesy. Nie to jak stryj, z którym już nie rozmawiałem, więdnął na moich oczach. W końcu wyjechał, powierzając rozlewnię zastępcy, panu Oppitzowi, który ledwie dwa lata później powierzył ją mnie.

            Stryj Anton umarł na serce po ogromnej libacji w najdroższym hotelu w Monachium. Żal mi, że wtedy nie przeżyłem jego śmierci tak jak powinienem, ale to były dzikie czasy. Przed naszymi oczyma świat zmieniał się jak w kalejdoskopie, byliśmy oszołomieni bogactwem, sławą. Zresztą dużo bardziej od losu Antona zajmowały nas rodzące się właśnie plotki o masowych zniknięciach.  

***

Jest szósty grudnia, pierwszy tydzień adwentu, czwarty rok po odkryciu wód. Zostałem sam. Na podwórku rozlewni buczy elektryczny agregator. Snop żółtego światła pada na ceglany mur, za którym sylwetki topól kołyszą się jak tubylcy, których w otchłani odkrył stryjaszek. W budzie przy bramie chrapie pies. 

            Chwilę patrzę na to wszystko przez okienko o małych, prostokątnych szybkach, a potem wracam do przerwanego obchodu. Krążę po pustych korytarzach rozlewni, mijam wysokie kadzie, przesuwam wzrok po obłościach miedzianych rur saturatorów.

            Nie boję się złodziei. Już nie. Poza patrolami nie mam po prostu nic do roboty. Rozlewnia stoi. Zbyt wiele nieodebranych skrzyń z butelkami zebrało się w magazynach. Nie ma też po co chodzić na górę, do miasteczka. Stałbym tam tylko pośrodku ryneczku, szarpany zimowym wiatrem, a domy patrzyłyby na mnie rzędami zabitych na głucho okiennic. Nikt już bowiem nie mieszka w Riechtenau.

Ostatnia osoba z zewnątrz jaką widuję to kierowca ciężarówki, który czasem przyjeżdża po kilka skrzynek. Przywozi mi gazety. Według niego w Hirschenbergu zostało tylko parę tuzinów ludzi. Gdy był u rodziny w Breslau, widział całe kwartały kamienic gdzie nie mieszka już nikt

Wszyscy opuszczają ten świat. Zbyt długo trwało, nim odkryliśmy efekt uboczny picia wód z otchłani. Wizje, które zsyłają, to więcej niż sny. To okna w przeszłość. Gdy grupa osób jednocześnie wyśni taki sam świat, to ich wizja staje się tak mocna, tak realna, że po prostu ich połyka. Rozpływają się w powietrzu z zamglonymi oczyma i szeroko otwartymi ustami; wpadają w inną historię, jak w dziwacznej opowiastce o tysiącu Żydów, którzy muszą wspólnie jednocześnie wyśnić Eden, by ludzie wreszcie go odzyskali.

Mimo tego zagrożenia ludzie nadal piją wody. I znikają, znikają...

            A ja? Pięć razy na dobę patroluję rozlewnię. Przechodząc przy głównym zbiorniku zwykle muszę trącić kijem swojego ostatniego pracownika, Alberta – Polaka, który kiedyś na sankach uderzył głową w drzewo, dlatego jedynym zawodem, jakiego potrafił się wyuczyć, było zamiatanie podłóg. Wiem, że mimo surowego zakazu, który ustanowiłem po wyjeździe stryja, Albert podpija wodę. Potem śpi z otwartymi powiekami, a w oczach błyszczą mu łany zboża i szumią szmaragdowe gęstwiny, ocierające się lubieżnie o palisadę jakiegoś słowiańskiego grodu.

            Nie wiem czemu Albert wciąż tu jest. Albo imbecyle nie potrafią śnić dość mocno, albo nikt inny na całej ziemi nie dzieli z nim jego snu. Tak czy inaczej, gdy przyłapuję go na śnieniu, uderzam go kijem i na chwilę wraca do tego świata. Przytomnieje, przeprasza, zabiera się do zamiatania. Wiem, że to na darmo, że gdy tylko odejdę położy się gdzieś znowu. Ale chcę jeszcze zachować pozory porządku. Sam codziennie rano odbijam kartę w maszynie przy wejściu do rozlewni.

            Po ostatnim obchodzie, tak jak teraz, mam spokój. Idę więc do stryjowej biblioteki, do jego mieszkania w przybudówce rozlewni, by czytać pachnące skórą i bibułą książki o Indianach, odkrywcach i dalekich podróżach. Zatoczywszy wielką elipsę wróciłem bowiem do lektur z czasów dzieciństwa.

            Może ten świat ma jeszcze jakąś przyszłość. Może nie. Wiem jedno: nie będę pił wód stryja Antona. Nie zamierzam pozwolić, by wessała mnie inna, wyśniona epoka, choćbym pozostał ostatnim człowiekiem.

            Zegar wybija pierwszą w nocy.

            Tłusta ćma tłucze się o klosz lampy.

            Stare topole szumią na nocnym wietrze, a ja drżącymi dłońmi gładzę skórzane oprawy książek. Drzemią w nich moje sny z dzieciństwa, których nikt w miasteczku nigdy ze mną nie dzielił.

            I czasem tylko, gdy głowa robi się już ciężka, tuż przed osunięciem w niespokojny sen, nachodzi mnie niepokojąca myśl co było pierwsze: ślepi ludzie–askotle i niezwykłe źródło w otchłani pod Rietchenau – czy moje marzenia o nim.

Odpowiedzi

Brat ojca jest stryjem, a brat matki wujem. No i - ta kooperatywa, a nie ten kooperatyw...

W porozumieniu z Iksem poprawiłem, dziękuję za zwrócenie uwagi.

Bardzo dobre. Podobało mi się.